WCZORAJSZE FOTOGRAFIE

WCZORAJSZE FOTOGRAFIE

To co widać, tam gdzie akurat jestem

W dobre ręce

Jak pisałem ostatnio (tu: http://www.12frames.eu/apps/blog/coroczne-zaskoczenia), dobry Mikołaj przyniósł mi pod choinkę aparat fotograficzny Polaroid Land Camera 101 Automatic. Kamera już oczyszczona, polutowana i zaopatrzona w stosowny odpowiednik baterii. Migawka działa jak złoto, dalmierz jest dobrze zestrojony z ustawianiem ostrości – pierwsza, testowa paczka zdjęć już wykonana. W oczekiwaniu na dłuższe i bardziej świetliste dni poniosłem aparat do swojej fotograficznej szafy, dobrze chroniącej sprzęt przed kurzem i wszechobecnymi w naszej chałupie kotami. I się zdziwiłem…

 

Dłuższą chwilę stałem przed otwartą szafą nie mogąc uwierzyć, że tak nagle skończyło się w niej miejsce. Jak, to nie ma miejsca? Przecież, to bardzo obszerna szafa jest! Szukałem i na górnych półkach i na tych dolnych, za którymi nie przepadam. Faktycznie nie było gdzie wetknąć nowego sprzętu! Wszędzie aparaty, obiektywy, koreksy, lejki, menzurki, rolki, cuda-wianki.

 

Pokręciłem się chwilę zdezorientowany i wróciłem z aparatem do pokoju. Przysiadłem na kanapie i poczochrawszy się po łbie uznałem, że czas przewietrzyć szafę – sprzedać coś, co pozwoli na upchnięcie „stojedynki”.

 

Decyzja nie była łatwa. Ze trzy godziny przekładałem zawartość szafy to w jedną, to w drugą stronę.  Padło na aparat – Polaroid Land Camera 320 Automatic.  Czemu? Bo jest niemal taki sam w formie jak otrzymana właśnie „stojedynka”. Ma tylko nieco gorszy obiektyw, brakuje mu gwintu statywowego, jego dalmierz/wizjer się nie składa, a korpus jest plastikowy. W istocie, to niewielkie różnice, zwłaszcza, że tą „trzystudwudziestką” zrobiłem przez trzydzieści lat naprawdę sporo fajnych zdjęć. Ostatnio fotografowałem nią dwa miesiące temu, podczas akcji „Movember” (zdjęcia z akcji tu: http://www.12frames.eu/#!gallery/vstc2=movember), spisała się świetnie. Mimo to zdecydowałem się ją sprzedać. Mając dwa bardzo podobne aparaty sięgałbym po ten ciut lepszy, a „trzystudwudziestka” walałaby się po szafie.

 

Wciąż jednak się wahałem, bo mam sentyment do tego aparatu. To pierwszy sprzęt fotograficzny jaki kupiłem sobie za granicą. A było tak. W roku 1991, w ramach wymiany studenckiej z Otto von Guericke Technische Hochschule wywieziono mnie z grupą studentów do Magdeburga. Przez tydzień obwożono nas po anhalckich atrakcjach historycznych. Jeden z dni spędziliśmy w Luterstadt Wittenberg, w którym to zobaczyliśmy i kościół miejski w którym Luter wygłaszał swoje kazania , i kościół zamkowy, na wrotach którego Luter podobno wywiesił w 1517 r. swoje 95 tez. Zwiedzaliśmy także dom Marcina Lutra, w którym zgromadzono sporo oryginalnego wyposażenia, a resztę pieczołowicie odtworzono. W rekonstrukcjach mebli zadbano nawet o dziury wygryzione jakoby przez korniki. Jak opowiadał przewodnik wykonano je strzelając do mebli z dubeltówki bardzo drobnym śrutem. Może to i prawda, ale jak znam przewodników, to lubią oni dla własnej zabawy pleść rozmaite androny.

 

Ze zwiedzaniem uwinęliśmy się dość szybko, więc organizatorzy ogłosili przed powrotem do Magdeburga dwie godziny czasu wolnego na łażenie po miasteczku. Dużo się nie uchodziłem. Spędziłem cały ten czas w znalezionym przy placu ratuszowym sklepie fotograficznym. Sprzedawano tam zarówno nowe sprzęty, jak i egzemplarze antykwaryczne. Sklep był niewielki, jednak jego asortyment zrobił na mnie ogromne wrażenie. Na antykwarycznych i sklepowych półkach pyszniły się wszystkie modele Praktik, o których onegdaj marzyłem, no i kapryśny lecz za to średnioformatowy Pentacon Six. Sporo zachodniego sprzętu – Canony, Nikony, Pentaxy…  A wszystko absolutnie poza moim zasięgiem finansowym.

 

Starszy, jowialny sprzedawca uprzejmie zapytał czy w czymś może pomóc, coś podać. Wydukałem szkolnym niemieckim, że tylko pooglądam. A w przypływie słowiańskiej szczerości dodałem, że raczej na nic stać mnie nie będzie. Słysząc taki „niemiecki” sprzedawca się uśmiechnął i zaczął wypytywać – a skąd, a dlaczego,  a po co… . Na tyle, na ile mi starczyło słownictwa rozmawialiśmy też o sprzęcie fotograficznym, a raczej o moich wyobrażeniach o sprzęcie. Facet cierpliwie podawał mi kolejne egzemplarze aparatów, pokazywał, tłumaczył. Wtedy po raz pierwszy miałem w rękach Canona A1 i Nikona F4. Kiedy tylko ich dotknąłem postanowiłem nabożnie, że w tym tygodniu już rąk nie umyję.

 

Nawet nie zauważyłem kiedy minęły dwie godziny i trzeba się było zbierać. W rozpaczliwym geście wyjąłem z kieszeni zwitek wymiętych marek niemieckich otrzymanych na początku pobytu w Magdeburgu jako kieszonkowe. Było tego rozpaczliwie mało, a ja tak bardzo, tak bardzo chciałem wyjść z tego sklepu z czymkolwiek.  Sprzedawca sięgnął wtedy za siebie jeszcze raz i podał mi szarą plastikową kostkę – może kupisz ten aparat? Sprzedam ci go taniej, bo na cokolwiek innego zabraknie ci pieniędzy. To Polaroid z 1969 roku. Cooo, mój rówieśnik? Kiwnąłem tylko głową, bo z emocji straciłem na chwilę zdolność mówienia. Aparat dostałem za ¾ wywieszonej ceny, a do tego jako startowy gratis – przeterminowany o rok film. Wyszedłem z Polaroidem 320 w rękach i ze szczęściem w oczach. Zdaje się, zę z tych emocji nawet nie podziękowałem miłemu sprzedawcy.

 

Teraz sprzedaję „trzystudwudziestkę”. Być może robię to dlatego, że wiem w czyje ręce trafi ten aparat. Wiem, że nie będzie walał się po szafach. Będzie nadal fotografował. Dlatego sprzedam go za ¾ rynkowej wartości.

 

Aniu, życzę wielu emocji związanych z fotografowaniem tym aparatem. No i samych udanych ujęć!

 

Statystyki

  • Total posts(50)
  • Total comments(2)

Forgot your password?