WCZORAJSZE FOTOGRAFIE

WCZORAJSZE FOTOGRAFIE

To co widać, tam gdzie akurat jestem

Coroczne zaskoczenia

Lubię czekać na gwiazdkowe prezenty, bowiem Mikołaj bardzo twórczo podchodzi każdego roku do sugestii podarunkowych, które ślę mu zwykle jeszcze w listopadzie. Tyle lat już dostaję od niego zakręcone prezenty, baaardzo luźno wiążące się z tym, co było w tak  pieczołowicie sporządzanej specyfikacji, że właściwie powinienem się już przyzwyczaić. I się przyzwyczaiłem. Do tego, że nigdy nie wiem co dostanę. I podoba mi się to.

 

W tym roku gdzieś na czele listy były rozmaite albumy fotograficzne, a przewodził im album Legacy, Joela Meyerowitza. Po prawdzie w to, że otrzymam ten akurat album nie bardzo wierzyłem, bo dość drogi jest, a przecie w Mikołajowym budżecie, jak wszędzie – kryzys.   Nie spodziewałem się, że dostanę ten album i go nie dostałem.  Paczuszka zawierała jednak coś związanego z fotografią.

 

Po błyskawicznym rozszarpaniu papieru prezentowego ukazał się złożony w zgrabną prostokątną kosteczkę aparat fotograficzny. Polaroid Automatic 101 Land Camera rocznik 1964. Towarzyszyła mu wykaligrafowana na ozdobnym kartoniku informacja – „Nie wiem czy sprawny, ale wygląda uroczo, możesz sobie na półeczce postawić”.

 

Mam już podobny aparat, ale mój dotychczasowy model to Polaroid Automatic  Land Camera 320 z roku 1969. Od przybytku głowa nie boli, pomyślałem i wziąłem się za przegląd techniczny nowego nabytku.

 

Korpus okazał się w większości metalowy, nooo to jest dla mnie progres w porównaniu z plastikową trzystudwudziestką. Przewagą stojedynki jest też umieszczenie u dołu korpusu gniazda statywowego. Wreszcie nie trzeba będzie szukać jakichś improwizowanych podpórek. Mechanizm składania i rozkładania miecha jest w obu moich Polaroidach taki sam, podobnie jak i pomiar światła przez soczewkę obok obiektywu. W obu aparatach możliwe jest wprowadzanie korekty ekspozycji za pomocą pokrętła wokół obiektywu (darker-lighter). Zmienia się wówczas czas otwarcia centralnej migawki, w zakresie od 10 sekund do 1/1200 s. Przysłona pozostaje  niezmienna i dla ładunków o czułości ASA 75 jej wartość to  f/8,8, zaś dla ASA 3000 - f/42.

 

Oba aparaty dostosowano do używania ładunków o czułością ASA 75 lub 3000. Można zatem pakować do środka albo mocno już przeterminowane ładunki Polaroida lub ładunki FP-100C (kolorowe) i FP-3000B (czarno-białe) wciąż produkowane Fujifilm. W obydwu przypadkach wielkość uzyskiwanego zdjęcia to 8,5x10,8 cm.

 

W obu moich polaroidach ostrość i kompozycję ujęcia ustawia się zerkając w jedno z dwóch okienek plastikowego wizjera. Okrągłe okienko jest od ostrości, prostokątne od kadrowania. Patrząc w okrągły wizjerek jednocześnie przesuwa się w lewo lub w prawo dwa suwaki w górnej części prowadnic miecha.  Obserwując nakładanie się jaśniejszych plamek z obrazem w wizjerze wiemy, że ostrość jest ustawiona, gdy wizjerowe obrazy idealnie się na siebie nałożą. Czyli jest to mechanizm dalmierzowy znany większości fotografistów z czasów Zorki i Feda. W obu moich Polaroidach plamki dalmierzowe są na tyle jasne, że mimo swojej wysokodioptrycznej wady wzroku nie miałem najmniejszego problemu ze złapaniem ostrości. Trzeba jednak pamiętać, że ostrości nie da się ustawić w odległości mniejszej niż jakieś 1,7 metra. Nie da się  zatem tym sprzętem zrobić bliskiego portretu. Chyba, że... jest się posiadaczem modelu 101 (i paru innych) i dokupi się do niego zestaw nasadkowy na dalmierz i obiektyw. Drogi jak pies jest ten zestaw, więc sobie na razie go daruję.

 

Biała rameczka umieszczona w wizjerze do kadrowania uwzględnia ponoć korektę błędu paralaksy, ale robi chyba to bardzo zgrubnie, bo fotografując trzystudwudziestką nim się przyzwyczaiłem sporo grzywek obciąłem fotografowanym ludziom. Ciekawe jak będzie ze stojedynką, bo ramka w wizjerze jest taka sama. Za to wizjer tego aparatu można złożyć do środka po skończonym fotografowaniu. Przez to spakowany Polaroid 101 wygląda ciut zgrabniej niż Polaroid 320 ze stałym wizjerem wystającym poza obudowę.

 

Sprawdziłem szybciutko czy w dostarczonym przez Mikołaja komora filmu jest czysta. Czy rolki stalowe, które wyciskają chemię wywoływawczą na zrobione zdjęcie, nie są zardzewiałe i czy się poruszają. Wszystko jest w najlepszym porządku.

 

Zaglądnąłem też do komory z baterią, która zasila światłomierz i migawkę. Tu niestety zastałem rozpierduchę. Poprzedni właściciel najwyraźniej zrobił „konwersję” aparatu bardzo charakterystycznej i zarazem trudnej dziś do dostania baterii 4,5 woltowej na cokolwiek innego. Zastałem wyłamane plastikowe elementy komory, wylany elektrolit i jakieś toporne kable wlutowane chyba kolbą lutowniczą przeznaczona do spajania blach dachowych, wiecie, taką rozgrzewaną w piecu węglowym. Nie wyglądało to dobrze, ale doczyściłem, doszorowałem, wylutowałem, przylutowałem na nowo to i owo. I teraz aparat ma działać na trzy bateryjki AAA. Sprawdziłem bez zakładania ładunku – migawka działa i otwiera się na różny czas, wyraźnie zależny od natężenia światła. Jest zatem szansa, że już wkrótce dzięki  temu dobrze naświetli mi pierwsze ładunki.

 

Na koniec zajrzałem w obiektyw, i tu czekała mnie miła niespodzianka. Nie dość, że czysty, to jeszcze składa się ten obiekty w trzech soczewek – szklanych!!! Nie to co moja stara dobra trzystadwudziestka – dwie plastikowe soczewki. Czyli obraz uzyskiwany moim gwiazdkowym prezencikiem powinien choć trochę ostrzejszy, może bardziej kontrastowy, a nawet lepiej oddający kolory rzeczywistości?

 

Się zobaczy! Wkrótce. A już teraz, bardzo dziękuję tej/temu Mikołaju, za wspaniały, zupełnie nieoczekiwany podarek.

 

Statystyki

  • Total posts(50)
  • Total comments(2)

Forgot your password?