WCZORAJSZE FOTOGRAFIE

WCZORAJSZE FOTOGRAFIE

To co widać, tam gdzie akurat jestem

Przez okładkę

W domu, w którym się wychowałem muzyka nie zaliczała się do rzeczy istotnych. Sprzętami mogącymi ją emitować były telewizor, radio i… kołchoźnik. Pamięta jeszcze ktoś z Was kołchoźniki, drewniane skrzynki z pojedynczym głośnikiem i gałką do regulacji głośności? U nas w domu kołchoźnik podłączony był do gniazdka sygnałowego w kuchni. I to było jedyne urządzenie z którego w dzieciństwie słuchałem muzyki. Owszem mieliśmy czarno-biały telewizor, stał w salonie i służył przede wszystkim do oglądania wiadomości. Pod telewizorem stał też odbiornik radiowy, ale włączano go głównie w porze emisji słuchowiska W Jezioranach. Tylko więc z  kołchoźnika dobiegały mnie melodie. Zdaje się, że puszczano je z naszej lokalnej poczty. Nie mam pojęcia, czy były to retransmisje z radia, czy może muzykę puszczano z jakichś płyt. Raczej to pierwsze, bo jakoś nie widzę szansy by personel pocztowy biegał co dwadzieścia minut ku gramofonowi by zmienić stronę płyty.

 

Pod koniec podstawówki sam zacząłem szukać muzyki. Robiłem to za pomocą pokręteł w radiu i telewizorze. Oczywiście robiłem to w czasie, gdy dorosłych nie było w domu, by im nie przeszkadzał jazgot młodzieżowego grania. Na dobre jednak wciągnąłem się w muzykę gdy opuściłem nasz wiejski dom rodzinny by pobierać wykształcenie w mieście wojewódzkim i zamieszkałem w internacie. Sporo nas tam mieszkało i okazało się, że wielu chłopaków stać było na sprzęty grające. Przeważnie były to niewielkie tranzystorowe radia, ale trafiały się też kasetowe magnetofony, a nawet jakiś szpulak.

 

Jako, że nie ja byłem właścicielem, byłem skazany na słuchanie tego, czego życzył sobie posiadacz. Szwędając się od pokoju, do pokoju, na wszystkich czterech piętrach naszego internatu udawało się znaleźć jakiś pokój w którym grano coś interesującego.  Zawsze jednak, to właściciel urządzenia  decydował o tym, co będzie słuchane   i jak długo…

 

Aż któregoś dnia odkryłem Dział Zbiorów Muzycznych w Wojewódzkiej Bibliotece Publicznej im. C. K. Norwida. I stało się to całkiem przez przypadek. Oddawałem w bibliotecznej wypożyczalni książki i nagle poczułem, że powinienem odwiedzić toaletę. I to szybko. Ta na parterze była zajęta, więc zacząłem nerwowe poszukiwania na innych piętrach biblioteki. Znalazłem. A kiedy już opuściłem WC zupełnie odprężony zacząłem się rozglądać dookoła, cóż to użytecznego ukryto (prócz toalety) na wyższych piętrach. W ten sposób znalazłem bufet i wspomniany Dział Zbiorów Muzycznych. Szybko dobrałem się do regulaminu i katalogów. Wkrótce zostałem stałym bywalcem. Przychodziłem tak często jak to było możliwe, zwykle dwa-trzy razy na tydzień. Każdorazowo wysłuchiwałem, zgodnie z regulaminem dwóch albumów. Tak zakochałem się w winylowych płytach, bo to one w dużej mierze stanowiły zbiory działu. Wkrótce sam zacząłem zbierać longplaye. Wolno to szło, bo budżet miałem znikomy. A najgorsze było to, że płyt przybywało, a ja przez jakieś dwa dalsze lata nie miałem gramofonu.

 

 

W winylach to nie tylko muzyka mnie zachwyciła, ale także... okładki. Kwadratowe, duże, czytelne. Bardzo lubiłem gdy pani bibliotekarka, zwłaszcza ta młodsza, przynosiła mi do stolika okładkę odtwarzanej właśnie płyty. Do dziś kiedy słyszę muzykę pojawia mi się pamięci okładka płyty. Oczywiście tylko wtedy, gdy widziałem wcześniej tę okładkę. Słyszę Walking in Your Footsteps i widzę dość już mocno podniszczoną okładkę policyjnego Synchronicity.  Słyszę Pixiesową Bone Machine, a oczyma duszy widzę wspaniałą polaroidową fotkę z okładki płyty Surfer Rosa. I zachwyt na pięknymi okładkami winylowych płyt pozostał mi do dziś. Drobiazgi na kompaktach tylko mnie denerwują. Może przez moje ujemne dioptrie w oczach.

 

 

Do wspomnienia o płytach pchnęła mnie wizyta w Media Markcie, gdzie syn zażyczył sobie nabyć mikrofon. Kiedyśmy byli już w sklepie, on poszedł w jedną stronę, a ja w drugą, bo zaraz przy wejściu zobaczyłem miniaturowe, ale jednak, stoisko z płytami winylowymi. Ooo jakże dawno nie byłem w takim miejscu. Bo trzeba wiedzieć, że większość zakupów muzycznych robię przez internet. Miło było tak sobie dreptać od stojaczka do stojaczka i brać w dłonie kolejne kwadratowe kartoniki o sporym gabarycie. W miłym nastroju wspomnieniowym dotarłem do półki z literką „P”, a na niej znalazłem płytę z piękną okładką. I zanim jeszcze zobaczyłem, kto jest autorem muzyki, wiedziałem, że kupię ten album. Przez zdjęcie na okładce. Ileż już w ten sposób kupiłem płyt? Naprawdę sporo. I co ciekawe, zawartość muzyczna niewielu z nich mnie zawiodła. Zdecydowanie częściej za piękną okładką szła piękna muzyka. Tak było i teraz. Gra mi ta płyta prawie codziennie od dwóch tygodni.

 

Pod literką „P” znalazłem dwupłytowy album zespołu Poogie Bell Band zatytułowany Suga Top, a wydaną rok temu. Czytając napis na okładce przez dłuższą chwilę marszczyłem czoło – Poogie Bell, Poogie Bell… skąd ja go znam? Aż wreszcie coś zaskoczyło – no przecież z Marcusowo Millerowych Sun Don’t Lie, Tales, Silver Rain, i z Patchesowo Stewartowego Blow, no i w końcu ulubionego przeze mnie ostatnio Thundera nagranego przez spółkę Clarke, Miller, Wooten (do dziś brzmią mi  w głowie melodie z ich gdyńskiego koncertu). Kiedy w końcu umysł zlokalizował mi murzyńskiego perkusistę od razu dorzucił do tytułów płyt, na których grał, także i wspomnienie jego powierzchowności. Uśmiechnąłem się sam do siebie na myśl o tym, że kiedyś myliłem Poogie Bella z Georgem Dukiem. Z wyglądu ich myliłem. A po wysłuchaniu Suga Top uśmiechając się pomyślałem jeszcze, że teraz to mógłbym ich i muzycznie pomylić. I wcale mi nie przeszkadzają archaicznie analogowo brzmiące wokodery, jakby żywcem wyjęte z płyt Georga Duke’a z lat 70. XX wieku. Piękną podróż w czasie odbywam dzięki muzyce zapisanej w winylu przez zespół Poogie Bella. No i dzięki fotografii na okładce tego albumu.

 

Detalicznie o muzyce się rozpisywać nie będę. Lepiej będzie jak udacie się do Działu Zbiorów Muzycznych waszej biblioteki wojewódzkiej i poprosicie panią bibliotekarkę o nastawienie płyty Suga Top nagranej przez Poogie Bell Band. Spodoba się wam. Aaa i nie zapomnijcie poprosić pani bibliotekarki o okładkę. Warto, bo w jej wnętrzu też są ładne zdjęcia.

 

 

Statystyki

  • Total posts(50)
  • Total comments(2)

Forgot your password?