WCZORAJSZE FOTOGRAFIE

WCZORAJSZE FOTOGRAFIE

To co widać, tam gdzie akurat jestem

Od horroru do koncertu

Będąc dzieckiem muzyki klasycznej nie lubiłem. Nie miałem kiedy się jej przyuczyć – w naszym domu się jej nie słuchało. Przełom nastąpił za sprawą horroru.  Miałem wtedy chyba dziewięć, może dziesięć lat. Telewizja Polska zapowiedziała nocną projekcję filmu Kobieta wąż. Koniecznie chciałem go zobaczyć, siedziałem więc wytrwale przed telewizorem, mimo, że powieki mi opadały. Babcia, która łaskawie pozwoliła mi czekać na film, sądziła pewnie, że w końcu skapituluję i usnę. Przewidywała taki rozwój wydarzeń jako pewny, bowiem wyczekiwany horror miała poprzedzić emisja koncertu muzyki klasycznej.  Dziś już nie pamiętam, jaka orkiestra grała. Pierwsze takty i szok! Co to jest?! Wspaniałe, piękne, wciągające! A przy tym proste, jakby wręcz napisane dla ludzi bez muzycznego obycia. Tak, by wciągnąć ich w ten transowy rytm.  Było to Bolero Maurice’a Ravela. No i się Babcia zdziwiła, bo nie tylko doczekałem horroru, ale od następnego dnia zacząłem przełączać stacje radiowe w naszym odbiorniku w poszukiwaniu muzyki. Pewnie trochę Babcię złościło, gdy zamiast słuchowiska W Jezioranach jej radio grało muzykę klasyczną. Ale nie robiła mi wymówek.

 

Kolejny muzyczny wstrząs przeżyłem ze dwa, a może trzy lata później. Znów za sprawą telewizji. Pokazano w niej występ Ivo Pogorelicia. Pasja z jaką grał Chopina zrobiła na mnie wielkie wrażenie. Kiedy skończył i wstał do ukłonów wyglądał jakby był nieobecny, jakby dopiero wracał do rzeczywistości. A później przepadł ten chłopak gdzieś w świecie, a polska telewizja więcej mi go nie pokazała. Płyty zaś, które nagrywał w późniejszych latach nie miały już tej mocy. Zwłaszcza te chopinowskie. Może pogubił się w obsesyjnych poszukiwaniach własnego odczytania muzyki mistrzów. Znajomy, który kilka lat temu był na jego koncercie opowiadał, że to co Pogorelić zrobił z utworami Chopina wołało o pomstę do nieba. Był też ponoć arogancki wobec publiczności, jakby odreagowywał na niej jakieś własne frustracje. Lekceważące zachowanie możnaby jeszcze znieść, gdyby tylko przysłonił je geniusz wykonawczy. Ale zdaje się, że nic takiego nie nastąpiło. Szkoda, bo Pogorelić był dla mnie ważnym wspomnieniem z dzieciństwa.

 

Wielkie emocje towarzyszące muzyce zobaczyłem i odczułem kolejny raz już długo, długo po występie młodego Pogorelicia na Konkursie Chopinowskim. Emocje tym razem związane były z koncertem oglądanym na żywo. I pewnie dlatego wrażenia z niego są w mojej pamięci tak mocno utrwalone. Pierwszy mój wyjazd zagraniczny dalszy niż do Berlina. Jechało się i jechało autokarem, a potem jeszcze przeprawa promem. Pogoda była paskudna, a na Kanale bujało mocno. Celem było intensywne zwiedzanie  londyńskim muzeów, a koncert pojawił się zrządzeniem losu. Głupi to zawsze ma szczęście. Inaczej nie da się skomentować faktu, że dostaliśmy się na występ, na który bilety były wyprzedane były od daaaawna. Dzieci gospodarzy u których mieszkaliśmy zupełnie nie miały  ochoty iść na koncert. Poszliśmy więc w zastępstwie my.

Nigel Kennedy z English Chamber Orchestra nagrał właśnie najsłynniejszą chyba swoją płytę Cztery pory roku Antonio Vivaldiego. Zachwyt publiczności zaowocował tłumami na koncertach. I nic dziwnego, bo Nigel grał jak natchniony. Kiedy słuchało się Lata w wykonaniu Kennedy’ego, miało się wrażenie, że to sam astmatyczny Vivaldi gniewnie zmaga się z trudami upalnego włoskiego lata. A kiedy koncert dotarł do Zimy, muzyka w sposób namacalny oddawała przejmujący chłód, klarowne zimowe powietrze i fakturę lodu. Tak to wtedy odbierałem siedząc wśród zasłuchanego tłumu.

 

Czterech pór roku w wykonaniu Nigela Kennedy’ego  słuchałem jeszcze tylko raz – w Berlinie. I znów było to wykonania, jak na moje amatorskie ucho – wybitne. Ale całkiem inne niż to z Londynu. Jakby poważniejsze, mniej żywiołowe, bardziej stateczne. Może to kwestia orkiestry. Filharmonicy Berlińscy, to duży i słynny zespół, ale... niemiecki. Poważny i stateczny. Nie wyobrażam sobie by członkowie tej orkiestry zrobili to samo co Anglicy – w chwili wykonywania Lata wszyscy założyli okulary przeciwsłoneczne lub czapki daszkiem.

 

A potem spotykałem Nigela Kennedy’ego już raczej w repertuarze jazzowym lub etniczno-klezmerskim i w bardzo różnych zestawieniach zespołowych. A wszystkie jego występy były bardzo dobre. Niezależnie od wykonywanego repertuaru. Może nie były tak poruszające, jak to co widziałem w Londynie, czy nawet w Berlinie, ale wysoki poziom zawsze był utrzymany. Prócz kunsztu muzycznego do Nigela Kennedy’ego przyciąga publikę jego otwartość na kontakt. Kiedy wykonuje mniej klasyczny repertuar jego często występ przerywany jest seriami żartów i komentarzy skierowanych zarówno do muzyków jak i słuchaczy. Daje koncerty żywe. Przy odbiorze dzieła muzyki klasycznej to mogłoby przeszkadzać, niszczyć skupienie. Kiedy jednak gra Hendrixa, czy występuje z Kroke, sceniczne humoreski są na miejscu. I co najważniejsze podobają się publiczności.

 

Tak właśnie było na tegorocznym lipcowym koncercie Nigela Kennedy’ego z Kroke w Filharmonii Kaszubskiej w Wejherowie. Repertuar koncertu pochodził z płyty East Meet East z 2003 r. Cieszę się, że jakimś cudem udało się zgrać terminarze Nigela i zespołu Kroke, bo materiał z tej płyty wciąż nie jest, moim zdaniem, wystarczająco rozpropagowany. Po nagraniu płyty, owszem była trasa koncertowa, ale niezbyt długa i intensywna. Potem, zdaje się w 2008 r., ponownie Kroke zagrali z Nigelem trasę wykonując East Meet East. A później już tylko pojedyncze, okazjonalne koncerty. Ucieszyłem się więc niezmiernie, kiedy dowiedziałem się o ponownym spotkaniu brytyjskiego skrzypka z krakowskim zespołem. A jeszcze bardziej ucieszyłem się, że Wejherowo znalazło się na ich króciutkiej, chyba czterokoncertowej trasie.

 

Bilety tanie nie były, to zawsze boli kiedy trzeba zabrać ze sobą całą rodzinę. A przecież trzeba. Kiedy jednak już się zapomni o pogłębiającym się debecie bankowym pozostają o wiele żywsze wspomnienia fantastycznego występu. Był to występ, w którym każdy znalazł cos dla siebie.  Mnóstwo humoru, szczypta romantyzmu i nostalgii, energia jak w stadzie dzieci z ADHD i punkowe szaleństwo. Sporo też wirtuozerii. Dla zainteresowanych załączam niżej skan kartki z listą utworów. Papier został zrabowany po koncercie z estradowej podłogi. Należy przy tym zauważyć, że to co wykonano na koncercie odbiegało dość znacząco od zawartości płyty. A wszystko przez niepohamowane skłonności muzyków do improwizowania. Jak można płynnie przejść od romantycznego Ederlezi do cygańskiego czardasza i jeszcze zawrzeć między nimi spory kawałek aleatorycznego szaleństwa i niespodziewany odskok w stronę westernowej Bonanzy? Ja nie wiem, ale im się udało! I to udało sie tak, że na scenie widać było nie tylko chęć do zabawy ale i miłość do muzyki.

 

Na koncercie muzykę wzięto z albumu East Meat East , ale nastrój na scenie był jakby żywcem wzięty z płyty A Very Nice Album nagranej w 2008 roku przez Nigel Kennedy Quintet. Rozmowy z publicznością, zaczepki co piękniejszych pań, częstochowsko-brytyjskie rymowanki, historyjki prawdziwe i zmyślone o akordeonistach, perkusistach, kontrabasistach i ich instrumentach. Wiecie czym się różni kontrabas od skrzypiec? Nawet się nie domyślacie – spytajcie Nigela przy najbliższej okazji. Skąd się wziął tytuł utworu Kukush? To dość długa opowieść, którą snuł Nigel chodząc po scenie. A ja miałem nieodparte wrażenie, że koncertowo zmyśla wszystko z tą swoją szelmowską miną. A potem znów muzyka i aplauz na stojąco. Bis i znów aplauz na stojąco. Gdyby nie filharmonijne grzeczne foteliki, to jestem przekonany, po pierwszym kwadransie cała publiczność zaczęłaby radośnie pląsać.

 

Kiedy już ucichła burza braw, rozglądnąłem się dookoła. Widziałem wyłącznie zadowolone twarze. I na scenie i wśród publiki.

 

A po tym wszystkim członkowie Kroke i Nigel znaleźli jeszcze czas i ochotę na spotkanie z fanami. Długo zwlekali z opuszczeniem garderoby po koncercie, ale to dobrze, bo kiedy w końcu wyszli czekała na nich na tyle niewielka grupka ludzi, że dla każdego znaleźli czas na chwilę rozmowy. Nawet mój syn, ze swoją skromna znajomością angielskiego poradził sobie z wyrażeniem zachwytu nad występem Nigela i odpowiedzeniem na parę jego dociekliwych pytań. Co zostało mu wynagrodzone autografem na płycie oraz pamiątkową fotografią. Dzięki temu, że grono wejherowskich anglojęzycznych fanów Nigela nie było bardzo liczne, albo że fani ci byli zbyt nieśmiali by zaczepiać skrzypka o coś więcej niż autograf, mogliśmy z synem zagarnąć go na kilkanaście minut tylko dla siebie! Rozmawialiśmy między innymi o tym, że ma dość miękki smyczek. Mogłem się o tym przekonać, bo Nigel na koncercie wypuścił smyczek w czasie swojej rozbuchanej choreograficznie konferansjerki i trafił nim prościutko w obiektyw mojego Nikona. Parę słów wymieniliśmy o urokach mieszkania na wsi, jak na koncercie nazwał Wejherowo Nigel. Żartował oczywiście, ale przy okazji wspomniał o dwóch swoich wiejskich domach. Ten angielski stoi ponoć w wioseczce składającej sie z czterdziestu domów. Jak się okazało w rozmowie, a czego można się było domyślać, Nigelowi nieobca jest muzyka punkowa (but Nigel – Dead Kennedys are’nt „fucking newyorkers” They’re from San Francisco!). Tuśmy się dogadali momentalnie, ale co do ulubionych piw nie znaleźliśmy porozumienia. Mimo uznania dla kunsztu muzycznego Nigela  i jego daru przekonywania, to do Tyskiego mnie nie przekonał!  Obstawał przy tym piwie między innymi dlatego, że uważał, że firma je produkująca należy do Polaków., a on popiera lokalne patriotyzmy. No i musiałem go wyprowadzić z błędu co do polskości kapitału w tej firmie. Szybkośmy jednak wrócili do tematów muzycznych i ustaliliśmy wspólną miłość do  czardasza. Zwłaszcza takiego, w którym jest dużo ognia i improwizacji.

 

W tym samym czasie, gdy z synem zawracałem Nigelowi głowę, moja żona bratała się z muzykami z Kroke. Obeszła wszystkich i cieszyła się jak dziecko zdobytymi autografami. Tylko perkusista, Sławomir Berny, jej przepadł. Zaczepiła więc Panią Menadżerkę, ta zaś bardzo się uradowała na wieść, że ktoś chce złożyć wyrazy uszanowania muzykowi. Szybciutko telefonicznie wywołała go z garderoby. No i w końcu mogła żona moja perkusiście opowiedzieć jak bardzo zachwycał ją swoimi akompaniamentami na przedziwnych wynalazkach z drewna. Radość było widać na twarzach obojga.

 

I moglibyśmy jeszcze siedzieć w tej naszej filharmonii z muzykami do samiuśkiego ranka. Nazajutrz jednak mieli grać we Wrocławiu. Oni udali się do hotelowych łóżek, a my do domu.  Noc była piękna, więc szliśmy piechotą.

 

Nigel Kennedy podczas koncertu z Kroke w Filharmonii Kaszubskiej w Wejherowie, 24 lipca 2014 r. Fotografowano Nikonem  F4 na filmie Kodak TMax 400 forsowanym do 800 w wywoływaczu Paterson FX39. Skanowano na Epsonie V700.

 

Nigel Kennedy podczas koncertu z Kroke w Filharmonii Kaszubskiej w Wejherowie, 24 lipca 2014 r. Fotografowano Nikonem  F4 na filmie Kodak TMax 400 forsowanym do 800 w wywoływaczu Paterson FX39. Skanowano na Epsonie V700.

 

Nigel Kennedy podczas koncertu z Kroke w Filharmonii Kaszubskiej w Wejherowie, 24 lipca 2014 r. Fotografowano Nikonem  F4 na filmie Kodak TMax 400 forsowanym do 800 w wywoływaczu Paterson FX39. Skanowano na Epsonie V700.

 

Nigel Kennedy podczas koncertu z Kroke w Filharmonii Kaszubskiej w Wejherowie, 24 lipca 2014 r. Fotografowano Nikonem  F4 na filmie Kodak TMax 400 forsowanym do 800 w wywoływaczu Paterson FX39. Skanowano na Epsonie V700.

 

Nigel Kennedy wystąpił w Filharmonii Kaszubskiej w Wejherowie w towarzystwie zespołu Kroke, w którym na kontrabasie gra Tomasz Lato. Gościnnie zaś perkusjonalia obsługiwał Sławomir Berny, znakomity muzyk sesyjny. Fotografowano Nikonem  F4 na filmie Kodak TMax 400 forsowanym do 800 w wywoływaczu Paterson FX39. Skanowano na Epsonie V700.

 

Nigel Kennedy wystąpił w Filharmonii Kaszubskiej w Wejherowie w towarzystwie zespołu Kroke, w którym gra stale trójka muzyków, w tym Tomasz Kukurba. Prócz muzyki wzbogacił on występ pięknymi orientalnymi wokalizami. ​Fotografowano Nikonem  F4 na filmie Kodak TMax 400 forsowanym do 800 w wywoływaczu Paterson FX39. Skanowano na Epsonie V700.

 

Nigel Kennedy wystąpił w Filharmonii Kaszubskiej w Wejherowie w towarzystwie zespołu Kroke, w którym gra stale trójka muzyków, w tym Tomasz Kukurba. Prócz muzyki wzbogacił on występ pięknymi orientalnymi wokalizami. ​Fotografowano Nikonem  F4 na filmie Kodak TMax 400 forsowanym do 800 w wywoływaczu Paterson FX39. Skanowano na Epsonie V700.

Nigel Kennedy wystąpił w Filharmonii Kaszubskiej w Wejherowie w towarzystwie zespołu Kroke, w którym gra stale trójka muzyków, w tym Tomasz Kukurba. Prócz muzyki wzbogacił on występ pięknymi orientalnymi wokalizami. ​Fotografowano Nikonem  F4 na filmie Kodak TMax 400 forsowanym do 800 w wywoływaczu Paterson FX39. Skanowano na Epsonie V700.

 

 

Nigel Kennedy wystąpił w Filharmonii Kaszubskiej w Wejherowie w towarzystwie zespołu Kroke, w którym gra stale trójka muzyków, w tym akordeonista Jerzy Bawoł. ​Fotografowano Nikonem  F4 na filmie Kodak TMax 400 forsowanym do 800 w wywoływaczu Paterson FX39. Skanowano na Epsonie V700.

 

Nigel Kennedy, z charakterystyczna dla siebie ekspresją, po każdym utworze długo oklaskiwanym przez publiczność przybijał "żółwiki" ze wszystkimi członkami zespołu Kroke. Tu z  Tomaszem Latą. ​Fotografowano Nikonem  F4 na filmie Kodak TMax 400 forsowanym do 800 w wywoływaczu Paterson FX39. Skanowano na Epsonie V700.

 

Do ukłonów na froncie sceny publiczność i Nigel Kennedy często wywoływali wszystkich członków zespołu Kroke i towarzyszącego im w trasach koncertowych perkusjonalistę.Tu Tomasz Lato i Sławomir Berny. ​Fotografowano Nikonem  F4 na filmie Kodak TMax 400 forsowanym do 800 w wywoływaczu Paterson FX39. Skanowano na Epsonie V700.

 

Nigel Kennedy przez cały występ w Filharmonii Kaszubskiej w Wejherowie rozmawiał z publicznością, uśmiechał się i bardzo zamaszyście gestykulował. Siedząc w pierwszym rzędzie padłem ofiarą jego rozmachu, w pewnej chwili smyczek wymknął mu się z dłoni i zdzielił mnie prosto w... aparat fotograficzny. Smyczek oddałem, co później miał mi za złe syn - taka pamiątka by była ;-). ​Fotografowano Nikonem  F4 na filmie Kodak TMax 400 forsowanym do 800 w wywoływaczu Paterson FX39. Skanowano na Epsonie V700.

 

I jeszcze seria z gestykulującym radośnie Nigelem Kennedym. ​Fotografowano Nikonem  F4 na filmie Kodak TMax 400 forsowanym do 800 w wywoływaczu Paterson FX39. Skanowano na Epsonie V700.

 

Czasami Nigel Kennedy poruszał się stanowczo zbyt szybko i energicznie dla mojego materiału światłoczułego. ​Fotografowano Nikonem  F4 na filmie Kodak TMax 400 forsowanym do 800 w wywoływaczu Paterson FX39. Skanowano na Epsonie V700.

 

Na jedną z melodii zespół opuścił scenę i zszedł do publiczności. Widzowie z pierwszego rzędu mieli w tym czasie muzyków na wyciągnięcie ręki. Nigel zaś, upatrzył sobie wśród publiczności kilka pań i wypytywał je kolejno o imiona. Każdej z nich oświadczał, patrząc głęboko w oczy: "Ola is my favorit name", "Agata is my favorit name", Eva is my favorit name", "Magda is my favorit name". Potem do tych imion układał krótkie rymowanki, niektóre dość... absurdalne. A Pani Magdzie (na zdjęciu) swoja rymowankę wyszeptał na ucho. Zdaje się, że była nieprzyzwoita. Rymowanka, a nie Pani Magda! Padło także jedno imię męskie. Nigel zapytał o imię starszego pana. Zdziwił się, gdy usłyszał - Kazimierz. Dosłownie chwilę wcześniej zespół wykonywał utwór noszący tytuł Kazimierz, a Nigel sam zapowiadał tę melodię! Starszy pan nie usłyszał jednak od uśmiechniętego Nigela tego samego komentarza co kobiety - "Kazimierz definitive is not my favorit name". Tuż po koncercie panie wymienione z imienia dostały od Nigela i zespołu róże, które wcześniej wręczyli muzykom organizatorzy koncertu. Fotografowano Nikonem  F4 na filmie Kodak TMax 400 forsowanym do 800 w wywoływaczu Paterson FX39. Skanowano na Epsonie V700.

 

Lista utworów zabrana po koncercie Kroke i Nigela Kennedy'ego ze sceny w Filharmonii Kaszubskiej w Wejherowie. 

 

 

Po koncercie udało się nam spotkać z muzykami by zebrać autografy.  Zespół i Nigel nie żałowali nam czasu na rozmowy. Tu Sławomir Berny w serdecznej rozmowie z moją żoną, która nie żałowała komplementów za jego wspaniały występ.  ​Fotografowano Nikonem  F4 na filmie Kodak TMax 400 forsowanym do 800 w wywoływaczu Paterson FX39. Skanowano na Epsonie V700.

 

 

Po koncercie udało się nam spotkać z Kroke i Nigelem by zebrać autografy. Udało się dużo więcej. Tu Nigel w rozmowie z moim synem.  ​Fotografowano Nikonem  F4 na filmie Kodak TMax 400 forsowanym do 800 w wywoływaczu Paterson FX39. Skanowano na Epsonie V700.

 

Po przybiciu setnego "żółwika" pamiątkowa fotografia z Nigela z moim synem. ​Fotografowano Nikonem  F4 na filmie Kodak TMax 400 forsowanym do 800 w wywoływaczu Paterson FX39. Skanowano na Epsonie V700.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Statystyki

  • Total posts(50)
  • Total comments(2)

Forgot your password?