WCZORAJSZE FOTOGRAFIE

WCZORAJSZE FOTOGRAFIE

To co widać, tam gdzie akurat jestem

Dla tej, co po lewej

Parę ładnych lat temu, to właśnie ja przyprowadziłem Justynę do naszej pracy na rozmowę kwalifikacyjną. Nie, nie była moją znajomą – po prostu spotkałem ją na korytarzu biurowca i zagadnąłem. Okazało się, że jest umówiona z redaktor naczelną. Zdaje się, że polubiliśmy się od razu.

 

Rozmowa poszła dobrze i przyjęto ją do pracy. Nim zasiadła po mojej lewej stronie parę razy zmieniano lokalizację biurka Justyny. W końcu jednak miałem ją w zasięgu wzroku i słuchu. Pojawiły się zatem częstsze okazje by wymienić parę zdań. I tak przez lata całe.

 

Naprawdę fajna babka, z poczuciem humoru, zaraźliwym śmiechem i na dodatek z wielką pasją. Byłem pod wrażeniem kiedy o niej opowiadała, a pod jeszcze większym, kiedy przyniosła wypreparowane własnoręcznie owady. Nie zdawałem sobie nawet sprawy, że takie stwory żyją w naszym kraju!

 

Noo a potem zaczęła się w firmie „optymalizacja”. Oboje kiepskośmy znosili to comiesięczne znikanie kolejnych współpracowników, ale to Justynie udało się znaleźć nowego pracodawcę. Nie czekała na moment kiedy to na nią padnie wzrok „optymalizatorów”. Złożyła wypowiedzenie, rach-ciach i już pracowała gdzie indziej. Ostatniego dnia jej pracy zrobiłem jeszcze kilka pożegnalnych fotek i odprowadziłem Justynę w to samo miejsce, z którego onegdaj ją przyprowadziłem. I znów po swojej lewej stronie nie miałem nikogo.

 

Aż tu nagle – telefon, od Justyny właśnie... Czy ja bym znalazł czas by zrobić parę fotek na jej ślubie? Czy ja bym znalazł czas?!!! Nawet jakbym nie znalazł, to i tak bym przyszedł na jej ślub! Ale jaki ślub?! Justyna, przecież Ty od zawsze miałaś swojego ukochanego konkubenta?! No tak, tak, ale… teraz jest jeszcze ktoś prócz konkubenta…. jego… nasz… potomek. O rany, to ci niespodzianka!

 

I tak to trafiłem w sierpniu na ślub Justyny z Frankim. Zdjęcia miały być, oczywiście, na filmie. A ponadto miało się wszystko odbyć na luzie, bez niepotrzebnego spinania się z ich i mojej strony. Pogoda średnio sprzyjała fotografowaniu – było gorąco. Sporo ponad 30 stopni. Szczęśliwie w stosownym urzędzie zamontowano klimatyzację – co za ulga! Cywilna uroczystość minęła migusiem, choć nie obyło się bez przygód. Nasza wspólna koleżanka, którą Justyna poprosiła by była świadkiem ślubu, zapomniała wziąć ze sobą dowodu. Z jednej strony sytuacja stresująca, bo wiadomo, urząd, to urząd, może nie znaleźć zrozumienia dla ludzkich ułomności. Z drugiej jednak strony sporo było śmiechu, kiedy już zażegnano zagrożenie, bo koleżanka, która zapomniała dowodu znana jest powszechnie z tego, że ciągle coś się jej przytrafia. A to bilet na koncert zgubi, a to paszport jej ukradną, a to kluczyków od auta zapomni, a to na imprezę się spóźni. Cała ona…

 

A później były już tylko wino, kobiety i śpiew. Morska bryza studziła nam żar lejący się z nieba, daszek gwarantował cień, a sprawne i sympatyczne kelnerki donosiły dania i napitki. Na pięterkowym tarasie „Tawerny Orłowskiej” wytworzyła się wśród gości bardzo przyjazna atmosfera. A muszę powiedzieć, że to wcale nie tak częste zjawisko na ślubach – wiem to z autopsji, miałem okazję wizytować sporo podobnych ceremonii. Bywało, że fotografowałem imprezy, na których wisiało w powietrzu jakieś napięcie, niepokój, złość nawet. Trudno mi się robi zdjęcia w takich sytuacjach. Pewnie dlatego, że mam mało profesjonalne podejście. Za to u Justyny i Frankiego fotografowało mi się świetnie. Raz, że było miło, a dwa, że podszedłem do zadania mało profesjonalnie. Robiłem zdjęcia tak, by się jednocześnie dobrze bawić. Wina sobie nie żałowałem i towarzyskich rozmów z innymi gośćmi też. Wiadomo, że przy tak amatorskim podejściu zachodzi ryzyko, że zdjęcia wyjdą inne niż zwykle. Miałem jednak ten luz, że umówiłem się wcześniej z Justyną, że będę te zdjęcia robił tak jakbym był jakimś jej wujkiem Krzyśkiem z Zenitem.

 

Ze trzy tygodnie minęły nim wetknąłem wreszcie filmy do koreksów i rozbełtałem chemikalia. Oj naczekali się oni na te zdjęcia, naczekali. Tak to jest, gdy człowiek tyra w tygodniu na etacie, a w sobotę i niedzielę czeka na niego stos zadań i pomysłów do zrealizowania. Nazbieranych z ostatniego półrocza lub dwóch… Jednak dla takich chwil, ja te spędzone w towarzystwie Justyny i reszty towarzystwa, warto odłożyć parę zadań na… za miesiąc.

 

Justyna, jakby co, to wujek Krzysiek chętnie obfotografuje też waszą latorośl! Jak już się wreszcie pojawi w widzialnym spektrum światła. Dzwoń!

 

 

Jeszcze po mojej lewej stronie – Justyna. Zdaje się, że to było jej przedostatniego, a może i ostatniego dnia.

 

A tu już w poczekalni urzędu stanu cywilnego. Chwała klimatyzacji. Nastroje dobre.

 

Za chwilę oświadczenie woli, obrączki, podpisy…

 

Już z obrączkami, oficjalne całusy.

 

Raczej szczęśliwi, prawda?

 

Już w „Tawernie Orłowskiej”, czas na prezenty. Zaskoczeni?

 

Toasty, mowy i pozdrowienia dla wujka Krzyśka.

 

Rozmowy z gośćmi w różnych zakątkach tarasu.

 

Pieprz i sól; Franki i Justyna.

 

Statystyki

  • Total posts(50)
  • Total comments(2)

Forgot your password?