WCZORAJSZE FOTOGRAFIE

WCZORAJSZE FOTOGRAFIE

To co widać, tam gdzie akurat jestem

Splątane drogi do Źródła Życia

Gdy dojeżdżamy autobusem do Wernigerode w późne majowe popołudnie upał trzydziestostopniowy. Mamy znaleźć kilka ulic – Brockenweg, Humboldtweg, Salzbergstrasse. A na nich konkretne domy, których numery mam skrzętnie wynotowane w notesie. Musimy się spieszyć, bo pociąg, który zawiezie nas do miejsca naszego kwaterunku odjeżdża za nieco ponad dwie godziny. A ja jak na złość zapomniałem zabrać ze sobą planu miasta. Cholerka, mogliśmy przyjechać tu wczoraj! Szukalibyśmy na spokojnie. No tak, ale na wczoraj mieliśmy zupełnie inne plany. Równie intensywne jak te dzisiejsze. A jutro? Jutro wracamy do Polski. Niestety.

 

Z pomocą przychodzi nam niemiecka skrupulatność i japońska technika. Zaraz po wysiadce z autobusu znajdujemy tablicę z planem Wernigerode. Nie jest może oszałamiająco szczegółowy, ale Brockenweg na nim znajdujemy. O pozostałych ulicach wiem, że łączą się z Brockenweg, tworząc uliczny trójkąt. Znajdziemy jedną, to dotrzemy i do reszty. Czeka na nas spory kawałek drogi. Żeby się nie błąkać ulicami szybko fotografuję synowskim cyfrakiem tablicę z planem i ruszamy. Na początek trochę kombinacji bo szeroko zakrojone roboty drogowe nieco dezorganizują nam, prosty, jak się wcześniej wydawało szlak. Ale, że jesteśmy dość bystrzy i wspomagamy się zerkaniem na wyświetlacz aparatu fotograficznego na utrwalony plan, dochodzimy do Brockenweg już po jakichś 20 minutach.

 

Co dalej? Szukamy budynków pod numerami 1 i 3. Pomocna ma być przedwojenna pocztówka, która ponoć ukazuje to co mamy znaleźć. Ściskam w garści kartkę bezpiecznie schowaną w celofanowej kopertce i rozglądam się dość niepewnie. Jesteśmy albo na początku albo na końcu ulicy. W pobliżu jest trochę domków przypominających ten z pocztówki, ale żaden z nich nie jest bardzo podobny. Tak mocno przebudowano je od  lat 30. XX wieku, czy po prostu żaden z nich nie jest tym, którego szukamy? Numery na domach? Byłbym idiotą, gdybym ich nie wyglądał. A, że idiotą nie jestem, to oznacza, że numerów widać nie było. Nie było też nikogo kogo by można spytać. Ulica wymieciona z ludzi.

 

Idziemy chodnikiem lekko wznoszącym się ku górze, mijamy kolejne domy. Podobne do tego z pocztówki, ale jednak inne. Skrzyżowanie z Humboldtweg. Mamy więc drugą ulicę. Na niej trzeba nam znaleźć numer 4. Łatwo powiedzieć, kiedy numerów nie ma i tu. Nawet na lekarstwo. A o szukanym domu wiemy tylko tyle, że był kiedyś willą lekarzy, a po II wojnie światowej, cytuję „budynkiem mieszkalnym”. Zdjęcia nie mamy. Nie mamy też tabletu na którym moglibyśmy zlokalizować to czego szukamy na Google Earth. Numer 4, czyli co – czwarty budynek na ulicy? A jak numeracja jest naprzemienna, bo domy są po obu stronach jezdni? Zgadywanka, który dom wygląda na przedwojenną willę. Chyba ten.

 

Wracamy na Brockenweg i dalej idziemy lekko pod górę. Do cholery, przecież dom, w którym w ciągu ośmiu lat urodziło się ponad tysiąc dzieci nie może być zwykłym domkiem jednorodzinnym lub ciut większą willą! A mijamy tylko takie właśnie. Nagle – jest! Kiedy kończy się górka, na którą się wspinamy cały czas idąc Brockenweg, widzimy budynek większy niż wszystkie. Tak, tak! To wygląda tak, jak powinna wyglądać klinika położnicza, która funkcjonowała tu do 1999 roku. Co tu jest teraz? Czytam tablicę wywieszoną przy wejściu: Internat „Brockenblick”. Wciąż więc są tu dzieci! Ciekawe, czy znają historię budynku, w którym mieszkają. Na razie się tego nie dowiem, bo raz, że portier jest dość srogi. Nie bardzo chce rozmawiać, w kółko powtarza, że są wakacje i że obcym wstęp wzbroniony. Złowrogo też łypie na nasze aparaty fotograficzne. Spoglądam na zegarek – czasu do odjazdu pociągu coraz mniej, stanowczo za mało by tracić go na chandryczenie się z tym stanowczym panem. Wrócimy tu, gdy będziemy mieli więcej czasu i gdy będą już dzieciaki. Ważne, że znaleźliśmy adres Brockenweg 1. Próbujemy jeszcze zajrzeć na tyły budynku – wysoki mur i siatka utrudniają ogląd, ale to co zobaczyłem w zupełności odpowiada moim wyobrażeniom miejsca, w którym matki i noworodki mogłyby zażywać spokojnego odpoczynku, nie niepokojone przez świat zewnętrzny.

 

Trzeba nam iść dalej, zwłaszcza że prócz dojścia do dworca mamy jeszcze szukać Salzbergstrasse 14. Ulicę znajdujemy niemal natychmiast, zaczyna się tam, gdzie kończy się Brockenweg. Idziemy wypatrując numerów domów. Znów, albo całkowity ich brak, albo ja nagle popadłem w numeryczną ślepotę. Każę mojemu synowi wypatrywać i alarmować w razie gdyby zobaczył JAKĄKOLWIEK CYFRĘ, prócz numerów rejestracyjnych aut. Nic. Aparatem syna pstrykam kilka kadrów budynkom, które potencjalnie mogłyby być tymi, którego szukamy. Szkoda mi filmu na to, dlatego robiłem zdjęcia są cyfrowe. Czas gonił, więc pstrykałem wszystko co popadnie, nawet jakieś nowowybudowane budynki mieszkalne. I dobrze zrobiłem, bo kiedyśmy wrócili do Polski, a ja znalazłem chwilę na wznowienie kwerendy okazało się, że przypadkiem sfotografowałem właściwy dom. Właściwy w tym sensie, że… postawiony w 2014 r. w miejscu tego któregośmy tak intensywnie szukali.  Willa przy Salzbergstrasse 14 popadała ponoć w ruinę przez ostatnie dziesięciolecia NRD i pierwszą dekadę Niemiec zjednoczonych. Popadła tak bardzo, że w 2012 roku zburzono ją dokumentnie i zaczęto budowę czegoś nowego. Tego co nieumyślnie sfotografowałem. A potem pobiegliśmy na pociąg. Nieco zziajani, ale zdążyliśmy.

 

Czemu się tak zawziąłem na wspomniane wyżej adresy? Po pierwsze z powodu pocztówki, o której wspomniałem także. Nie pamiętam już kiedy i jak trafiła w moje ręce, chyba wypadła z jakiejś książki, którą kupiłem kilka lat temu w niemieckim antykwariacie. Przez lupę wyczytałem z szyldu umieszczonego na budynku widocznym na kartce, że jest to Mutterheim, czyli taki przytułek, dom opieki nad matkami. Zaciekawiło mnie to i jakimś sposobem skojarzyło mi się z nazistowską organizacją Lebensborn E.V. założoną przez Himmlera w celu wzmacniania rasy aryjskiej. Lebensborn zachęcał członków SS to mnożenia się na potęgę i miał się troszczyć o czyste rasowo aryjskie matki i ich dzieci. Najważniejsze było dla nich to by rodziło się jak najwięcej aryjczyków. I nie ważne, czy pochodzić będą oni ze związków małżeńskich, czy pozamałżeńskich. Jeśli jakiejś pannie czy mężatce spełniającej kryteria rasowe zdarzyła się erotyczna przygoda zakończona ciążą, mogła liczyć na pomoc Lebensbornu w dyskretnym urodzeniu dziecka. A jeśli chciały, mogły takie panie zostawić dziecko do adopcji. Oczywiście do adopcji trafiały wyłącznie dzieci, które mieściły się fizycznie w kanonie aryjskości ustalonym przez „badaczy” Himmlera. Niemowlaki uznane za nie dość aryjskie trafiały do sierocińców, a te które zupełnie nie pasowały do rasowego modelu oddawano do specjalnych ośrodków. Tam miały umrzeć… Do ośrodków Lebensbornu trafiały także dzieci porwane z krajów okupowanych przez III Rzeszę, a były ich tysiące. Rzecz jasna musiały być niebieskookimi blondynami i proporcjach ciała zgodnych z oczekiwaniami himmlerowskich hodowców ludzi. Także z Polski wywieziono mnóstwo takich dzieciaków. Aż strach myśleć o ich późniejszych losach. Czytałem wystarczająco dużo opowieści o ich wojennym i powojennym życiu by nosić w sobie ślad na zawsze.

 

Przez te wszystkie lata wielokrotnie odwiedzałem Wernigerode. I nie wiedziałem, że w tym miasteczku latem 1937 r. otwarto drugi w Niemczech ośrodek Lebensbornu. Składały się na niego cztery budynki położone w cichej, willowej dzielnicy. Przy Brockenweg 1 mieścił się ośrodek położniczy (Geburtenhaus), ciut dalej, przy Brockenweg 3 umiejscowiono ośrodek dla dzieci Lebensbornu (Kinderhaus) - dziś to bardzo skryty za krzakami bzów willowy domek. Po przeciwnej stronie ulicy Brockenweg, pod numerem 4 stała willa przeznaczona dla lekarzy Lebensbornu. Dziś zmieniła się nieco numeracja domów i to co było przed wojną adresem Brockenweg 4 trzeba teraz szukać pod Humboldtweg 4. Pozostaje jeszcze kwestia budynku przy Salzbergstrasse 14, tego już nieistniejącego. Ta willa przeznaczona była dla matek (Mutterhaus), którymi opiekował się czasowo Lebensborn. Nie udało mi się jednak na razie ustalić, czy dom, który widać na mojej pocztówce był własnością Lebensbornu. Ustaliłem bowiem, że w latach 30. XX wieku dom z pocztówki był owszem Mutterheimem, ale… należącym do Kościoła ewangelickiego. Czy po dojściu do władzy i rozpanoszeniu się na dobre w połowie lat 30. naziści położyli łapę na ewangelickim ośrodku dla matek? Tego jeszcze nie wiem.

 

Jest jeszcze jedna rzecz, która sprawiła żem się zainteresował sprawą. Negatywy szklane, o których ostatnio pisałem tu: http://www.12frames.eu/apps/blog/w-efekcie-kontuzji. Kiedym je oglądał pod dobrze powiększającą lupą wypatrzyłem charakterystyczne znaczki wpięte w ciuchy sfotografowanych kobiet. Są to trójkątne plakietki z runicznym symbolem Lebensbornu, czyli źródła życia. Niestety nie udało się z negatywów odczytać, jakie dokładnie są to plakietki, bowiem charakterystyczny znak runiczny umieszczono w III Rzeszy bodajże na trzech rodzajach znaczków: Deutsches Frauenverein, NS Fraueschaft oraz Lebensborn E.V. Jeśli chodziłoby o Lebensborn, to ze względu na geograficzne pochodzenie negatywów, kobiety widoczne na nich nie mają zapewne nic wspólnego z tropionym przeze mnie ośrodkiem Lebensbornu „Harz” w Wernigerode. Raczej powinny być związane z inną placówką organizacji. Najprawdopodobniejszy wydaje się ośrodek w Połczynie Zdroju. W pobliżu był też ośrodek w Bydgoszczy, ale został on zlikwidowany w 1942 r. a zdjęcia pochodzą najprawdopodobniej z 1943 r. Co ciekawe obecnie w Połczynie Zdroju znajduje się bardzo ceniony ośrodek leczenia bezpłodności. Widocznie o tamtejszym mikroklimacie i wodach mineralnych sprzyjających prokreacji Niemcy wiedzieli już przed wojną, bo chyba nieprzypadkowo ulokowali tam swój ośrodek. Zresztą większość z nich była ulokowana w podobnych miejscach, często mających status kurortów.

 

Na koniec subiektywnie wspomnę, że dość boleśnie mi się patrzy na zdjęcia tych kobiet ze znaczkami Lebensbornu w klapach. Dzieci i panowie im towarzyszący radością również nie tryskają. Dość znamienne wydaje mi się to, że chodząc po Brockenweg, Humboldtweg i Salzbergstrasse nie znalazłem niczego co przypominałoby współczesnym smutną historię tego miejsca. Żadnej tabliczki. Nic. Widocznie nie ma się czym chwalić, a może nawet jest się czego wstydzić.

 

Jest jednak światełko w tym mrocznym nazistowskim tunelu. Dziś się dowiedziałem się, że w sierpniu 2014 r. w Wernigerode zostanie otwarta wystawa poświęcona ośrodkowi Lebensbornu „Harz”. I ponoć potrwa prawie do końca listopada! A ja mam kiesę pustą i wszystkie znaki wskazują, że nie uda mi się zobaczyć wystawy! Ma ktoś dla mnie z pięć setek na zbyciu? Takiego co by mi ufundował wyjazd na wystawę w Wernigerode chwaliłbym długo i namiętnie. Póki co, nikt się nie wyrywa.

 

Pocztówka od której wszystko się zaczęło. Mutterheim w Wernigerode. To dało się odczytać z napisu na budynku i z tego co nabazgrał ołówkiem poprzedni właściciel kartki. Nie znalazłem tego domu.

 

Pan z NSDAP, a pani z Lebensbornu. Takie mają znaczki. Skan jednego ze szklanych negatywów, o których wspominałem ostatnio.

 

I jeszcze jedna pani ze znaczkiem Lebensbornu wpiętym w klapę żakietu. Skan jednego ze szklanych negatywów, o których ostatnio wspominałem.

 

Co zastaliśmy przy Brockenweg 1 w Wernigerode? Internat „Harzblick” – widok od frontu.

 

Co zastaliśmy przy Brockenweg 1 w Wernigerode? Internat „Harzblick” – widok od tyłu na zaciszny ogród skryty za murem.

 

Dawna willa lekarzy Lebensbornu przy Humboldtweg 4, kiedyś Brockenweg 4.

 

To co widać na fotografii postawiono na miejscu dawnego budynku Lebensbornu przy Salzbergstrasse 14 w Wernigerode.

 

Statystyki

  • Total posts(50)
  • Total comments(2)

Forgot your password?