WCZORAJSZE FOTOGRAFIE

WCZORAJSZE FOTOGRAFIE

To co widać, tam gdzie akurat jestem

Na osiedlu już wiedzą, czyli jak trafił do mnie kolejny aparat

Bo Pan to zbiera takie różne rzeczy, no nie? Tak zaczepił mnie na środku osiedla pięćdziesięciolatek z wąsami, którego znam tylko z widzenia, jak to w blokowisku. Troszkę mnie zatkało. Tak szybko rozniosło się, że jestem śmieciarzem? A przecież starałem się z tym nie obnosić, jakim więc cudem?! Ochłonąłem szybko, bo Znajomy Tylko z Widzenia gładząc obfite wąsiska kontynuował wypowiedź. Bo ja to pana czasem widzę, jak pan fotografuje. Takimi starymi aparatami. No i tak sobie pomyślałem, że może się panu nada jeden taki, co go znalazłem ostatnio w składziku u szwagra wew Gdyni. Jakby pan chciał to przyniosę, co? Aaa o aparat chodzi, fotograficzny? – upewniam się. Noo, aparat, aparat, JAPOŃSKI panie, ale nie wiem, kurka, czy dobry jest. Bym wywalił, ale może szkoda, bo może dobry. Będziesz pan chciał, to go sobie pan weźmiesz.

Nazajutrz „se go wziąłem”. Za 30 złotych polskich. Se go wziąłem, bo po pierwsze primo zawsze jestem ciekaw sprzętu fotograficznego, zwłaszcza takiego, którego wcześniej nie widziałem. A po drugie primo, dusza by mi pękła jakbym się dowiedział, że analogowy aparat fotograficzny wylądował na śmietniku. Se go wziąłem, choć nie powinienem, bo przy aktualnym poziomie napięcia budżetu domowego należałoby uszanować każdy banknot dziesięciozłotowy. No i nie uszanowałem.

Mam za to na stole kolejny aparat fotograficzny. Kiedy se go brałem, to brudny był jak nieboskie stworzenie. Zakurzony cały, a przednią soczewkę obiektywu usmotruchano chyba kremem Nivea. Powolutku, powolutku i doczyściłem z grubsza. Z oględzin podczas czyszczenia wynika, że całkiem ładnie zachowany jest ten mój nowy nabytek. Z mechanicznych uszkodzeń widać jedynie pęknięte szkiełko wizjera, co jednak nie przeszkadza w ustawianiu ostrości, oraz delikatne wgniecenie blachy korpusu, też raczej bez znaczenia.

Malutki jest. Zawsze chciałem mieć taki mały aparacik, który mógłbym nosić sobie w kieszeni kurtki. Notesik fotograficzny. Ale stać mnie nigdy nie było, więc zwykle naszam w plecaku albo średnioformatowe cegiełki z dwoma obiektywami (tak na wszelki wypadek), albo pancernego w konstrukcji i masie Nikona F4, albo po prostu rezygnuję z wkładania do plecaka czegokolwiek fotograficznego. Każdej zimy, kiedy tracę moc fotograficzną i ochotę na noszenie aparatu, zdarza mi się żałować, że nie mam go akurat wtedy, gdy kadr się trafiał piękny, albo zabawny. Mógłbym pewnie nosić cyfrowego głuptaka mojego syna, bo gabaryt ma akuratny. Ale obiektyw ma mroczny jak sumienie faszysty, no i szumi jak program drugi telewizji w latach 80. dwudziestego wieku. A najważniejsze jest to, że niestety mam ja uczulenie na fotografię cyfrową. Ilekroć sięgam po cyfraka, pojawia mi się wysypka na rękach i innych częściach ciała. I to nawet wtedy, kiedy sięgam po lustrzankę! Dlatego prawie nie sięgam.

Kiedy tak sobie czyściłem wieczorem nowo nabyty aparat, to myślałem, że spełnia on moje wyobrażenie o fotograficznym notesiku. Dalmierz, który jest mały (13x8x5 cm), dość lekki (0,5 kg), a przy tym bardzo solidny. Ma czterdziesto milimetrowy jasny obiektyw (f 1,7) o przyzwoitej konstrukcji optycznej (sześć soczewek w czterech grupach), preselekcję przysłony, wbudowany światłomierz i solidną oraz zapewne cichą migawkę centralną Seiko, która otwiera się w zakresie czasów od 2 sekund do 1/1000 sekundy. Prawie wszystko czego potrzebuję. Noo może wizjer by się przydał lepszy, taki z porządną korekcją paralaksy. I jeszcze żeby w wizjerze lub gdzieniebądź pokazywał czas naświetlania dobrany przez światłomierz do ustawionej przysłony. Ale i bez tego wszystkiego akceptuję w całości to co widzę na moim stole – Petri ES Auto.

Wyprodukowano to cudo koło połowy lat 70. dwudziestego wieku, w japońskich zakładach Petri Camera Company Inc. Mimo długiej tradycji sięgającej początków XX w. (u zarania jeszcze jako Kuribayashi Camera Industry) firma kilka lat po wypuszczeniu modelu Petri ES Auto upadła. Nie udźwignęła ciężaru rywalizacji z wchodzącymi w okres rozkwitu zakładów Canona, Nikona, Asahi i całym stadem innych. A produkowali nie tylko takie małe głuptaczki jak ten mój, ale też przyzwoite dalmierze z wymienną optyką i lustrzanki.

Z tego, co zdążyłem się zorientować aby podjąć próbę odpalenia migawki w moim Petri ES Auto, muszę wetknąć do korpusu baterie. Niestety, są one nietypowe dzisiaj. Chodzi o rtęciowe ogniwa Eveready E-640, lub Mallory RM-640. Jako, że rtęciowe, to dla ochrony przyrody, przestali je produkować z dziesięć lat temu. Znalazłem co prawda na ruskim E-bayu osobnika, któren sprzedaje baterie rtęciowe twierdząc, że w Rosji wciąż są produkowane. Hmmm, medycyna radziecka zna różne przypadki, ale czemu na E-bayu, tylko on ma te rtęciówki? Raczej nie zaryzykuję kupna i rozglądnę się za zamiennikami jakimiś. Co prawda napięcie baterii ma być nietypowe, bo 1,35 V, ale zdaje się, że podobne mają baterie do aparatów słuchowych. Trzeba poczytać trochę w internecie o bateriach, bo chciałbym bardzo sprawdzić swój nowy nabytek.

No muszę poczytać! Bo jak tak sobie stoi na stole, to aż się prosi by po załadowaniu filmem, wrzucić go do kieszeni kurtki i pójść na spacer. Teraz, zaraz, już!

 

 

 
 

 

 

 

 

 

 

 




 

 

 


 


 

Statystyki

  • Total posts(50)
  • Total comments(2)

Forgot your password?