WCZORAJSZE FOTOGRAFIE

WCZORAJSZE FOTOGRAFIE

To co widać, tam gdzie akurat jestem

Diabły tasmańskie - wąsate...

Rach-ciach, w takim tempie koleżanka podjęła decyzję, że mandżur pakuje i się wyprowadza. Pracę rzuca, syna bierze ze sobą i się wynosi. Mąż pracę dostał, a za chwilę i ona też. Zajęta pakowaniem dobytku, w listopadzie i na początku grudnia, pojawiała się już u nas okazjonalnie. Nie załapała się więc na nasze movemberowe wybryki (o których było tu:

 https://wczorajszefotografie.wordpress.com/2015/02/24/bardzo-spoznione-podziekowania-dla-chwilowych-wasaczy/).

 

 

Pokazała się jednak  na chwilę jeszcze raz w grudniu, by się  ostatecznie z nami pożegnać. I koleżeństwu się synem pochwalić, któren się okazał bardzo rozgarniętym młodym człowiekiem. Żwawym przy tym, wszędobylskim i wesołym. Myśl  o przyprawieniu koleżance wąsów pojawiła się natychmiastowo! A jak jej, to i synowi!

 

 

Następnego dnia,  dziewczyna o najbardziej zaraźliwym uśmiechu jaki znam,  leciała już na antypody.

 

 

Daje nam czasem znaki życia z Tasmanii...

 

 

Tachihary niestety już ze sobą nie miałem, więc przyszło uwieczniać tym co było pod ręką – Nikonem F70. Ciemno było, trzeba było błysnąć tym co było pod ręką, czyli żałosną lampeczką zamontowaną w aparacie.

 

 

 

Oczy wojny

Przy okazji mojego poruszenia „Schleswigiem-Holsteinem” (o czym było tu: https://wczorajszefotografie.wordpress.com/2015/03/01/ale-dlaczego/ ), wygadałem się, że byłem w Berlinie. A tam, prócz niemal codziennych wizyt przesiadkowych na Friedrichstrasse, odwiedziłem też wystawę fotograficzną The Eyes of War  w Niemieckim Muzeum Historycznym. Holender Martin Roemers zaprezentował 40 portretów osób, które w czasie II wojny światowej straciły wzrok. Jedne były wtedy jeszcze dziećmi, inne już młodzieńcami, a jeszcze inne służyły w armii. Pomysł na ich portretowanie pojawił się w 2004 r., podczas rocznicowych obchodów D-Day w Normandii. Holenderski fotograf spotkał tam weterana  Fredericka Bentleya, który w 1944 r. stracił wzrok po wybuchu niemieckiego granata. Nie odebrało mu to jednak radości życia. W wywiadzie udzielonym autorowi zdjęć powiedział m.in.:  „Miałem 33 lata i pracowałem jako mechanik budowy maszyn. Pracowałem wyczuwając maszyny dłońmi. Miałem pracę, ożeniłem się i mam czworo dzieci. Po wojnie wciąż miałem dobre życie“.

 

Dla Sieglindy Bartelsen utrata wzroku w 1945 r., na skutek  bombardowania była trudnym doświadczeniem, ale i ona odnalazła się ciemności: „Kiedy ostatni raz widziałam się w lustrze, miałam 15 lat i byłam bardzo chuda. Teraz regularnie jestem  chwalona za wygląd. Ostatnio pewien mężczyzna powiedział mi, że jestem piękną kobietą. Podziękowałem mu za komplement. On zaś odpowiedział: To nie jest komplement ale stwierdzenie ".

 

Brytyjczyk Norman Perry w Libii w 1942 r. stracił wzrok od odłamków : „To szaleństwo, ale ja wciąż widzę moją żonę z przeszłości, jako  18-letnią dziewczynę. Przed oczyma duszy wciąż mam obrazy wszystkich ludzi. Kobiece głosy dla mnie zawsze należą do ładnych dziewcząt”.

 

Alfons Henne, kochał muzykę. Stracił nie tylko wzrok, ale również rękę. Miał dziesięć lat kiedy kolega w piwnicy dał mu granat i wyciągnął zawleczkę. Pasji nie utracił:  „Śpiewam jako tenor w chórze i gram na trąbce, fletni pana i instrumentach klawiszowych. A choć  jednoręczna obsługa klawiatury jest niełatwa, sprawia mi wiele radości".

 

Zdjęcia robią wrażenie. Czterdzieści dużych, wyrazistych, czarno-białych obrazów.  A historie opowiedziane przez sportretowanych pogłębiają jeszcze wrażenie wywołane fotografiami. Różnili się, każdy z nich żył własnym życiem, mieszkali w różnych krajach, służyli we wrogich armiach. Nagle wszyscy znaleźli się w ciemnościach. Straciło znaczenie to, że  są Niemcami, Brytyjczykami, Belgami, Holendrami, Ukraińcami czy Rosjanami. Autor stawia nas bardzo blisko ich tragedii. Nie upiększa, nie estetyzuje.  Dokładnie, bardzo dokładnie widzimy każdą zmarszczkę na twarzach, każdą szramę na źrenicy, bliznę na tęczówce. A kwadratowe kadry sprawiają, że jest w tych zdjęciach spokój.

 

W oczach ślepców pokazanych na fotografiach Martina Roemersa widać piętno wojny. Ale to nie są zdjęcia, które wygrałyby tegoroczny, czy ubiegłoroczny World Press Photo. Nie ma tu ludzkich szczątków, kałuż krwi, łopoczących trzewii. Jest coś innego. Zupełnie...

 

Jeśli tylko będziecie mieli okazję – idźcie na tę wystawę. Aaaa w DHMie już jej nie ma – szukajcie gdzie indziej. Albo kupcie katalog. Warto, choć nie sądzę byście często i chętnie wracali do tych zdjęć.

 

Katalog, za 35 euro plus koszty wysyłki można zamówić tu: tel. +49 30 20304-731 | verkauf@dhm.de

 

Pierwsza strona okładki katalogu wystawy fotograficznej „The Eyes of War” Martina Roemersa. Wydano w Delft w 2104 r. Resztę zaprezentowanych niżej zdjęć plus 36 innych znajdziecie w tymże katalogu.

 

 

Poniższe fotografie prezentowane są za zgodą autora, Martina Roemersa, według zasad wyznaczonych przez jego agentkę Maartje Wildeman dla materiałów prasowych Deutsche Historische Museum w Berlinie: https://www.dhm.de/fileadmin/medien/relaunch/presse/pressebilder/Eyes_of_War/EyesOfWar_Pressebilder.pdf

 

Sieglinde Bartels, fotografia Martina Roemersa

 

 

Walery Nieziemski, fotografia Martina Roemersa

 

 

Edith Meulen, fotografia Martina Roemersa

 

 

Alfons Henne, fotografia Martina Roemersa

 

Kartaginę bym oszczędził

Uważam, że reklamy należałoby zabronić. Czemu tak uważam, to temat na dłuższą opowieść. W skrócie – dlatego, że czuję się wobec niej bezsilny, wolność tracę. Nie mogę przejść ulicą by jej nie widzieć, nie mogę włączyć telewizora by jej nie zobaczyć, to samo z radiem i internetem. Gdybyż, ach gdybyż ktoś wymyślił cudo jakieś, które sprawiałoby, że od mojej woli zależałoby to, czy będę widział/słyszał reklamy lub nie. Świętym bym go ogłosił! Póki co, czuję się nieustannie przez reklamę dotykany. A przecież nie chcę!

 

Dotknęła mnie reklama sklepu. Skakał w niej jakiś chrabąszcz zielony, czy inny pasikonik i udawał, że detektywem jest Chandlerowskim. Choć po prawdzie papierosa nie palił, choć wolna łapka by mu się na to znalazła, a strój jego raczej przypomniał skrzyżowanie gestapowskiego szpicla (kapelutek) i polskiego konspiratora (jesionka). Gadał do dyktafonu i fotografował.

 

No właśnie – fotografował! Czym on, ten detektyw fotografował? Ruskim Zenitem E fotografował, z przykręconym do korpusu standardowym Heliosem pięćdziesięcioośmiomilimetrowym. Pewno jakiś młody człowiek pracujący nad tą reklamą uznał, że taki srebrny, metalowy aparat z czarną kratką nad obiektywem będzie pasował do oldskulowego detektywa. Może i pasuje – nie znam się na detektywach. Przypuszczam jednak, że gdybym miał zrobić to, co robi detektyw chrabąszcz, to raczej zdecydowałbym się na którąś z Praktic, które miały zamontowany pomiar światła przez obiektyw. Niektóre z tych enerdowskich sprzętów też przecie były srebrne i metalowe. Noo ale nie miały takiej ładnej kratki czarnej nad obiektywem. Ciekawym, czy twórca reklamy wie, że ta kratka to element światłomierza? I czy wie, że ten światłomierz nie był w Zenicie E sprzężony z mechanizmem ustawiania czasu naświetlania/otworu przysłony. Fotograf, aby wykonać poprawnie naświetlone zdjęcie, jeśli nie miał w głowie tabeli naświetlań, musiał zerknąć na wskazówkę światłomierza, która nie znajdowała się bynajmniej w wizjerze, lecz w okienku na górnej części korpusu aparatu. Dopiero stamtąd dowiadywał się jakie ma wprowadzić nastawy. No i jeszcze musiał je wprowadzić. Przy pewnej wprawie trwało to krótką chwilkę. A jeśli przewidywało się fotografowanie w miarę niezmiennych warunkach oświetleniowych, to wystarczyło światło zmierzyć raz, a potem już tylko fotografować bez zerkania w światłomierz. Bo przecież negatyw czarno-biały jest dość tolerancyjny na błędy naświetlania. No i pan świerszcz tak się właśnie zachowuje, jakby miał wszystko zmierzone wcześniej, bo światłomierz igonoruje – widać profesjonalista. Co prawda, w którymś momencie zmieniają mu się radykalnie warunki oświetleniowe, bo z ulicy wchodzi do sklepu i tam też fotografuje nadal bez przejmowania się światłomierzem. Noo ale skoro jest profesjonalistą, to światło w sklepie też zmierzył wcześniej. Może nawet przedwczoraj o tej samej porze.

 

Ten obiektyw standardowy… Tu twórcy reklamy poszli szarżą – każą się zachowywać biednemu Heliosowi/Industarowi/Zenitarowi zachowywać jakby był całkiem przyzwoitym teleobiektywem i to zoomem. Tak wynika z tego co detektyw żuk widzi w celowniku Zenita. Raz szerszy plan, raz węższy, a jak chce to i zbliżenie spore da radę zobaczyć. Rozumiem koncepcję, ale to trzeba było do Zenita przykręcić faktycznie jakiś Pentaconowski zoomik, a nie kazać temu świerszczu zwykłym stałoogniskowym Heliosem fotografować! Że to Helios, to domniemuję z kształtów obiektywu i kolorów cyferek metrażowych i przysłonowych naniesionych na obiektyw. Niby taka dbałość o szczegóły, ale na frontowym pierścieniu obiektywu, to już się nie chciało umieścić stosownych napisów, żeby było wiarygodnie… Leniuchy, niechluje, czy nieuki?

 

I jeszcze ta matówka – Matko Bosko Ugandyjsko – przecie żaden Zenit nie miał takich wytrawień na matówce, jak w tej reklamie pokazano! Czyli co, twórca reklamy nie pofatygował się by naprawdę sięgnąć po Zenita? Po prostu ściągnął sobie parę fotek Zenita E z jakiegoś stocka, a że zenitowskiej matówki tam nie znalazł, to dał taką jaka zdała mu się stosowna. Ciężko było znieść to co wcześniej opisałem, a zwłaszcza to matówkowe qui pro quo, ale dałem radę!

 

Na dobre osłabłem przy dźwięku. Na ziemię rzuciły mnie dźwięki wydzielane przez migawkę, lustro i naciąg tego detektywistycznego Zenita E. Migawka w reklamie brzmi jak… właściwie nie wiem, Canon chyba. Zenit to to nie jest – ni hu-hu. Nasłuchałem się w życiu swoim migawek szmaciancy sporo i żadna nie przypominała tego co wciśnięto w reklamie. Lustra, które w Zenitach kłapie metalicznie, w reklamie w ogóle nie słychać! I takoż naciągu migawki sprzężonego z przewijaniem filmu. Też nie słychać, choć pan pasikonik trzaska fotkę za fotką, jakby jakiś winder samorobny miał do aparatu przypięty.

 

Napatrzyłem i nasłuchałem się tedy za wszystkie czasy. I nadal uważam, że reklama powinna zostać zburzona. Każda!

 

Kadr z reklamy sklepu. Zenita da się rozpoznać od razu. Czujniki światłomierza nie do podrobienia, Helios też.

 

 

Kadr z reklamy sklepu. Tu nawet da się przeczytać napis „ZENIT E” na korpusie, a że nie napisany grażdanką tylko alfabetem łacińskim, to pewno egzemplarz eksportowy.

 

 

Kadr z reklamy sklepu. To widział na matówce pan świerszcz. Niby fotografował Zenitem E, ale po matówce, to bym w życiu nie zgadł.

 

Co to za pomysł?!

Wysiadamy z synem z wagonu linii U6 na stacji Friedrichstrasse. Jak zawsze w tym miejscu tłum ludzi. Przed oczyma miga mi szczupła sylwetka młodego marynarza z krótką blond fryzurką. Na plecach taszczy mocno wypchany wielki, klasyczny marynarski wór, a w ręku ściska czapkę. Zdało mi się przez chwilę, że na wstążce wokół czapki zauważyłem złote litery układające się w znaną mi nazwę okrętu. Przyspieszyłem więc kroku na peronie by dopędzić marynarza i się upewnić. Nagle stało się dla mnie ważne by sprawdzić, czy na czapce faktycznie jest ta nazwa, która mi się zdała, nazwa, którą zna każdy Polak. Nazwa, która chyba wciąż niepokoi wielu z nas. Mnie tak.

 

Marynarz był wysoki i stawiał naprawdę duże, zamaszyste kroki. Najwyraźniej się spieszył.  Jak wszyscy na Friedrichstrasse. Mimo, że mocno zwiększyłem tempo marszu, ku zdumieniu syna, któremu nie miałem czasu tłumaczyć nagłego pośpiechu, marynarza nie dopędziliśmy. Zbliżyliśmy się do niego jednak wystarczająco blisko bym z całkowitą pewnością odczytał napis na czapce: F 216 Schleswig-Holstein. Właśnie tak!

 

Kiedym już przeczytał co chciałem przeczytać, dość gwałtownie się zatrzymałem stanąwszy pod ścianą by nie tarasować ruchu. Nie mogłem uwierzyć. Naprawdę Niemcy nadali współczesnemu okrętowi wojennemu, fregacie, jak domniemałem ze skrótu F,  taką właśnie nazwę?! Nikt w dowództwie nie pomyślał, nie zastanowił się, co idzie za tą nazwą?!

 

– Co jest, tato?- Coś się stało? – usłyszałem od syna. Poszliśmy na ciastko i kawę bym mógł mu w spokoju wytłumaczyć, co się stało i podzielić się myślami. Oczywiście i mój piętnastoletni syn znał nazwę okrętu i wiedział z czym ją powiązać. I też się dziwił, że Niemcy tak nazwali okręt. Choć odniosłem wrażenie, że zdziwienie syna było zdecydowanie mniejsze niż moje.

 

Po powrocie do domu rzuciłem się do sieci sprawdzać fakty. I faktycznie już w 1964 r. dowództwo zachodnioniemieckiej marynarki wojennej sięgnęło po nazwę „Schleswig-Holstein”. Ochrzcili tak niszczyciel klasy „Hamburg”, który pozostawał w służbie do 1994 r. A już w następnym roku nazwa przeszła na nowozwodowaną fregatę rakietową klasy „Brandenburg”, która do dziś pływa po morzach i oceanach nosząc na burcie oznaczenie kodowe F 216. Czym prędzej uzupełniłem o te informacje polskie wikipediowe hasło dotyczące „Schleswiga-Holsteina”.

 

No i teraz sobie wyobraźcie jak w sierpniu, dajmy na to 2019 r., do portu gdańskiego wpływa z kurtuazyjną wizytą okręt niemieckiej marynarki wojennej „Schleswig-Holstein”. Czy tylko ja odbieram to jako jakąś taką niezręczność (co najmniej)? Cóż z tego, że okręt ten uczestniczy w NATOwskich operacjach, że służy w ramach ONZtowskich misji zwalczających piractwo w rejonie Afryki Wschodniej. Choć nigdy ich nie usłyszałem, mnie wciąż brzmią w głowie salwy ze „Schleswiga-Holsteina”. Te wystrzelone w kierunku Westerplatte. I te następne, wystrzeliwane z karabinów przez kolejne pięć lat. Także przez plutony egzekucyjne i rozmaite Sondern-Kommanda.

 

Dla zilustrowania wpisu, w swojej kolekcji przedwojennych pocztówek dość szybko odnalazłem tę, z pierwszym „Schleswigiem-Holsteinem”. Uzupełnieniem jest zaś fotografia współczesnego „Schleswiga-Holsteina” uzyskana ze zbiorów użytkownika BAZLAN ze strony: http://screen-wallpapers.com/wallpapers/view/3984

 

 

„Schleswig-Holstein” z pocztówki przedwojennej w moich zbiorach. Stępkę pod ten okręt położono dokładnie 110 lat temu…

 

 

 

Współczesny „Schleswig-Holstein”, który wszedł do służby dokładnie 20 lat temu…

 

Epifania przypomniała mi wczoraj

Upychałem wczoraj wieczorem książki na półkach. Koleżanka oddała pożyczone przewodniki po Berlinie. Po zwrocie powstała konieczność upychania. Sprawa niełatwa, bo książek coraz więcej, a miejsca na półki w domu nie przybywa. Wcisnąłem dwie książki, wypadła jedna. Przy podnoszeniu i otrzepywaniu z warstewki kurzu, wysunęła się z niej czarno-biała fotografia. Tak, mam taki zwyczaj, że upycham, po książkach zdjęcia, bilety,  kwitki, wizytówki i Bóg raczy wiedzieć co jeszcze. I czasem wypada coś, co obudzi wspomnienie, refleksję jakąś, uśmiech nawet.

 

 

Wczoraj wypadła fotografia Asi. Że to ona, zorientowałem sie dopiero po podniesieniu z podłogi, bo upadła obrazem w dół. Kiedy odwróciłem zdjęcie na właściwą stronę momentalnie wróciły wspomnienia i jednocześnie uświadomiłem sobie, że Asi nie ma z nami już rok! To przecież było w lutym, jakoś tak na początku miesiąca...

 

Rok temu, pisząc o Asi (tu: https://wczorajszefotografie.wordpress.com/2014/02/10/kilka-sladow-asi/ ), nie chciałem wstawiać jej fotografii. Dziś wstawiam. Wstawiam też fragment jednej z Epifanii Imantsa Ziedonisa w przekładzie Ireny Opielińskiej. To właśnie z tej książki, wydanej przez Czytelnika w 1986 r., wypadło Asine zdjęcie. I do tej samej książki fotografia wróciła. Jest między stronami z których przepisałem słowa Łotysza:

 

 

Po wierzchu, po wierzchu.

Po powierzchni stołu (nie wiemy, co jest w szufladach, nie wiemy tego).

Ponad lustrem wody (jak głęboka jest rzeka, tego nie wiemy).

Z wierzchu jest piana (lecz ile jest piwa w kuflu, tego nie wiemy).

Powierzchowna była moja miłość do ciebie, dzieci się rodzą, dorastają i też – łyżki do dna w misce nie zanurzają, nauk szkolnych nie zgłębiają, wciąż tylko po wierzchu, po wierzchu...

Po wierzchu skaczą krople deszczu, tworzą kałuże, lód z wierzchu to się topi, to zamarza, siejemy po wierzchu ziarno, które wschodzi i rośnie płytko.

A jak odchodzą – dokąd odchodzą?

Ma się rozumieć – po wierzchu, jakże inaczej!

Bo te dwa metry pod ziemią przecież nie mają znaczenia.

Po wierzchu.

 

 

 

Statystyki

  • Total posts(50)
  • Total comments(2)

Forgot your password?