WCZORAJSZE FOTOGRAFIE

WCZORAJSZE FOTOGRAFIE

To co widać, tam gdzie akurat jestem

Dwa podejścia do Holendra

Na otwarcie wystawy Erwina Olafa w gdańskiej Zielonej Bramie reklamowanej w mediach jako  „Choreografia emocji” przybył tłum ludzi. Było ciasno i dość hałaśliwie. Trudno w takich warunkach oglądać fotografie. A sprawy nie ułatwiało oświetlenie – żałosne halogenowe reflektorki rozmieszczone w większości tak, że zwiedzający rzucali cienie na oglądane zdjęcia. Naprawdę trzeba się było sporo nagimnastykować by tego uniknąć. W wielu wypadkach najlepszy był chyba, dość komicznie wyglądający z boku, półprzysiad. Ale czego się nie robi dla fotografii.

 

O ile sposób ekspozycji uznałbym za nieudany, o tyle sukcesem organizatorów było samo ściągnięcie bardzo zapracowanego autora zdjęć na otwarcie wystawy. Holendra usiłowała przedstawić pani rektor Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku, miałem jednak wrażenie, że jest zupełnie nieprzygotowana. Z pewnym zażenowaniem wysłuchałem tego dwuminutowego  „wystąpienia”. Potem szczęśliwie do mikrofonu mówił już Olaf.  Mówił, ale nie bez pewnych komplikacji – z głośników prócz głosu fotografa dobiegały też irytujące sprzęgnięcia. Organizatorzy jakoś nie umieli porządnie zaradzić problemowi. Podobnie zresztą jak nie zaradzili awarii rzutnika, który miał być stereo, a faktycznie emitował obrazy rozmazane, przesunięte w fazie. I nikomu nie udało się niczego z tym zrobić. Erwin Olaf jest znany ze swojej pedanterii, więc musiało go to chyba drażnić, choć początkowo cały ten bałagan próbował obracać w żart. Na dłuższą metę nie było to jednak zabawne.

 

Miałem wrażenie, że z każdą kolejną minutą atmosfera robiła się coraz duszniejsza. Fizycznie i mentalnie. Ze względu na tłok i nieustanne poszturchiwanie nie dało się spokojnie oglądać dwóch filmów będących elementami fotograficznych cykli „Dusk” i „Dawn”. Naprawdę. Wiem, bo uparcie próbowałem. Zupełnie zaś nie podjąłem próby oglądania umieszczonego na końcu wystawy filmu dokumentalnego o Olafie Erwinie. Nie w tych warunkach.

 

Wystarczyło mi jednak krótkie rzucenie okiem na eksponowane fotografie by wiedzieć, że muszę wrócić na wystawę w bardziej sprzyjających warunkach. Najlepiej w środku tygodnia i to w godzinach gdy większość pracuje.

 

Wróciłem po tygodniu. Oświetlenia na wystawie nie zmodyfikowano, więc nadal trzeba było przybierać niewygodne pozy by porządnie przyjrzeć się zdjęciom. Nie przejmowałem się tym jednak, bo na wystawie prócz mnie były tylko dwie panie muzealniczki. Można więc powiedzieć, że byłem z fotografiami Erwina Olafa sam na sam. I co tu gadać – facet wie co robi. Zdjęcia są znakomite.

 

Choć nie jestem wielkim amatorem fotografii kreacyjnej, podoba mi się to co robi Holender. Przewrotnie , ze zdjęć cyklu „Grief”, który odwołuje się do ludzkich emocji, wyziera chłód. Wrażenie sceniczności. Mimo to, a może właśnie dlatego zdjęcia Olafa zmuszają do zatrzymania się przed nimi. Poruszają, mimo, że oglądający wie o tym, że fotografowani  modele są upozowani i wystylizowani dla uzyskania efektu oczekiwanego przez fotografa. Trochę to jak w teatrze – wszyscy wiedzą, że to fikcja, a aktorzy za chwilę zdejmą maski i pójdą się napić wódki do SPATIF-u, czy gdzie teraz tam chodzą aktorzy. Fikcja, a jednak robi wrażenie. Nie mniejsze wrażenie od koncepcyjnej strony robi też strona techniczna zdjęć  niderlandzkiego fotografa. Perfekcyjnie ustawione światło, wspaniale wyważona  kompozycja kadrów, dobór scenografii i rekwizytów. Wszystko w jego pracach składa się na zachwycający efekt końcowy.

 

Wrażenie, kto wie, czy nie większe niż same zdjęcia z cykli „Dusk” i „Dawn” zrobiły na mnie filmiki im towarzyszące. Wracałem do obu kilkakrotnie. Minimum słów, maksimum wrażeń – emocjonalnych i estetycznych. W ogóle fotografia Olafa Erwina, moim zdaniem, jest bardzo, bardzo estetyzująca. Początkowo chyba mnie to raziło, ale z każdą chwilą spędzoną na wystawie jakbym się z tym oswajał.

 

Na poziomie intelektualnej gry z widzem, bardzo spodobało mi się lustrzane zestawienie w „Dusk” i „Dawn” dwóch światów. Różnych, a jakże podobnych. Estetycznie i emocjonalnie.

 

Prócz wspomnianych cykli na wystawie pokazano jeszcze jeden - „Blacks”. Podobnie jak poprzednie, mocno estetyzujący, ale bardziej alegoryczny. Centralnym elementem fotografii tego cyklu są ludzie, lecz równie ważną rolę pełnią towarzyszące im przedmioty, które są zarówno rekwizytami, jak i elementami kompozycyjnymi bordiur otaczających motyw główny. Oglądając zdjęcia z tego cyklu wzrok początkowo biega od przedmiotu do przedmiotu usiłując identyfikować je w tak nietypowych stylizacjach. Szybko jednak dostrzega się „oczy” fotografowanych osób. Oczy w cudzysłowie, bowiem na żadnym ze zdjęć ich nie widać, są zasłonięte. Wrażenie, że oczy przysłonięte są pogrzebowymi monetami sprawia, że całość kompozycji może się kojarzyć z epitafiami. Mocno barokizującymi. W ogóle zaprezentowane na wystawie w Gdańsku fotografie, mimo zróżnicowanej tematyki, łączy statyczność przedstawień. Mają one w sobie coś z malarstwa dawnych mistrzów.

 

Po obejrzeniu zdjęć dotarłem do salki z dużym monitorem, na którym pokazywano kilkudziesięciominutowy dokument z 2009 roku „Erwin Olaf. Beauty and Fall” w reżyserii Michiela Erpa. Film obejrzałem cały, bo był ciekawy. A byłby jeszcze ciekawszy gdyby organizatorzy zadbali o to by głośność emisji ustawiona była na odpowiednim poziomie. Siedząc w pierwszym rzędzie słabo słyszałem wypowiadane kwestie, które w większości wypowiadano po niderlandzku. Nie było ani tłumaczenia lektorskiego, ani napisów. Byłem zdany na swoją żałosną znajomość holenderskiego słownictwa i lingwistyczne zbieżności tego języka z niemieckim i angielskim. W czasie projekcji dosiadały się kolejne osoby. Ale tylko na chwilę. Żałosna głośność i brak tłumaczenia wypłaszały widzów po kilku minutach.

 

Szkoda, że w Trójmieście, w którym nie za często gościmy wystawy fotografów tak ważnych jak Erwin Olaf, nie udało się, moim zdaniem, w lepszy sposób zorganizować prezentacji twórczości. Byłbym skłonny zapłacić dużo więcej niż pobierane w Zielonej Bramie 8 PLN (ulgowy 5 PLN), byle tylko zobaczyć fotografie pokazane tak jak na to zasługują.

 

Tak Muzeum Narodowe w Gdańsku reklamuje wsytawę fotograficzną Erwina Olafa

 

Okładka katalogu towarzyszącego wystawie Erwina Olafa „Choreografia emocji”

 

„Helga” z cyklu „Blacks”, fotografia Erwina Olafa z 1990 r.; za: katalogiem do wystawy „Choreografia emocji”

 

Fotografia Erwina Olafa „I wish” z cyklu „50 Years Old” z 2009 r.; za katalogiem towarzyszącym wystawie „Choreografia emocji”

 

Fotografia Erwina Olafa „I Will Be” z cyklu „50 Years Old” z 2009 r.; za katalogiem towarzyszącym wystawie „Choreografia emocji”

 

Statystyki

  • Total posts(50)
  • Total comments(2)

Forgot your password?