WCZORAJSZE FOTOGRAFIE

WCZORAJSZE FOTOGRAFIE

To co widać, tam gdzie akurat jestem

Wąsy. Dla jaj...?

Niewiele pamiętam z czasu gdy mój dziadek umierał na raka. Nie mówiło się przy mnie o jego chorobie. Czasem tylko widziałem, jak babcia martwiła się, czy uda się na czas załatwić kolejną partię leków. Chyba były w Polsce trudne do dostania. Przysyłali je ludzie z Zachodnich Niemiec, dzieci niemieckich gospodarzy u których moja babcia pracowała niewolniczo w czasie wojny. O tym, że dziadek bardzo cierpiał przekonywałem się, gdy złościł się, tracił cierpliwość, czasem nawet przeklinał pod nosem. W takich chwilach wiedziałem, że najukochańsza dla mnie wtedy osoba nie pogłaszcze mnie po włosach, nie weźmie na kolana, nie opowie historyjki. Babcia wcale nie musiała mi tłumaczyć, „boli go”. Wiedziałem to, czułem to doskonale. A potem umarł.

 

Lata później przyszedł telegram z końca Polski, informujący o tym, że jeśli chcę się pożegnać z ojcem, to powinienem się pospieszyć z przyjazdem, bo umiera na raka. Nie przepadaliśmy za sobą przez te wszystkie lata, ale spakowałem mandżur i pojechałem. Kiedy wszedłem do szpitalnej sali, jego cierpienie dotarło do mnie natychmiast. Próbowałem wsłuchać się w szmer słów wydobywających się z gardła. Nie było w nich sensu, który tak bardzo chciałem znaleźć. Ściskał moją dłoń, coś do niego mówiłem. Dwa dni później umarł.

 

Całkiem niedawno wyniki badań robionych z okazji jakiejś banalnej acz nagłej boleści zaniepokoiły moją doktórkę. Jeszcze bardziej poruszyły moją żonę, która natychmiast uruchomiła wszystkie znajomości bym dostał się na dużo konkretniejsze badania, na które z ramienia NFZ-tu musiałbym poczekać trzy miesiące lub dłużej. Żona nie chciała tyle czekać. Trzy dni w szpitalu ciągnęły się bardzo długo, za to później mogliśmy głębiej odetchnąć.

 

Pamiętając o tym wszystkim od razu przystałem na propozycję kolegi by na listopad zapuścić wąsy i tam gdzie się da gadać o zdrowiu facetów. Ponoć akcja taka (nazywana na Zachodzie „Movember”) powtarzana jest corocznie w listopadzie, w sporej części świata. Jakoś wcześniej o niej nie słyszałem. Wiem za to doskonale z paru przykładów jak faceci „dbają” o zdrowie, jak bardzo się nim „interesują”.

 

Wkrótce okazało się, że dość łatwo udało się namówić na wąsy paru jeszcze kolegów z pracy. Cały listopad obnosiliśmy się dumnie z wąsiskami (brody niedopuszczalne). I nawet udało się z paroma zupełnie obcymi gośćmi pogadać. Zwykle zaczynało się od wąsów, a kończyło na śmierci mojego ojca. Może to co da, kto wie.
W firmie sześciu się nas zebrało. Był nawet siódmy, ale przegrał z żoną pojedynek na płaszczyźnie estetycznej - dał sobie wmówić, że źle wygląda. Ogolił się. Na koniec akcji zaplanowałem, że zrobię wąsatym chłopakom natychmiastowe fotki na czarno-białych ładunkach Fuji FP-3000B. Na tę okoliczność przyrody wywlokłem z szafy swoją rówieśniczkę, kamerę Polaroid 320. Nic, że obiektyw plastikowy, nic, że małe pole manewru w ustawianiu parametrów naświetlania, nic, że nie da się robić tym bliskiego portretu. Lubię rupiecia i już!

 

Umówiliśmy się na ostatni dzień listopada. W poniedziałek, na cztery dni przed wąsatą fotoakcją okazało się, że dwie dziewczęta też chcą jakoś zauczestniczyć z wąsami, choćby i sztucznymi. Spoko, będzie przyjemny dodatek, do naszych mało przyjemnych gęb. Między poniedziałkiem a czwartkiem grono zainteresowanych szybko się powiększyło. Zgłosił się cały legion dziewcząt, które koniecznie chciały mieć wąsy. Na zdjęciu. Tak, dla jaj…?

 

Poniżej kilka obrazków z naszej akcji wąstopadowej. Więcej znajdziesz w galerii na stronie domowej w zakładce "Movember". Zdjęcia zza kulis zrobił i udostępnił mi kolega Jarek. Dziękuję.

 

 

 

 

 

 

 

 

Statystyki

  • Total posts(50)
  • Total comments(2)

Forgot your password?