WCZORAJSZE FOTOGRAFIE

WCZORAJSZE FOTOGRAFIE

To co widać, tam gdzie akurat jestem

W efekcie kontuzji

Dowiedziałem się niedawno, że w każdej z moich okazałych łydek tkwi mięsień brzuchaty. Wolałbym się jednak nie dowiedzieć, bowiem tajemnice poznałem w najgorszy z możliwych sposobów, czyli przez kontuzję. Dziwnie to wygląda słowo „kontuzja” na moim monitorku, zwłaszcza w odniesieniu do mnie. Przecież kontuzje dotykają sportowców, może strażaków, w ostateczności księcia Pepi podczas wyprawy na Moskwę, a nie gości, którzy sport omijają dużym łukiem, a jeszcze większym wojenne wyprawy do Rosji. A jednak, tym razem rzeczywiście to ja doznałem kontuzji. „Naderwanie mięśnia brzuchatego łydki lewej”, tak napisano w wypisie ze szpitalnej izby przyjęć.

Jak trafiłem do szpitala? Właściwie nie pamiętam. I nie chcę sobie przypominać! Wystarczy, że mimo upływu kilku tygodni wciąż pamiętam ten ból. I jestem pewien, że będę go pamiętał jeszcze dłuuugo. A wydawało mi się, że doświadczenia z bólem mam już na tyle zaawansowane, by nie być niczym zaskoczonym. Rwa kulszowa bardzo była dotkliwa, gorsze jednak było wbicie metalowego wióra w oko, a potem jego wyciąganie. Te dwa rodzaje cierpienia przyćmił jednak ból towarzyszący wysikiwaniu szczawianowego kamienia nerkowego. Sporego i kolczastego jak mina morska z zapalnikami kontaktowymi. Nie, był bardziej kolczasty, przypominał zielonego wiosennego kasztana. Tyle napiszę, że naderwanie mięśnia bolało znacznie intensywniej.

Nazajutrz zostałem sam na sam ze zwolnieniem lekarskim na dwa tygodnie, paczką pigułek przeciwbólowych, przeciwzakrzepową, parą nierównych kul i zaleceniem oszczędzania nogi. Po trzech dniach w tym doborowym towarzystwie uznałem, że trzeba odwrócić uwagę głowy od bólu i zająć się czymś co naprawdę lubię. Fotografią oczywiście.

Leżenie w domu to niezła okazja by odrobić różne zaległości - a to w spaniu, a to w lekturze, a to w konserwacji i archiwizowaniu zbiorów. No bo przecież wiadomo, że zbieram wszystko, co mi w ręce wpadnie. A stare zdjęcia i negatywy zacząłem zbierać w wieku 14 lat. Impulsem inicjującym było wykopanie na naszym wiejskim podwórku mocno pordzewiałej metalowej skrzyneczki zawierającej trzy naramienne opaski ze swastykami i, co bardziej interesujące, kilkadziesiąt listków celuloidowej kliszy formatu 6x7 cm. Coś tam było na nich widać mimo, że były zawilgocone, posklejane i kruszyły się pod palcami. Miałem je dwa lata. Przepadły podczas wakacji. Wyjechałem, a Babcia urządziła w czasie mojej nieobecności remont generalny mojego pokoju. Miała być niespodzianka. No i była. Pokłóciliśmy się wtedy mocno, bo moje znalezione skarby zniknęły. Podczas sprzątania? A może malarze sobie wzięli, bo przecież starowinka nie stała nad nimi cały czas. A może malowanie było dla Babci tylko pretekstem by pozbyć się z domu rzeczy, które przypominały jej bolesną przeszłość. Widziałem przecież jak nie lubiła wszystkiego co jakoś łączyło się z wojną. A tu te opaski. Wtedy o tym nie myślałem. Dopiero później…

Później miałem lat osiemnaście i z kilkoma kolegami wyruszyliśmy na niespieszną wakacyjną podróż kolejową z naszej lubuskiej wsi nad Bałtyk w rejon Gdańska. Wysiadaliśmy z pociągów przy rozmaitych miasteczkach, rozbijaliśmy namioty i szliśmy zwiedzać okolicę. Tak trafiliśmy na leśny kemping gdzieś między Gnieznem a Janikowem. Spędziliśmy tam kilka dni. Zwiedzaliśmy zabytki, a wieczorami chłopaki szli nad jezioro i podryw. Ja zaś, jako kiepski pływak i jeszcze gorszy podrywacz łaziłem po lasach. Co i rusz trafiałem na sterty śmieci. Szczęśliwie Polska jeszcze wtedy nie opływała w bogactwa konsumpcyjnego świata, więc i w znajdowanych przeze mnie śmieciach daremnie byłoby szukać zużytych pampersów, plastikowych butelek, kłębów reklamówek. W leśnych kopcach dominował gruz, mocno zardzewiałe blachy, kuchenne fajerki, potłuczone szyby i kafle piecowe. Zatrzymywałem się czasem przy takich stertach, gapiłem się, czasem coś kopnąłem.

Kiedy zobaczyłem skorupy potłuczonych jasnobrązowych ceramicznych butelek i pożółkłe, ponadzierane naklejki zadrukowane gotyckimi czcionkami wiedziałem już, że to będą fajne śmieci. Owszem, były też zrobione z grubej folii, paskudne wory po jakimś Superfosfacie, ale między nimi znalazłem też nieduży, ale ciężkawy kartonik z mocno rozmokłej tektury opatrzonej napisem: KARTONIKI NA ZAPROSZENIA 100 SZTUK CENA PUDEŁKA ZŁ 8. I dalej stało już mniejszą czcionką: KRAKOWSKIE ZAKŁADY WYROBÓW PAPIERNICZYCH i Materiałów Biurowych. Zamiast dość banalnej zawartości opisanej na wieczku znalazłem szesnaście szklanych negatywów formatu 10x15 cm. Trzy z nich były zniszczone – jeden pokruszony na drobne kawałki, a w dwóch złuszczyła się spęczniała, mokra emulsja fotograficzna. Reszta przetrwała w stanie, jeśli uwzględnić okoliczności przyrody i czasu, doskonałym.

Po powrocie z wakacji szklane negatywy zostały odkurzone i skopiowane stykowo w domowej ciemni na papier fotograficzny. Moim oczom ukazały się rodzinne portrety i inne okolicznościowe obrazki z czasów II wojny światowej. Znów niemieckie! Tym razem dobrze je schowałem przed Babcią, a wyjeżdżając na studia zabrałem ze sobą. I jakoś przetrwały te wszystkie lata i kilkanaście przeprowadzek. Wreszcie w zeszłym tygodniu znów wziąłem je do ręki. Należało im się już trochę uwagi. Znów trzeba było je porządnie odkurzyć, potem delikatnie wykąpać, a potem załatwić roztworem formaliny grzyby rozwijające się w żelatynowym oblewie. Z moją okulałą nogą zajęło mi to, razem z suszeniem, dwa dni. Przed zapakowaniem w nowiutkie pergaminowe koszulki negatywy trafiły na skanera taflę gładką. Po pierwsze po to, by zdigitalizowaniem zwiększyć szansę obrazów na przetrwanie kolejnych dziesięcioleci. A po drugie, po to, by kilka z nich wam pokazać.

Widać, że fotograf nie był mistrzem świata. Czasem ustawił oświetlenie dość niestarannie i pojawia się tu i ówdzie parę niepotrzebnych cieni. Na innym zdjęciu głębia ostrości ciut za płytka wyszła i tylko jedna osoba jest w pełni ostra, albo nawet tylko jakaś jej część. I to wcale nie twarz. Mimo to, fotografie mają swój urok. Choć przecież doskonale wiem, że zdjęcia ukazują Niemców. No ja wiem, że to smutny czas II wojny światowej, gdzieś około 1943 roku. No ja domyślam się, że te zdjęcia zrobiono w jakimś wielkopolskim miasteczku, z którego wcześniej deportowano poprzednich mieszkańców – kto wie, czy nie w samym Gnieźnie. I ja widzę, że faceci to albo we wraży mundur wbici, albo przynajmniej paskudny partyjny znaczek w klapie dumnie prezentują. Mimo to, chciałbym poznać ich losy. Niestety nie mam czasu na przeprowadzenie porządnego dochodzenia, na poszukiwania, szperanie w bibliotekach i archiwach. Postaci ze zdjęć pozostaną więc anonimowe. Anonimowa będzie rodzina żołnierza Luftwaffe, chyba, że za nazwisko uznam słowo „Stahl” naniesione tuszem retuszerskim na krawędzi zdjęcia. Anonimowe będą dzieci, anonimowa zostanie siostra z Czerwonego Krzyża i dziewczęta z Kraft durch Freude. Nieznany pozostanie też fotograf. Nie poznam kolei ich życia.

Znam za to dobrze, choć nie wiadomo po co, życiorys człowieka z portretu wiszącego na jednym ze zdjęć. Rozpoznajemy go wszyscy bez pudła. Tego grubawego mężczyznę w pajacowato-operetkowym mundurze, z marszałkowską buławą w dłoni i kabotyńską miną na twarzy. Rozpoznajemy go, choć raczej wolelibyśmy nigdy o nim nie słyszeć.

 

Prócz szklanych negatywów ocaliłem też wieczko kartonika w którm były skryte pośród leśnych śmieci.

 

 

 

 

Siostra z Niemieckiego Czerwonego Krzyża. Sfotografowana zapewne gdzieś w rejonie Gniezna, prawdopodobnie w 1943 r.

 

 

 

Niemiecka rodzina sfotografowana gdzieś w rejonie Gniezna, prawdopodobnie w 1943 r. U pana w klapie nazistowski znaczek. A wszyscy  jacyś tacy nieszczęśliwi, że żal patrzyć.

 

 

 

Czyje to dzieci? Niemieckiej rodziny Zelmów? Takie nazwisko (?) udało się odczytać na brzegu fotografii. Gdzie uśmiechy, tak charakterystyczne dla dzieci wszystkich epok i szerokości geograficznych? Fotograf niewystarczająco przymknął obiektyw, stąd najstarsze dziecko jest już lekko poza płaszczyzną ostrości. Może światła było za mało w atelier by można było zwiększyć przysłonę? Fotografia wykonana zapewne w okolicach Gniezna, prawdopodobnie w 1943 r.

 

 

 

Niemiecka rodzina, być może Stahlów, bo taki napis widnieje na krawędzi obrazka. Sfotografowana prawdopodobnie w rejonie Gniezna, chyba w 1943 r. Jak widać meble w atelier fotograficznym są już nieco sfatygowane. I tak jak w poprzednich zdjęciach, uśmiech jest tu niemal nieobecny, ledwie zasygnalizowany przez mundurowego i jego żonę.

 

 

 

Sądząc po plakacie wiszącym na ścianie i wystroju sali można się domyślać, że to jakiś lokal związany z organizacją Kraft duch Freude. A dziewczęta są chyba częścią personelu lokalowego. Może kelnerkami w sali ślubnej KdF? Po treści obwieszczeń i zapowiedzi wiszących na ścianie można domniemywać, że scenkę sfotografowano w rejonie Gniezna, zdaje się w 1943 r. No i jeszcze ten portret grubego marszałka Rzeszy.

 

 


 


 

Statystyki

  • Total posts(50)
  • Total comments(2)

Forgot your password?