WCZORAJSZE FOTOGRAFIE

WCZORAJSZE FOTOGRAFIE

To co widać, tam gdzie akurat jestem

Diabły tasmańskie - wąsate...

Rach-ciach, w takim tempie koleżanka podjęła decyzję, że mandżur pakuje i się wyprowadza. Pracę rzuca, syna bierze ze sobą i się wynosi. Mąż pracę dostał, a za chwilę i ona też. Zajęta pakowaniem dobytku, w listopadzie i na początku grudnia, pojawiała się już u nas okazjonalnie. Nie załapała się więc na nasze movemberowe wybryki (o których było tu:

 https://wczorajszefotografie.wordpress.com/2015/02/24/bardzo-spoznione-podziekowania-dla-chwilowych-wasaczy/).

 

 

Pokazała się jednak  na chwilę jeszcze raz w grudniu, by się  ostatecznie z nami pożegnać. I koleżeństwu się synem pochwalić, któren się okazał bardzo rozgarniętym młodym człowiekiem. Żwawym przy tym, wszędobylskim i wesołym. Myśl  o przyprawieniu koleżance wąsów pojawiła się natychmiastowo! A jak jej, to i synowi!

 

 

Następnego dnia,  dziewczyna o najbardziej zaraźliwym uśmiechu jaki znam,  leciała już na antypody.

 

 

Daje nam czasem znaki życia z Tasmanii...

 

 

Tachihary niestety już ze sobą nie miałem, więc przyszło uwieczniać tym co było pod ręką – Nikonem F70. Ciemno było, trzeba było błysnąć tym co było pod ręką, czyli żałosną lampeczką zamontowaną w aparacie.

 

 

 

Oczy wojny

Przy okazji mojego poruszenia „Schleswigiem-Holsteinem” (o czym było tu: https://wczorajszefotografie.wordpress.com/2015/03/01/ale-dlaczego/ ), wygadałem się, że byłem w Berlinie. A tam, prócz niemal codziennych wizyt przesiadkowych na Friedrichstrasse, odwiedziłem też wystawę fotograficzną The Eyes of War  w Niemieckim Muzeum Historycznym. Holender Martin Roemers zaprezentował 40 portretów osób, które w czasie II wojny światowej straciły wzrok. Jedne były wtedy jeszcze dziećmi, inne już młodzieńcami, a jeszcze inne służyły w armii. Pomysł na ich portretowanie pojawił się w 2004 r., podczas rocznicowych obchodów D-Day w Normandii. Holenderski fotograf spotkał tam weterana  Fredericka Bentleya, który w 1944 r. stracił wzrok po wybuchu niemieckiego granata. Nie odebrało mu to jednak radości życia. W wywiadzie udzielonym autorowi zdjęć powiedział m.in.:  „Miałem 33 lata i pracowałem jako mechanik budowy maszyn. Pracowałem wyczuwając maszyny dłońmi. Miałem pracę, ożeniłem się i mam czworo dzieci. Po wojnie wciąż miałem dobre życie“.

 

Dla Sieglindy Bartelsen utrata wzroku w 1945 r., na skutek  bombardowania była trudnym doświadczeniem, ale i ona odnalazła się ciemności: „Kiedy ostatni raz widziałam się w lustrze, miałam 15 lat i byłam bardzo chuda. Teraz regularnie jestem  chwalona za wygląd. Ostatnio pewien mężczyzna powiedział mi, że jestem piękną kobietą. Podziękowałem mu za komplement. On zaś odpowiedział: To nie jest komplement ale stwierdzenie ".

 

Brytyjczyk Norman Perry w Libii w 1942 r. stracił wzrok od odłamków : „To szaleństwo, ale ja wciąż widzę moją żonę z przeszłości, jako  18-letnią dziewczynę. Przed oczyma duszy wciąż mam obrazy wszystkich ludzi. Kobiece głosy dla mnie zawsze należą do ładnych dziewcząt”.

 

Alfons Henne, kochał muzykę. Stracił nie tylko wzrok, ale również rękę. Miał dziesięć lat kiedy kolega w piwnicy dał mu granat i wyciągnął zawleczkę. Pasji nie utracił:  „Śpiewam jako tenor w chórze i gram na trąbce, fletni pana i instrumentach klawiszowych. A choć  jednoręczna obsługa klawiatury jest niełatwa, sprawia mi wiele radości".

 

Zdjęcia robią wrażenie. Czterdzieści dużych, wyrazistych, czarno-białych obrazów.  A historie opowiedziane przez sportretowanych pogłębiają jeszcze wrażenie wywołane fotografiami. Różnili się, każdy z nich żył własnym życiem, mieszkali w różnych krajach, służyli we wrogich armiach. Nagle wszyscy znaleźli się w ciemnościach. Straciło znaczenie to, że  są Niemcami, Brytyjczykami, Belgami, Holendrami, Ukraińcami czy Rosjanami. Autor stawia nas bardzo blisko ich tragedii. Nie upiększa, nie estetyzuje.  Dokładnie, bardzo dokładnie widzimy każdą zmarszczkę na twarzach, każdą szramę na źrenicy, bliznę na tęczówce. A kwadratowe kadry sprawiają, że jest w tych zdjęciach spokój.

 

W oczach ślepców pokazanych na fotografiach Martina Roemersa widać piętno wojny. Ale to nie są zdjęcia, które wygrałyby tegoroczny, czy ubiegłoroczny World Press Photo. Nie ma tu ludzkich szczątków, kałuż krwi, łopoczących trzewii. Jest coś innego. Zupełnie...

 

Jeśli tylko będziecie mieli okazję – idźcie na tę wystawę. Aaaa w DHMie już jej nie ma – szukajcie gdzie indziej. Albo kupcie katalog. Warto, choć nie sądzę byście często i chętnie wracali do tych zdjęć.

 

Katalog, za 35 euro plus koszty wysyłki można zamówić tu: tel. +49 30 20304-731 | verkauf@dhm.de

 

Pierwsza strona okładki katalogu wystawy fotograficznej „The Eyes of War” Martina Roemersa. Wydano w Delft w 2104 r. Resztę zaprezentowanych niżej zdjęć plus 36 innych znajdziecie w tymże katalogu.

 

 

Poniższe fotografie prezentowane są za zgodą autora, Martina Roemersa, według zasad wyznaczonych przez jego agentkę Maartje Wildeman dla materiałów prasowych Deutsche Historische Museum w Berlinie: https://www.dhm.de/fileadmin/medien/relaunch/presse/pressebilder/Eyes_of_War/EyesOfWar_Pressebilder.pdf

 

Sieglinde Bartels, fotografia Martina Roemersa

 

 

Walery Nieziemski, fotografia Martina Roemersa

 

 

Edith Meulen, fotografia Martina Roemersa

 

 

Alfons Henne, fotografia Martina Roemersa

 

Kartaginę bym oszczędził

Uważam, że reklamy należałoby zabronić. Czemu tak uważam, to temat na dłuższą opowieść. W skrócie – dlatego, że czuję się wobec niej bezsilny, wolność tracę. Nie mogę przejść ulicą by jej nie widzieć, nie mogę włączyć telewizora by jej nie zobaczyć, to samo z radiem i internetem. Gdybyż, ach gdybyż ktoś wymyślił cudo jakieś, które sprawiałoby, że od mojej woli zależałoby to, czy będę widział/słyszał reklamy lub nie. Świętym bym go ogłosił! Póki co, czuję się nieustannie przez reklamę dotykany. A przecież nie chcę!

 

Dotknęła mnie reklama sklepu. Skakał w niej jakiś chrabąszcz zielony, czy inny pasikonik i udawał, że detektywem jest Chandlerowskim. Choć po prawdzie papierosa nie palił, choć wolna łapka by mu się na to znalazła, a strój jego raczej przypomniał skrzyżowanie gestapowskiego szpicla (kapelutek) i polskiego konspiratora (jesionka). Gadał do dyktafonu i fotografował.

 

No właśnie – fotografował! Czym on, ten detektyw fotografował? Ruskim Zenitem E fotografował, z przykręconym do korpusu standardowym Heliosem pięćdziesięcioośmiomilimetrowym. Pewno jakiś młody człowiek pracujący nad tą reklamą uznał, że taki srebrny, metalowy aparat z czarną kratką nad obiektywem będzie pasował do oldskulowego detektywa. Może i pasuje – nie znam się na detektywach. Przypuszczam jednak, że gdybym miał zrobić to, co robi detektyw chrabąszcz, to raczej zdecydowałbym się na którąś z Praktic, które miały zamontowany pomiar światła przez obiektyw. Niektóre z tych enerdowskich sprzętów też przecie były srebrne i metalowe. Noo ale nie miały takiej ładnej kratki czarnej nad obiektywem. Ciekawym, czy twórca reklamy wie, że ta kratka to element światłomierza? I czy wie, że ten światłomierz nie był w Zenicie E sprzężony z mechanizmem ustawiania czasu naświetlania/otworu przysłony. Fotograf, aby wykonać poprawnie naświetlone zdjęcie, jeśli nie miał w głowie tabeli naświetlań, musiał zerknąć na wskazówkę światłomierza, która nie znajdowała się bynajmniej w wizjerze, lecz w okienku na górnej części korpusu aparatu. Dopiero stamtąd dowiadywał się jakie ma wprowadzić nastawy. No i jeszcze musiał je wprowadzić. Przy pewnej wprawie trwało to krótką chwilkę. A jeśli przewidywało się fotografowanie w miarę niezmiennych warunkach oświetleniowych, to wystarczyło światło zmierzyć raz, a potem już tylko fotografować bez zerkania w światłomierz. Bo przecież negatyw czarno-biały jest dość tolerancyjny na błędy naświetlania. No i pan świerszcz tak się właśnie zachowuje, jakby miał wszystko zmierzone wcześniej, bo światłomierz igonoruje – widać profesjonalista. Co prawda, w którymś momencie zmieniają mu się radykalnie warunki oświetleniowe, bo z ulicy wchodzi do sklepu i tam też fotografuje nadal bez przejmowania się światłomierzem. Noo ale skoro jest profesjonalistą, to światło w sklepie też zmierzył wcześniej. Może nawet przedwczoraj o tej samej porze.

 

Ten obiektyw standardowy… Tu twórcy reklamy poszli szarżą – każą się zachowywać biednemu Heliosowi/Industarowi/Zenitarowi zachowywać jakby był całkiem przyzwoitym teleobiektywem i to zoomem. Tak wynika z tego co detektyw żuk widzi w celowniku Zenita. Raz szerszy plan, raz węższy, a jak chce to i zbliżenie spore da radę zobaczyć. Rozumiem koncepcję, ale to trzeba było do Zenita przykręcić faktycznie jakiś Pentaconowski zoomik, a nie kazać temu świerszczu zwykłym stałoogniskowym Heliosem fotografować! Że to Helios, to domniemuję z kształtów obiektywu i kolorów cyferek metrażowych i przysłonowych naniesionych na obiektyw. Niby taka dbałość o szczegóły, ale na frontowym pierścieniu obiektywu, to już się nie chciało umieścić stosownych napisów, żeby było wiarygodnie… Leniuchy, niechluje, czy nieuki?

 

I jeszcze ta matówka – Matko Bosko Ugandyjsko – przecie żaden Zenit nie miał takich wytrawień na matówce, jak w tej reklamie pokazano! Czyli co, twórca reklamy nie pofatygował się by naprawdę sięgnąć po Zenita? Po prostu ściągnął sobie parę fotek Zenita E z jakiegoś stocka, a że zenitowskiej matówki tam nie znalazł, to dał taką jaka zdała mu się stosowna. Ciężko było znieść to co wcześniej opisałem, a zwłaszcza to matówkowe qui pro quo, ale dałem radę!

 

Na dobre osłabłem przy dźwięku. Na ziemię rzuciły mnie dźwięki wydzielane przez migawkę, lustro i naciąg tego detektywistycznego Zenita E. Migawka w reklamie brzmi jak… właściwie nie wiem, Canon chyba. Zenit to to nie jest – ni hu-hu. Nasłuchałem się w życiu swoim migawek szmaciancy sporo i żadna nie przypominała tego co wciśnięto w reklamie. Lustra, które w Zenitach kłapie metalicznie, w reklamie w ogóle nie słychać! I takoż naciągu migawki sprzężonego z przewijaniem filmu. Też nie słychać, choć pan pasikonik trzaska fotkę za fotką, jakby jakiś winder samorobny miał do aparatu przypięty.

 

Napatrzyłem i nasłuchałem się tedy za wszystkie czasy. I nadal uważam, że reklama powinna zostać zburzona. Każda!

 

Kadr z reklamy sklepu. Zenita da się rozpoznać od razu. Czujniki światłomierza nie do podrobienia, Helios też.

 

 

Kadr z reklamy sklepu. Tu nawet da się przeczytać napis „ZENIT E” na korpusie, a że nie napisany grażdanką tylko alfabetem łacińskim, to pewno egzemplarz eksportowy.

 

 

Kadr z reklamy sklepu. To widział na matówce pan świerszcz. Niby fotografował Zenitem E, ale po matówce, to bym w życiu nie zgadł.

 

Co to za pomysł?!

Wysiadamy z synem z wagonu linii U6 na stacji Friedrichstrasse. Jak zawsze w tym miejscu tłum ludzi. Przed oczyma miga mi szczupła sylwetka młodego marynarza z krótką blond fryzurką. Na plecach taszczy mocno wypchany wielki, klasyczny marynarski wór, a w ręku ściska czapkę. Zdało mi się przez chwilę, że na wstążce wokół czapki zauważyłem złote litery układające się w znaną mi nazwę okrętu. Przyspieszyłem więc kroku na peronie by dopędzić marynarza i się upewnić. Nagle stało się dla mnie ważne by sprawdzić, czy na czapce faktycznie jest ta nazwa, która mi się zdała, nazwa, którą zna każdy Polak. Nazwa, która chyba wciąż niepokoi wielu z nas. Mnie tak.

 

Marynarz był wysoki i stawiał naprawdę duże, zamaszyste kroki. Najwyraźniej się spieszył.  Jak wszyscy na Friedrichstrasse. Mimo, że mocno zwiększyłem tempo marszu, ku zdumieniu syna, któremu nie miałem czasu tłumaczyć nagłego pośpiechu, marynarza nie dopędziliśmy. Zbliżyliśmy się do niego jednak wystarczająco blisko bym z całkowitą pewnością odczytał napis na czapce: F 216 Schleswig-Holstein. Właśnie tak!

 

Kiedym już przeczytał co chciałem przeczytać, dość gwałtownie się zatrzymałem stanąwszy pod ścianą by nie tarasować ruchu. Nie mogłem uwierzyć. Naprawdę Niemcy nadali współczesnemu okrętowi wojennemu, fregacie, jak domniemałem ze skrótu F,  taką właśnie nazwę?! Nikt w dowództwie nie pomyślał, nie zastanowił się, co idzie za tą nazwą?!

 

– Co jest, tato?- Coś się stało? – usłyszałem od syna. Poszliśmy na ciastko i kawę bym mógł mu w spokoju wytłumaczyć, co się stało i podzielić się myślami. Oczywiście i mój piętnastoletni syn znał nazwę okrętu i wiedział z czym ją powiązać. I też się dziwił, że Niemcy tak nazwali okręt. Choć odniosłem wrażenie, że zdziwienie syna było zdecydowanie mniejsze niż moje.

 

Po powrocie do domu rzuciłem się do sieci sprawdzać fakty. I faktycznie już w 1964 r. dowództwo zachodnioniemieckiej marynarki wojennej sięgnęło po nazwę „Schleswig-Holstein”. Ochrzcili tak niszczyciel klasy „Hamburg”, który pozostawał w służbie do 1994 r. A już w następnym roku nazwa przeszła na nowozwodowaną fregatę rakietową klasy „Brandenburg”, która do dziś pływa po morzach i oceanach nosząc na burcie oznaczenie kodowe F 216. Czym prędzej uzupełniłem o te informacje polskie wikipediowe hasło dotyczące „Schleswiga-Holsteina”.

 

No i teraz sobie wyobraźcie jak w sierpniu, dajmy na to 2019 r., do portu gdańskiego wpływa z kurtuazyjną wizytą okręt niemieckiej marynarki wojennej „Schleswig-Holstein”. Czy tylko ja odbieram to jako jakąś taką niezręczność (co najmniej)? Cóż z tego, że okręt ten uczestniczy w NATOwskich operacjach, że służy w ramach ONZtowskich misji zwalczających piractwo w rejonie Afryki Wschodniej. Choć nigdy ich nie usłyszałem, mnie wciąż brzmią w głowie salwy ze „Schleswiga-Holsteina”. Te wystrzelone w kierunku Westerplatte. I te następne, wystrzeliwane z karabinów przez kolejne pięć lat. Także przez plutony egzekucyjne i rozmaite Sondern-Kommanda.

 

Dla zilustrowania wpisu, w swojej kolekcji przedwojennych pocztówek dość szybko odnalazłem tę, z pierwszym „Schleswigiem-Holsteinem”. Uzupełnieniem jest zaś fotografia współczesnego „Schleswiga-Holsteina” uzyskana ze zbiorów użytkownika BAZLAN ze strony: http://screen-wallpapers.com/wallpapers/view/3984

 

 

„Schleswig-Holstein” z pocztówki przedwojennej w moich zbiorach. Stępkę pod ten okręt położono dokładnie 110 lat temu…

 

 

 

Współczesny „Schleswig-Holstein”, który wszedł do służby dokładnie 20 lat temu…

 

Epifania przypomniała mi wczoraj

Upychałem wczoraj wieczorem książki na półkach. Koleżanka oddała pożyczone przewodniki po Berlinie. Po zwrocie powstała konieczność upychania. Sprawa niełatwa, bo książek coraz więcej, a miejsca na półki w domu nie przybywa. Wcisnąłem dwie książki, wypadła jedna. Przy podnoszeniu i otrzepywaniu z warstewki kurzu, wysunęła się z niej czarno-biała fotografia. Tak, mam taki zwyczaj, że upycham, po książkach zdjęcia, bilety,  kwitki, wizytówki i Bóg raczy wiedzieć co jeszcze. I czasem wypada coś, co obudzi wspomnienie, refleksję jakąś, uśmiech nawet.

 

 

Wczoraj wypadła fotografia Asi. Że to ona, zorientowałem sie dopiero po podniesieniu z podłogi, bo upadła obrazem w dół. Kiedy odwróciłem zdjęcie na właściwą stronę momentalnie wróciły wspomnienia i jednocześnie uświadomiłem sobie, że Asi nie ma z nami już rok! To przecież było w lutym, jakoś tak na początku miesiąca...

 

Rok temu, pisząc o Asi (tu: https://wczorajszefotografie.wordpress.com/2014/02/10/kilka-sladow-asi/ ), nie chciałem wstawiać jej fotografii. Dziś wstawiam. Wstawiam też fragment jednej z Epifanii Imantsa Ziedonisa w przekładzie Ireny Opielińskiej. To właśnie z tej książki, wydanej przez Czytelnika w 1986 r., wypadło Asine zdjęcie. I do tej samej książki fotografia wróciła. Jest między stronami z których przepisałem słowa Łotysza:

 

 

Po wierzchu, po wierzchu.

Po powierzchni stołu (nie wiemy, co jest w szufladach, nie wiemy tego).

Ponad lustrem wody (jak głęboka jest rzeka, tego nie wiemy).

Z wierzchu jest piana (lecz ile jest piwa w kuflu, tego nie wiemy).

Powierzchowna była moja miłość do ciebie, dzieci się rodzą, dorastają i też – łyżki do dna w misce nie zanurzają, nauk szkolnych nie zgłębiają, wciąż tylko po wierzchu, po wierzchu...

Po wierzchu skaczą krople deszczu, tworzą kałuże, lód z wierzchu to się topi, to zamarza, siejemy po wierzchu ziarno, które wschodzi i rośnie płytko.

A jak odchodzą – dokąd odchodzą?

Ma się rozumieć – po wierzchu, jakże inaczej!

Bo te dwa metry pod ziemią przecież nie mają znaczenia.

Po wierzchu.

 

 

 

Bardzo spóźnione podziękowania dla chwilowych wąsaczy

Już dawno temu powinienem wstawić wpis z podziękowaniem dla wszystkich, którzy w listopadzie 2014 roku dali odzew i zapuścili wąsa. Niby na chwilę, bo przecie miesiąc to niewielkie wyrzeczenie, ale spróbujcie kiedyś sami… Moim zdaniem to niewygodne, swędzi i drapie, no i… wygląda dość groteskowo. Niewiele jest twarzy, którym wąs dodaje uroku.

 

Nie o urok jednak szło, ale o zwrócenie uwagi na zdrowie facetów. Pisałem już o tym w zeszłym roku, przy tej samej okazji, że nowotwory wytłukły mi sporą część krewnych, w tym męskich. I chyba każdy z nas ma w rodzinie takich mężczyzn, którzy padli ofiarami raka. A wciąż mówi się o tym niewiele, nie propaguje się szeroko męskich kampanii prozdrowotnych. O ofiarach raka piersi wiedzą chyba wszyscy, a ile osób wie, że liczba umierających na nowotwór mężczyzn jest równa liczbie kobiet.

O ubiegłorocznej wąstopadowej akcji pisałem o tu: https://wczorajszefotografie.wordpress.com/2013/12/25/wasy-dla-jaj/

A dziś chciałbym podziękować tym, którzy świecili najprawdziwszym wąsem przez miesiąc w tym roku. Jarek, Maciek, Stachu, Leszek, Tomek – dzięki! Nawet jeśli na Wasze okazałe wąchole niewiele osób zwróciło uwagę, w co osobiście nie wierzę, dla mnie liczył się Wasz gest.

 

Dziękuję też wszystkim dziewczętom, które na jeden dzień w pracy przyprawiły sobie wąsowe protezy. Dzięki za wsparcie, ułańską fantazję i wspólną zabawę przy fotografowaniu. A Asi dziękuję jeszcze ekstra za pyszne mufiny przygotowane na potrzeby spożywcze naszego improwizowanego na szybko studia fotograficznego. Dzięki tobie było słodko.

 

W tym roku, podobnie jak  poprzednio, fotografowane było głównie na materiałach natychmiastowych FujiFilm FP-100C i FP-3000B. Tym razem nie wtykaliśmy ładunków do stareńkiej kamery Polaroida, lecz do kasety mocowanej przed matówką mojej drewnianej Tachihary. Można ją zobaczyć na zdjęciach zrobionych zza kulis przez Jarka i Andrzeja (dzięki!).  Prócz fotografii polaroidowych zrobiłem, także Tachiharą, kilka ujęć na negatywie FujiFilm Acros i zabłąkanym w kasecie, mocno przeterminowanym listku enerdowskiego ORWO. Specjalnych świetlnych przygotowań do fotografowania wąsaczy/ek nie robiliśmy – musiały nam starczyć okna i jedna Nikonowska lampa błyskowa. W ten ciemny dzień na początku grudnia 2014 r.

 

Zdjęć wszystkich sfotografowanych tego dnia osób nie wrzucam do wpisu, bo by mi się zaraz miejsce na koncie skończyło. Wybaczcie, proszę. Zatem tylko kilka - tak na pamiątkę naszego kolejnego spotkania.

Najpierw fotki natychmiastowe na Fujifilmach FP:

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Teraz kilka obrazków na Acrosach wywołanych w Patersonie FX-39 (1+9)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Zaplątał mi się jeszcze w jednej z kaset prastary arkusz ORWO NP22, tu i ówdzie zadymiony i z napęczniałym ziarnem. Też go wrzuciłem do FX-39:

 

 

 

No i jeszcze trzy szybkie obrazki zza kulis wykonane przez Andrzeja i Jarka:

 

 

 

 

 

 

Przyroda nadmorskich

Wreszcie  się zbieram w sobie by nadrobić kilka zaległych, jeszcze listopadowych i grudniowych wpisów blogowych. Dziś o wydarzeniu z 25 listopada związanym z Nadmorską Grupą Fotograficzną.

 

Działalności tej Grupy przyglądam się właściwie od samego początku jej istnienia. I gdyby nie permanentny brak czasu oraz mój nieco aspołeczny charakter, to pewno sam zaangażowałbym się w ich prace. Cieszy mnie, że istnieją już kilka lat i konsekwentnie robią swoje. Co ważne, przynajmniej dla mnie, umieją mierzyć siły na zamiary. Nie rzucają się na realizację pomysłów, których realizacja mogłaby ich przerosnąć. No i udaje się im działanie systematyczne, co w przypadku zbiorowiska ludzi o zacięciu artystycznym nie jest łatwe. Lekkoduchom chodzącym z obiektywami w chmurach pewną dyscyplinę czasem trzeba narzucić. I jak dotąd się to udaje głównemu „porządkowemu” Grupy, czyli Witkowi Kończakowi. Grupa dała się już poznać organizacją kilku warsztatów, konkursów fotograficznych i plenerów. Została też dostrzeżona przez lokalne władze i jest przez nie od czasu do czasu wspierana logistycznie, a może i finansowo. To ważne dla tutejszych fotografistów, bo samodzielnie każdemu z osobna trudno byłoby się dopchać i doprosić o cokolwiek.

 

Tę króciutką charakterystykę piszę przy okazji mojej wizyty na wystawie zorganizowanej przez Nadmorską Grupę Fotograficzną w hallu Filharmonii Kaszubskiej w Wejherowie. Kolejna to już wystawa NGF, którą mogłem zobaczyć. Tym razem zaprezentowano zdjęcia przyrodnicze i pejzażowe. Kilkadziesiąt fotografii kilkunastu autorów, więc raczej trudno mówić o spójności estetycznej, ale wszystkie zdjęcia trzymały się tematu. Widać też było zróżnicowany poziom umiejętności i fotograficznej wiedzy. Ze wszystkich pokazanych obrazów bez większego problemu wybrałbym z dziesięć nie tylko ładnych, ale także interesujących. Takich, które sprawiały wrażenie, że autorzy zrobili je z głębszym rozmysłem, że poszukali, że wyczekali, że pomyśleli o kolorach i ich relacjach, że wiedzieli jaki filtr przykręcić do obiektywu by uzyskać stosowny efekt. Takie zdjęcia nie są prostym, dokumentalnym, można powiedzieć, odwzorowaniem rzeczywistości, ale oddają ją przez pryzmat estetycznej wrażliwości i wrażliwości w ogóle ich autorów. Miałem wrażenie, że kilka takich zdjęć widziałem na wystawie NGF.

 

Co do reszty obrazów, to ogólnie można powiedzieć, że wstydu nie było. Tu i ówdzie zaszwankowało kadrowanie, tam i siam można by się było czepić postprodukcji zbyt intensywnej. Niektórym autorom jakby zabrakło pomysłu lub może zaangażowania w poszukiwanie czegoś więcej niż ładny obrazek. Żaden to jednak  grzech w przypadku tak licznej grupy ludzi mających różne nastawienie do fotografii. Jedni szukają i zgłębiają, inni uczą się, a jeszcze inni chcą się bawić  i miło spędzać wolny czas. W krótkich żołnierskich słowach podsumowała sprawę, moim zdaniem całkiem trafnie, Bożena Olszewska. Powiedziała, że fotografia sprawia jej ogromną przyjemność i niekoniecznie chce w niej szukać czegoś większego lub głębszego. Ot co, mądrego, to i przyjemnie posłuchać. Pogawędziłem też chwilę z paroma innymi Grupowiczami - było naprawdę miło.

Kaszubskiej Filharmonii zapisałbym na minus warunki oświetleniowe i akustyczne w hallu, który jest często używany w celach wystawienniczych. Obrazy/zdjęcia ustawione wzdłuż przy całkowicie przeszklonych ścianach, przodem do wnętrza hallu, w dzień ogląda się źle z powodu światła wpadającego z zewnątrz. Lepiej pewnie byłoby gdyby ustawiać je przodem do przeszklonych ścian. Wówczas, w oświetleniu dziennym oglądałoby się obrazy dobrze, ale za to należałoby odpowiednio zorganizować przestrzeń zwiedzania wystawy i pokierować zwiedzających. Na szczęści szybko zmierzchało tego dnia i zrobiło się zdecydowanie lepiej. Dało się oglądać zdjęcia. Akustyka też jest dość ważna przy organizowaniu wernisaży, zwłaszcza jeśli autor czy kurator wystawy mają coś do powiedzenia. W hallu Filharmonii Kaszubskiej, by odwiedzający cokolwiek usłyszeli, konieczne jest nagłośnienie. Tego na wernisażu zabrakło. Może następna razą...

 

Aaa i jeszcze jedno, nie gniewajcie się, ale zupełnie nie podobał mi się plakat reklamujący wystawę. Jako, że na niej, zdaje się w 100%, pokazywano fotografię cyfrową, to zrezygnowałbym ze stylizacji plakatu na pasek małoobrazkowego filmu fotograficznego. Jeśli zaś ten film miał tak bardzo bezpośrednio wprowadzać skojarzenie fotografią, to  chyba lepiej estetycznie sprawdziłby się skan prawdziwej kliszy. Bo to co jest, to mi się jakoś mentalnie gryzie – zdjęcie w ramce kolorowe, a sama ramka jak od filmu czarno-białego, ale za to z żółtym napisem Agfa, sugerującym,  że to jednak film kolorowy... Trochę tego eklektyzmu za wiele. Odkekelktyzowałbym również typografię plakatu – za wiele tu różnych różności w fontach. A to kursywa, a to pismo ręczne, a to wytłuszczenie, a to wersaliki, a to zwykłe czcionki. Poproszę o mniejszą porcję! Nieco inaczej rozmieściłbym napisy na plakacie, tak by lepiej było widać. I napisy i ślimaka. Noo ale to tylko takie amatorskie marudzenie gościa, któren lubi ładne plakaty.

 

Poniżej daję odsyłacz do strony lokalnej telewizji z krótka relacją z wystawy:

http://www.telewizjattm.pl/dzien/2014-11-30/31712-prace-nadmorskiej-grupy-fotograficznej-w-filharmonii.html?play=on

 

Plakat reklamujący wystawę, o której wspominam wyżej. Nie bardzo mi się on podoba. Wzięty ze strony Nadmorskiej Grupy Fotograficznej.

 

Bożena Olszewska z NGF w rozmowie z lokalną telewizją. Fotografowano Olympusem XA na filmie Kodak Tmax 400 forsowanym do 800 i wywołanym w wywoływaczu FX-39.

 

Witold Kończak z NGF w rozmowie z lokalną telewizją. Fotografowano Olympusem XA na filmie Kodak Tmax 400 forsowanym do 800 i wywołanym w wywoływaczu FX-39.

 

Mistrzu Okhamie, schowaj brzytwę ze względów społecznych

Gminny Ośrodek Kultury w Gościcinie zaprezentował niedawno wystawę fotograficzną „Niezła sztuka” autorstwa Sylwii Kanki. Zrealizowano ją dzięki dofinansowaniu z Narodowego Centrum Kultury Sztuka przyznanego w ramach programu Inicjatywa Lokalna 2014. Idąc na wystawę miałem już jakie-takie pojęcie, czego się mogę spodziewać, bowiem przeczytałem zaproszenie zamieszczone na stronie internetowej GOKu. Miałem oglądać fotografie stylizowane na znane obrazy historyczne. Nie spodobał mi się ten pomysł, no jaki jest sens fotografowania scen ustawianych na wzór obrazów malarskich? Noo chyba, że to „ustawianie” je jest cytowaniem obrazu na wprost, a jedynie pewną inspiracją. I to w dodatku przepuszczoną przez bardzo wyrazisty filtr doświadczeń i wrażliwości fotografisty. Jechałem do Gościcina z niewielką nadzieją, że wystawa spełni moje oczekiwania. A to dlatego, że widziałem już wiele prób sięgania po podobny schemat. Zdecydowana większość nadawała się do bezwzględnego ciachnięcia ich brzytwą Okhama. Jaka była szansa, że w Gościcinie spotkam ten właściwy promil wart oglądania?

 

Rzuciłem okiem raz, a potem drugi na zaprezentowane fotografie oraz towarzyszące im malarskie wzorce. Przespacerowałem się kilka raz wzdłuż sztalug ze zdjęciami. I wciąż nie widziałem uzasadnienia dla ich powstania. Wyglądało to tak, jakby autorka chciała bardzo wiernie powtórzyć obrazy, choć oczywiście ze względów logistycznych różnice w detalach są widoczne. Fotograficzne powielanie malarstwa – nie wiem czemu miałoby to służyć. Lepiej niż malarze to zrobić? Dla zabawy, dla żartu? Noo chyba, że tak, ale wówczas fotografie powinny  mieć jakiś rys żartobliwości, ślad poczucia humoru. Nie zauważyłem go jednak w tym, co pokazała Sylwia Kanka.

 

Kiepskim pomysłem było umieszczenie obrazów fotograficznych na paskudnej tkaninie udającej malarskie podobrazie i rozpięcie jej na drewnianych ramach. Te zaś ustawiono na sztalugach. Takie mruganie okiem, że to niby malarstwo jest? Pod każdym tak spreparowanym „obrazem” stała zaś (tu kolejne mrugnięcie okiem?) fotokopia obrazu wzorcowego. Porównanie obu wersji nie pozostawiało wątpliwości co tu jest „niezłą sztuką”. Po fotografiach widać było niestety albo brak warsztatu, albo wyczucia światła, a może po prostu nieświadomość lub zwykłe niechlujstwo. Na pierwszy rzut oka dostrzegało się, że zdjęcia wykonano przeciętnej jakości, dość ciemnym, lub mocno przymkniętym obiektywem. Widzi mi się, że to zoom jakiś był. Zdjęcia wyglądają jakby powstawały przy wykorzystaniu pojedynczego źródła światła błyskowego, z ewentualnym doświetleniem okiennym. Błyskano zapewne systemową lampą zamocowaną w sankach cyfrowej lustrzanki. Dobrze, że autorka przynajmniej skierowała palnik ku sufitowi. Moim zdaniem, w taki sposób nie da się dobrze oddać klimatu malarstwa. Nie ma mowy o światłocieniu, grze kolorów, ginie cała subtelność. Płasko to wyszło. A przecież przez obiektyw też się da…

 

Ciut lepiej wypadły te obrazki, które wykonano w plenerze. Ale też nie całkiem dobrze, bowiem odnoszę wrażenie, że dla fotografującej nieistotna była pora dnia, czytaj charakterystyka światła dziennego. Miałem wrażenie, że dość obojętne było to, jak wysoko jest słońce nad horyzontem, i to czy jest chmurami rozproszone, czy też było rzucane przez słońce mocno operujące.

 

Byłbym wyszedł niezadowolony z wystawy, gdyby nie społeczny jej wymiar. Spodobało mi się to, że autorka z dużą energią angażowała miejscową społeczność w to swoje fotografowanie. Wciągnięcie do działania ludzi, to absolutnie najlepszy element  projektu. Nie wiem, jak to wyglądało w praktyce, ale gdyby to ode mnie zależało, to elementem tego zaangażowania uczyniłbym także proces wspólnego dochodzenia do efektu finalnego.  Jakie obrazy wybrać? Takie, które przemawiają do tych, którzy będą fotografowani, takie, które jakoś się wiążą z ich życiem. Kluczowe pytanie - czemu ten obraz? Rozmowy o obrazach, o malarzach, którzy je tworzyli, o czasach i okolicznościach społecznych w jakich powstawały, byłyby integralną częścią tego projektu. No i wszystko to przepuściłbym jeszcze przez własne emocje. Wtedy prace byłyby wspólne i… z pewnością nie byłyby tak przywiązane do wyjściowych dzieł malarskich. Wszelako, jeśli realizacji zdjęć z wystawy towarzyszył choć cień działań, o których napisałem w tym akapicie, to uważam, że warto było ją zorganizować. Działanie, aktywność, łączenie ludzi, poszukiwania, dzielenie się myślą, otwieranie nowych horyzontów – wszystko to, jest moim zdaniem ważniejsze niż jakość zdjęć.

 

Ale i tak żałuję, że fotografie nie były lepsze…

 

Fotografia z wystawy prac Sylwii Kanki w GOK Gościcino. Autor zdjęcia nieznany, źródło:http://www.nadmorski24.pl/fotogaleria/1776-wernisaz-projektu-fotograficznego-niezla-sztuka-sylwii-kanka.html

 

Sztuka powiatowa na bok, niech żyje zabawa!

Nie za wiele się dzieje w fotograficznym wystawiennictwie w pobliżu mojej chałupy. Ucieszyłem się wiec, gdy wyczytałem w internecie o wystawie „Działki – wiosna, lato, jesień, zima/odsłona pierwsza”. Kiedy się bliżej sprawą zainteresowałem, okazało się, że jest to uliczna prezentacja zdjęć grupy ludzi biorących udział w  projekcie zorganizowanym przy Wejherowskim Centrum Kultury. Z tego co wyczytałem zamysł działkowego projektu był taki, że grupa ludzi, która ma już jakieś pojęcie o fotografii, doskonali swoją wiedzę i umiejętności w czasie spotkań z Arturem Wyszeckim, jednym z lokalnych absolwentów gdańskiej Akademii Sztuk Pięknych. Wspólne zgłębianie teorii sztuki fotograficznej oraz fotografowanie życia ogródków działkowych miało zaowocować kilkoma wystawami. I to co widziałem na ulicy Wałowej było właśnie pierwszą z tych wystaw.

 

Kiedy już trafiłem na Wałową najpierw przeczytałem tablicę informacyjną, w której Artur Wyszecki objaśniał w potoczystych słowach swój koncept. Już w połowie tekstu zacząłem obawiać się, że fotograficzna materia ukazana na wystawie może nie dotrzymać kroku idei opisanej. Za dużo słów, moim zdaniem. Także tych górnolotnych. Za dużo.

 

To co zobaczyłem na kilkunastu wielkoformatowych planszach nie wzbudziło mojego entuzjazmu. Kilkadziesiąt, być może nawet około stu fotografii sprawiało wrażenie dość przypadkowych ujęć. W kilku przypadkach nieco pomogło zestawienie na tablicy ujęć jednego autora – dawało się wówczas dostrzec rys spójności. Ale nie było to regułą, bo były i takie tablice, które choć zagospodarowane obrazami pojedynczego autora, zdawały się wypełnione zdjęciami bardzo różnych fotografów. Widać było, że organizator (kurator?) wystawy próbował systematyzować materiał, ale w mojej opinii nie sprawdziło się to w pełni. Owszem widać było pogrupowane cykle, a to roślin działkowych, a to zwierząt, a to działkowej architektury i oporządzenia, a to ludzi. Efekt jednak był taki, że zamiast jakiejś w miarę spójnej narracji otrzymałem zestawy obrazów drewnianych bud, budek, szop i szopek, kotów, kociaków, koteczków, psiaków i ptaszków, petunii, begonii, pelargonii. Najlepiej było z fotografiami ludzi, ale to dość oczywiste, bo wszelkie formy aktywności człowieka są interesujące. Zdjęcia z ludźmi zatrzymały mnie na chwilę. Nie żeby powstała z nich choćby namiastka reportażu, ale zawsze to lepiej patrzyć na zdjęcia dziesięciu ludzi niż na zdjęcia dziesięciu płotów.

 

Spiritus movens przedsięwzięcia, Artur Wyszecki w opisie prezentacji wspomniał, że będą kolejne odsłony działkowych wystaw fotograficznych. Zastanawiam się w jakim celu? Chyba nie chodzi o ukazanie działek w różnych porach roku, bowiem na wystawie, którą miałem okazję zobaczyć już były zdjęcia z różnych pór roku! Chyba, że celem pokazania kolejnej setki zdjęć o podobnym charakterze będzie zaprezentowanie postępu jaki w dziedzinie fotografii zrobili uczestnicy. Ale czy nie lepiej własny progres obserwować w bardziej kameralnym gronie, a publice pokazywać tylko naprawdę ciekawe fotografie? Owszem znaczna część tego co zaprezentowano była poprawna technicznie, ale zdjęć ciekawych na ulicznej wystawie było może kilkanaście. Byłem troszkę zaskoczony tym faktem, bo wśród nazwisk osób wystawiających zdjęcia zauważyłem kilka, o których wiem z całą pewnością, że potrafią zrobić interesujące fotografie.

 

Aby upewnić się co do pierwszych wrażeń wystawę odwiedziłem raz jeszcze po kilku dniach. Wniosek mój po dwukrotnym oglądnięciu wystawy jest taki, że Anselm Adams, jak zwykle miał rację mówiąc, że najlepszym przyjacielem fotografa jest kosz. Zbyt brutalne? No dobrze, zmieńmy kosz na szufladę. Tam faktycznie mogłaby trafić większość obrazów z wystawy.

 

Jakieś pozytywy? Jasne – kilkanaście całkiem przyzwoitych zdjęć oraz akcent aktywizacyjno-integracyjny. Każda inicjatywa, która skłania ludzi do rozwijania zainteresowań, do wymiany myśli, emocji i doświadczeń jest dobra. Tak uważam i cieszę się, że Wejherowskie Centrum Kultury znalazło środki by zorganizować zajęcia, które podsycą zapał autorów zdjęć i zintegrują w jakimś zakresie ludzi o podobnych zainteresowaniach. To wspólne spędzanie czasu na realizacji pasji jest wartością nie do przecenienia!

 

Na miejscu uczestników zrezygnowałbym jednak z  nadmiernie artystowskiego zadęcia w opisie własnych działań, a opowieść o projekcie skierowałbym w stronę pasji i zabawy. 

 

Internetowy plakat ze strony Wejherowskiego Centrum Kultury zapowiadający projekt, efektem którego była wystawa fotograficzna wzmiankowana przeze mnie wyżej

 

Przez okładkę

W domu, w którym się wychowałem muzyka nie zaliczała się do rzeczy istotnych. Sprzętami mogącymi ją emitować były telewizor, radio i… kołchoźnik. Pamięta jeszcze ktoś z Was kołchoźniki, drewniane skrzynki z pojedynczym głośnikiem i gałką do regulacji głośności? U nas w domu kołchoźnik podłączony był do gniazdka sygnałowego w kuchni. I to było jedyne urządzenie z którego w dzieciństwie słuchałem muzyki. Owszem mieliśmy czarno-biały telewizor, stał w salonie i służył przede wszystkim do oglądania wiadomości. Pod telewizorem stał też odbiornik radiowy, ale włączano go głównie w porze emisji słuchowiska W Jezioranach. Tylko więc z  kołchoźnika dobiegały mnie melodie. Zdaje się, że puszczano je z naszej lokalnej poczty. Nie mam pojęcia, czy były to retransmisje z radia, czy może muzykę puszczano z jakichś płyt. Raczej to pierwsze, bo jakoś nie widzę szansy by personel pocztowy biegał co dwadzieścia minut ku gramofonowi by zmienić stronę płyty.

 

Pod koniec podstawówki sam zacząłem szukać muzyki. Robiłem to za pomocą pokręteł w radiu i telewizorze. Oczywiście robiłem to w czasie, gdy dorosłych nie było w domu, by im nie przeszkadzał jazgot młodzieżowego grania. Na dobre jednak wciągnąłem się w muzykę gdy opuściłem nasz wiejski dom rodzinny by pobierać wykształcenie w mieście wojewódzkim i zamieszkałem w internacie. Sporo nas tam mieszkało i okazało się, że wielu chłopaków stać było na sprzęty grające. Przeważnie były to niewielkie tranzystorowe radia, ale trafiały się też kasetowe magnetofony, a nawet jakiś szpulak.

 

Jako, że nie ja byłem właścicielem, byłem skazany na słuchanie tego, czego życzył sobie posiadacz. Szwędając się od pokoju, do pokoju, na wszystkich czterech piętrach naszego internatu udawało się znaleźć jakiś pokój w którym grano coś interesującego.  Zawsze jednak, to właściciel urządzenia  decydował o tym, co będzie słuchane   i jak długo…

 

Aż któregoś dnia odkryłem Dział Zbiorów Muzycznych w Wojewódzkiej Bibliotece Publicznej im. C. K. Norwida. I stało się to całkiem przez przypadek. Oddawałem w bibliotecznej wypożyczalni książki i nagle poczułem, że powinienem odwiedzić toaletę. I to szybko. Ta na parterze była zajęta, więc zacząłem nerwowe poszukiwania na innych piętrach biblioteki. Znalazłem. A kiedy już opuściłem WC zupełnie odprężony zacząłem się rozglądać dookoła, cóż to użytecznego ukryto (prócz toalety) na wyższych piętrach. W ten sposób znalazłem bufet i wspomniany Dział Zbiorów Muzycznych. Szybko dobrałem się do regulaminu i katalogów. Wkrótce zostałem stałym bywalcem. Przychodziłem tak często jak to było możliwe, zwykle dwa-trzy razy na tydzień. Każdorazowo wysłuchiwałem, zgodnie z regulaminem dwóch albumów. Tak zakochałem się w winylowych płytach, bo to one w dużej mierze stanowiły zbiory działu. Wkrótce sam zacząłem zbierać longplaye. Wolno to szło, bo budżet miałem znikomy. A najgorsze było to, że płyt przybywało, a ja przez jakieś dwa dalsze lata nie miałem gramofonu.

 

 

W winylach to nie tylko muzyka mnie zachwyciła, ale także... okładki. Kwadratowe, duże, czytelne. Bardzo lubiłem gdy pani bibliotekarka, zwłaszcza ta młodsza, przynosiła mi do stolika okładkę odtwarzanej właśnie płyty. Do dziś kiedy słyszę muzykę pojawia mi się pamięci okładka płyty. Oczywiście tylko wtedy, gdy widziałem wcześniej tę okładkę. Słyszę Walking in Your Footsteps i widzę dość już mocno podniszczoną okładkę policyjnego Synchronicity.  Słyszę Pixiesową Bone Machine, a oczyma duszy widzę wspaniałą polaroidową fotkę z okładki płyty Surfer Rosa. I zachwyt na pięknymi okładkami winylowych płyt pozostał mi do dziś. Drobiazgi na kompaktach tylko mnie denerwują. Może przez moje ujemne dioptrie w oczach.

 

 

Do wspomnienia o płytach pchnęła mnie wizyta w Media Markcie, gdzie syn zażyczył sobie nabyć mikrofon. Kiedyśmy byli już w sklepie, on poszedł w jedną stronę, a ja w drugą, bo zaraz przy wejściu zobaczyłem miniaturowe, ale jednak, stoisko z płytami winylowymi. Ooo jakże dawno nie byłem w takim miejscu. Bo trzeba wiedzieć, że większość zakupów muzycznych robię przez internet. Miło było tak sobie dreptać od stojaczka do stojaczka i brać w dłonie kolejne kwadratowe kartoniki o sporym gabarycie. W miłym nastroju wspomnieniowym dotarłem do półki z literką „P”, a na niej znalazłem płytę z piękną okładką. I zanim jeszcze zobaczyłem, kto jest autorem muzyki, wiedziałem, że kupię ten album. Przez zdjęcie na okładce. Ileż już w ten sposób kupiłem płyt? Naprawdę sporo. I co ciekawe, zawartość muzyczna niewielu z nich mnie zawiodła. Zdecydowanie częściej za piękną okładką szła piękna muzyka. Tak było i teraz. Gra mi ta płyta prawie codziennie od dwóch tygodni.

 

Pod literką „P” znalazłem dwupłytowy album zespołu Poogie Bell Band zatytułowany Suga Top, a wydaną rok temu. Czytając napis na okładce przez dłuższą chwilę marszczyłem czoło – Poogie Bell, Poogie Bell… skąd ja go znam? Aż wreszcie coś zaskoczyło – no przecież z Marcusowo Millerowych Sun Don’t Lie, Tales, Silver Rain, i z Patchesowo Stewartowego Blow, no i w końcu ulubionego przeze mnie ostatnio Thundera nagranego przez spółkę Clarke, Miller, Wooten (do dziś brzmią mi  w głowie melodie z ich gdyńskiego koncertu). Kiedy w końcu umysł zlokalizował mi murzyńskiego perkusistę od razu dorzucił do tytułów płyt, na których grał, także i wspomnienie jego powierzchowności. Uśmiechnąłem się sam do siebie na myśl o tym, że kiedyś myliłem Poogie Bella z Georgem Dukiem. Z wyglądu ich myliłem. A po wysłuchaniu Suga Top uśmiechając się pomyślałem jeszcze, że teraz to mógłbym ich i muzycznie pomylić. I wcale mi nie przeszkadzają archaicznie analogowo brzmiące wokodery, jakby żywcem wyjęte z płyt Georga Duke’a z lat 70. XX wieku. Piękną podróż w czasie odbywam dzięki muzyce zapisanej w winylu przez zespół Poogie Bella. No i dzięki fotografii na okładce tego albumu.

 

Detalicznie o muzyce się rozpisywać nie będę. Lepiej będzie jak udacie się do Działu Zbiorów Muzycznych waszej biblioteki wojewódzkiej i poprosicie panią bibliotekarkę o nastawienie płyty Suga Top nagranej przez Poogie Bell Band. Spodoba się wam. Aaa i nie zapomnijcie poprosić pani bibliotekarki o okładkę. Warto, bo w jej wnętrzu też są ładne zdjęcia.

 

 

Dobrze się bawiłem 20 września

Sobotni poranek, pobudka o 6.50 i szybkie pakowanie ostatnich klamotów do plecaka. Aaa niech tam, dosypię jeszcze kilka rolek filmu ponad to, co zaplanowałem wcześniej. Godzinę później już rozsiadaliśmy się na pięknym leśnym wrzosowisku niedaleko Białogóry. Kocyk, kosz piknikowy, kawusia z termosu, pyszne paszteciki od Pani Irenki i czekoladowe muffiny na deser. Tak zaczął się fantastyczny dzień. Spędziłem go z rodziną Ali robiąc im zdjęcia. Nie planowaliśmy niczego specjalnie, po prostu wyjechaliśmy na rodzinną wycieczkę do lasu. Miała trwać dwie, może trzy godziny. Przeciągnęło się do dziewiętnastej, bo chyba wszyscy się dobrze bawili. Ja na pewno.

 

Pięć lat temu Alę i jej świeżo upieczonego męża fotografował ich dobry znajomy.  No a po pięciu latach Ala wymyśliła sobie, że chciałaby wrócić w to samo miejsce raz jeszcze. Znów z mężem. I znów ze znajomym fotografem. Tamtego sprzed pięciu lat już nie dało się zaangażować, a mnie Ala zna już chyba ze sześć lat. Też się więc nadawałem.

 

Bardzo miło mi było, że Ala chciała bym to właśnie ja zrobił te zdjęcia. Ba, nawet płacić chciała! Jak zawsze w takich razach, przyjęcia kasy odmówiłem. Nie biorę pieniędzy od koleżeństwa i już! Ale też namawiałem by może wzięli ze sobą kogoś, kto ich cyfrowo sfotografuje, bo to i szybciej efekt końcowy będzie, no i taniej wyjdzie. Bo ja to tylko na filmach i temu podobnych robię zdjęcia. Ala nie dała się przekonać, nawet argument finansowy niczego nie zmienił. Nie zraziło jej nawet to, że na zdjęcia będzie musiała poczekać długo, bo ja strasznie zapracowany jestem, więc zanim się zabiorę za wywoływanie filmów, to i miesiąc może minąć. Okazało się, że i to nie szkodzi.

 

Pięć lat wcześniej na zdjęciach Ali były tylko dwie osoby, teraz już cztery. Pojawili się bowiem na świecie czteroletni Franek i trzyletni Jaś. Fajne chłopaki! Starszy trochę początkowo nieufny wobec obiektywu, ale po stoczeniu pojedynku na kabanosy Pan Fotograf szybko stał się wujkiem Krzyśkiem. Młodszy, jakby niczego innego nie robił od urodzenia tylko pozował. Wciąż i na nowo ustawiał się tak by znaleźć się w kadrze. Wachlarz min – baaardzo szeroki.  Po pierwszej godzinie spacerowania lasami i piknikowania wiedziałem już, że raczej przekroczę założony plan co do liczby ujęć. Dosłownie samo się fotografowało. Szczęśliwa i rozbawiona rodzina bardzo dobrze wyglądała w wizjerze.

 

Dużo spacerowaliśmy, trochę gadaliśmy, bawiliśmy się, obaliliśmy flaszkę czerwonego wina, spiliśmy sporo litrów mineralnej i opróżniliśmy do cna koszyk z jadła. Ni razu nie spojrzałem tego dnia na zegarek, a czas pomykał bardzo szybko. Dopiero po zmęczeniu dzieci zorientowaliśmy się, że chyba czas wracać. Szkoda bo dobrze się bawiłem tego pięknego, słonecznego 20 września.

 

Kolorowe negatywy i slajdy wywołam trochę później, a czarno-białe Kodaki T-Maxy 400 i AgfaPhoto APX 100 trafiły do koreksów już po dwóch tygodniach. Maczane były w wywoływaczu Paterson Acu FX-39, a koreksy grzał i kręcił procesor Jobo CPE-2. Na potrzeby komputera zeskanowano wybrane klatki Epsonem V700. Wszystkie zdjęcia wykonano Nikonem F4, Nikonem F401 i Mamiyą 6MF.  Obiektywów było trochę więcej niż trzy.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Jedno z setek

Właśnie się dowiedziałem, że wczoraj zmarł René Burri. A całkiem niedawno widziałem w telewizorni bardzo interesujący wywiad z nim. Mówił o kulisach wykonania kilku swoich zdjęć, tych bardziej znanych. Między innymi o fotografii Che z cygarem. Zajmująco opowiadał.

 

Szkoda, że przy takiej okazji, odkurzyłem kilka albumów z fotografiami agencji Magnum. Sporo tam jego zdjęć. Przypomniało mi się to z prostytutką w Sajgonie, które jako pierwsze zwróciło moją uwagę na tego szwajcarskiego fotografa. A było to lata temu. Do dziś jest jednym z moich ulubionych spośród setek jego zdjęć, które widziałem. Załączam je niżej.

 

Za chwilkę będziemy mieli listopad, może warto przypomnieć o akcji Movember. W zeszłym roku się udało, to i w tym damy radę. Niby nic wielkiego, ale może komuś pomoże. René Burriego zabił nowotwór.

 

Fotografia Rene Burriego, za stroną internetową Agencji Magnum Photos

 

Flektogon z Nikonem i... coś jeszcze pomiędzy

Jak spojrzeć od przodu, to wygląda na najzwyklejszego średnioformatowego Flektogona przepiętego przez przejściówkę z korpusu Pentacona Sixa do Nikona. No owszem, to świetny obiektyw jest, solidnie skonstruowany - sama stal i szkło, ma dobre parametry optyczne, daje kontrastowe obrazy i przyzwoicie pracuje pod światło, ale żeby zaraz montować go do Nikona? A owszem, bo to nie jest zwykły montaż, lecz chytra metalowo-gumowa konstrukcja Toma Widłaka, pozwalająca na dość dowolne wyginanie obiektywu we wszystkich kierunkach. Po co to robić? Ano po to, aby uzyskać zmienioną płaszczyznę ostrości, a właściwie, mocno poszerzyć obszar nieostrości i przesunąć go wedle własnego zamysłu. Fotografując lustrzankami małoobrazkowymi zawsze brakowało mi takich manewrów obiektywem jakie mogę robić Tachiharą. Pewnie, że można kupić do Nikona obiektyw typu tilt-shift, ale ta cena… Można też samemu coś zmajstrować z papy i drutu oraz posiadanego w domu dowolnego obiektywu. Dowolnego byle by krył pole obrazowe większe niż klatka filmu małoobrazkowego czy cyfrowa matryca, bo inaczej przy wyginaniu konstrukcji na obrazie pojawią się ciemne obszary przy krawędziach. A tego przecie nie chcemy. Średnioformatowy Flektogon kryje takie pole, że ho-ho, zatem idealnie nadaje się do przeróbki.

 

 

Samemu nie chciało mi się bawić w konstruowanie freelensowego montażu, bo  z dużą dozą prawdopodobieństwa efekt końcowy miałby wiele znamion prowizorki. Wolałem zlecić robotę sprawdzonemu wykonawcy, czyli wspomnianemu już Tomowi. Uporał się z zagadnieniem w tydzień i wykonał dzieło absolutnie perfekcyjnie. Widać je w całej  okazałości jeśli zerknąć na aparat z boku. Guma w montażu jest naprawdę solidna, nie ugina się pod samym, niemałym przecież, ciężarem Flektogona. Z jednego końca montaż ma przykręcony bagnet Nikona, a z drugiego w solidnych stalowych pierścieniach zespolonych kilkoma śrubami osadzono Flektogona. Wygląda imponująco prawda?

 

 

Do operowania tym cudem trzeba się przyzwyczaić. Na początek, by nie marnować zbyt wielu klatek taśmy filmowej, najlepiej poćwiczyć pracę na aparacie cyfrowym. Ustawianie ostrości sprowadza się do ręcznego ściskania lub rozciągania harmonijkowej gumy. Manewrowanie obszarem nieostrości, zwiększanie, zmniejszanie i przemieszczanie go polega na przechylaniu obiektywu. Zasada jest prosta, gumową tubę z obiektywem trzeba uginać w kierunku obiektu, który ma być ostry. Reszta będzie się rozmywać. Dużo łatwiej operuje się urządzeniem, gdy jest zamontowane w aparacie o dużej i jasnej matówce – ułatwia to ręczne ustawianie ostrości.

 

 

Nauka obsługi gumowego cudaka jest naprawdę przyjemną zabawą, a efekty bywają ciekawe. Montaż skonstruowany przez Toma ma tę zaletę, że dość łatwo można wymienić Flektogona na dowolny inny obiektyw z bagnetem Pentacona Sixa. W najbliższym czasie chcę zamontować na próbę albo enerdowskiego Biometara albo ruską Wołnę. Ta ostatnia prócz rozmyć w efekcie pochylania może dodatkowo wzbogacić obraz o charakterystyczne zawirowanie tła.

 

 

A na razie pierwsze testowe fotki, z podziękowaniami dla Ali za ustawienie się przed obiektywem.

 

 

Tak wygląda na zwykłego Flektogona przypiętego do Nikona F4

 

A tu już konstrukcja w pełnej krasie. Spory i ciężki Nikon F4, gumowo-stalowa przejściówka i pancerny Flektogon.

 

Efekty pierwszych testów opisanego w tekście wynalazka.

 

Efekty pierwszych testów opisanego w tekście wynalazka.

 

Dryfuje

Syn mi dryfuje. Odpływa w kierunku nowoczesności. Z każdym miesiącem dalej mu do fotografii, a bliżej do animacji komputerowej. Nie mam mu za złe. Żal mi tylko tego, że podpowiedziami w tej dziedzinie, ni pomocą mu nie posłużę. A przy fotografii byłem pierwszym recenzentem jego prac, czasem coś sugerowałem, inspirowałem nawet. Miło mi za to oglądać jego ekscytację przy prezentacjach pierwszych efektów animacyjnych prac. No i same efekty są bardzo przyjemne w odbiorze. Patrząc na te wszystkie ruchome obrazki łapię się na myśli – nie umiałbym tego zrobić. Pewnie bym umiał, ale ile czasu by mnie kosztowało nauczenie się tego wszystkiego?! Na myśl o tej mozolnej nauce wraca do mnie cytat z Rogera Murtaugh: „Za stary już jestem na to!”

 

Zanim całkiem mi chłopak zdryfuje w komputerowy świat cieszę się jeszcze ostatkami wspólnych naszych pobytów w świecie fotografii. Dwa tygodnie temu była nadzwyczajna okazja do wspólnego świętowania, bo synowi przyznano drugą nagrodę w XIV Międzynarodowym Konkursie Fotograficznym dla Dzieci i Młodzieży „Muzealne spotkania z fotografią”.  Drugie miejsce na prawie półtora tysiąca przysłanych prac – spory wyczyn. Ciekawe, czy ta nagroda sprawi, że za rok znów wyśle prace na ten konkurs, czy może animacja wciągnie go tak bardzo, że nie będzie miał już co wysyłać.

 

No dryfuje mi syn. Szczęśliwie, zdaje mi się, że kierunek tego dryfu jest kontrolowany. Jest zatem jakaś szansa, że może jeszcze kiedyś wróci.

 

Nagrodzona fotografia mojego syna. Skan z powystawowego katalogu. Oczywiście publikuję za zgodą autora i bardzo mu gratuluję!

 

Dla tej, co po lewej

Parę ładnych lat temu, to właśnie ja przyprowadziłem Justynę do naszej pracy na rozmowę kwalifikacyjną. Nie, nie była moją znajomą – po prostu spotkałem ją na korytarzu biurowca i zagadnąłem. Okazało się, że jest umówiona z redaktor naczelną. Zdaje się, że polubiliśmy się od razu.

 

Rozmowa poszła dobrze i przyjęto ją do pracy. Nim zasiadła po mojej lewej stronie parę razy zmieniano lokalizację biurka Justyny. W końcu jednak miałem ją w zasięgu wzroku i słuchu. Pojawiły się zatem częstsze okazje by wymienić parę zdań. I tak przez lata całe.

 

Naprawdę fajna babka, z poczuciem humoru, zaraźliwym śmiechem i na dodatek z wielką pasją. Byłem pod wrażeniem kiedy o niej opowiadała, a pod jeszcze większym, kiedy przyniosła wypreparowane własnoręcznie owady. Nie zdawałem sobie nawet sprawy, że takie stwory żyją w naszym kraju!

 

Noo a potem zaczęła się w firmie „optymalizacja”. Oboje kiepskośmy znosili to comiesięczne znikanie kolejnych współpracowników, ale to Justynie udało się znaleźć nowego pracodawcę. Nie czekała na moment kiedy to na nią padnie wzrok „optymalizatorów”. Złożyła wypowiedzenie, rach-ciach i już pracowała gdzie indziej. Ostatniego dnia jej pracy zrobiłem jeszcze kilka pożegnalnych fotek i odprowadziłem Justynę w to samo miejsce, z którego onegdaj ją przyprowadziłem. I znów po swojej lewej stronie nie miałem nikogo.

 

Aż tu nagle – telefon, od Justyny właśnie... Czy ja bym znalazł czas by zrobić parę fotek na jej ślubie? Czy ja bym znalazł czas?!!! Nawet jakbym nie znalazł, to i tak bym przyszedł na jej ślub! Ale jaki ślub?! Justyna, przecież Ty od zawsze miałaś swojego ukochanego konkubenta?! No tak, tak, ale… teraz jest jeszcze ktoś prócz konkubenta…. jego… nasz… potomek. O rany, to ci niespodzianka!

 

I tak to trafiłem w sierpniu na ślub Justyny z Frankim. Zdjęcia miały być, oczywiście, na filmie. A ponadto miało się wszystko odbyć na luzie, bez niepotrzebnego spinania się z ich i mojej strony. Pogoda średnio sprzyjała fotografowaniu – było gorąco. Sporo ponad 30 stopni. Szczęśliwie w stosownym urzędzie zamontowano klimatyzację – co za ulga! Cywilna uroczystość minęła migusiem, choć nie obyło się bez przygód. Nasza wspólna koleżanka, którą Justyna poprosiła by była świadkiem ślubu, zapomniała wziąć ze sobą dowodu. Z jednej strony sytuacja stresująca, bo wiadomo, urząd, to urząd, może nie znaleźć zrozumienia dla ludzkich ułomności. Z drugiej jednak strony sporo było śmiechu, kiedy już zażegnano zagrożenie, bo koleżanka, która zapomniała dowodu znana jest powszechnie z tego, że ciągle coś się jej przytrafia. A to bilet na koncert zgubi, a to paszport jej ukradną, a to kluczyków od auta zapomni, a to na imprezę się spóźni. Cała ona…

 

A później były już tylko wino, kobiety i śpiew. Morska bryza studziła nam żar lejący się z nieba, daszek gwarantował cień, a sprawne i sympatyczne kelnerki donosiły dania i napitki. Na pięterkowym tarasie „Tawerny Orłowskiej” wytworzyła się wśród gości bardzo przyjazna atmosfera. A muszę powiedzieć, że to wcale nie tak częste zjawisko na ślubach – wiem to z autopsji, miałem okazję wizytować sporo podobnych ceremonii. Bywało, że fotografowałem imprezy, na których wisiało w powietrzu jakieś napięcie, niepokój, złość nawet. Trudno mi się robi zdjęcia w takich sytuacjach. Pewnie dlatego, że mam mało profesjonalne podejście. Za to u Justyny i Frankiego fotografowało mi się świetnie. Raz, że było miło, a dwa, że podszedłem do zadania mało profesjonalnie. Robiłem zdjęcia tak, by się jednocześnie dobrze bawić. Wina sobie nie żałowałem i towarzyskich rozmów z innymi gośćmi też. Wiadomo, że przy tak amatorskim podejściu zachodzi ryzyko, że zdjęcia wyjdą inne niż zwykle. Miałem jednak ten luz, że umówiłem się wcześniej z Justyną, że będę te zdjęcia robił tak jakbym był jakimś jej wujkiem Krzyśkiem z Zenitem.

 

Ze trzy tygodnie minęły nim wetknąłem wreszcie filmy do koreksów i rozbełtałem chemikalia. Oj naczekali się oni na te zdjęcia, naczekali. Tak to jest, gdy człowiek tyra w tygodniu na etacie, a w sobotę i niedzielę czeka na niego stos zadań i pomysłów do zrealizowania. Nazbieranych z ostatniego półrocza lub dwóch… Jednak dla takich chwil, ja te spędzone w towarzystwie Justyny i reszty towarzystwa, warto odłożyć parę zadań na… za miesiąc.

 

Justyna, jakby co, to wujek Krzysiek chętnie obfotografuje też waszą latorośl! Jak już się wreszcie pojawi w widzialnym spektrum światła. Dzwoń!

 

 

Jeszcze po mojej lewej stronie – Justyna. Zdaje się, że to było jej przedostatniego, a może i ostatniego dnia.

 

A tu już w poczekalni urzędu stanu cywilnego. Chwała klimatyzacji. Nastroje dobre.

 

Za chwilę oświadczenie woli, obrączki, podpisy…

 

Już z obrączkami, oficjalne całusy.

 

Raczej szczęśliwi, prawda?

 

Już w „Tawernie Orłowskiej”, czas na prezenty. Zaskoczeni?

 

Toasty, mowy i pozdrowienia dla wujka Krzyśka.

 

Rozmowy z gośćmi w różnych zakątkach tarasu.

 

Pieprz i sól; Franki i Justyna.

 

Z pozycji trójnoga

Każdego dnia do pracy jeżdżę kolejką. Nic wielkiego – pół godziny w jedną stronę, pół godziny w drugą. Nawet jeśli pociąg jest pełen ludzi, a przecież zawsze jest, to da się jakoś wytrzymać. Nawet jeśli skład nie jest podstawiany w moim miasteczku, lecz jedzie z dłuższej trasy, a do nas przybywa już w sporej części wypełniony, to i tak jakoś się do pracy dojeżdża. Nic wielkiego.

 

Tak myślałem do niedawna. Perspektywa zmieniła mi się, gdy przeszedłem na czwór-, a potem na trójnożność. Kontuzja sprawiła, że przez miesiąc poruszałem się o kulach. I sprawiało mi to problem. Najzwyczajniej w świecie stanie w kolejce sprawiało mi ból. Nie żeby był on jakiś ogromny, ale jednak dolegliwy. A do roboty trzeba jednak jechać. Przez ten czas bardzo brakowało mi fotografowania, choćby zwykłych codziennych pstryków. Dopiero kiedy mogłem porzucić jedną kulę zacząłem znów zabierać ze sobą zabierać aparat. Najpierw miniaturowego Olympusa XA mieszczącego się kieszeni koszuli, a potem nawet Mamiyę 6 ze standardowym obiektywem. Okazało się jednak, że nawet jedna kula jest przeszkodą w swobodnym fotografowaniu. W sumie, przez okulały miesiąc zrobiłem może z pięć zdjęć. Głównie w bezpośrednim otoczeniu kolei, bo noga jednak bolała, a kula jednak przeszkadzała.

 

Część podróżnych kolejki SKM znam z widzenia, przez kilkanaście lat nie da się nie zapamiętać ludzi widywanych codziennie, nawet jeśli, tak jak ja, nie ma się pamięci do twarzy. Ale, że były wakacje, to sporą część podróżnych stanowili turyści, letnicy, wczasowicze. Zastąpili oni uczniów i studentów widywanych przez większą część roku. Teraz, stojąc w przejściu między siedzeniami, widywałem głównie pięknie opalone dziewczęta obłożone kocykami, parawanami i kremami z filtrem UV. Również młodzieńców szczupłych i umięśnionych widywałem, którzy skrywali swe błyszczące niebieskie oczęta z przeciwsłonecznymi okularami marki Raybanx. I one i oni zwykle byli tęsknie wpatrzeni migające za oknami pejzaże wypełnione fascynującą zabudową Gdyni Chyloni, Rumi, Redy, czy Wejherowa Śmiechowa. Czasem w skupieniu wsłuchiwali się w dźwięki płynące z Ipodłów, lub konferowali ze swadą przez bielusieńkie jak kokaina Ifauny. Dzięki temu dowiedziałem się jakie w tym sezonie modne są knajpy, kluby, dyskoteki i drinki. Wzrok mam bystry (dzięki dobrze dobranym szkłom korekcyjnym), dzięki czemu mogłem podróżując ponad czytelnikami magazynów kolorowych nadrobić zaległości w wiedzy z bieżącego życia gwiazd czegoniebądź. Po prawdzie, to trochę byłem skazany na to gazeciane podczytywanie, bo sam książki żadnej wyjąć nie mogłem z plecaka – ręce kulami zajęte miałem. Szczęśliwie czytelniczki pism zwykle były mocno wydekoltowane i wzrok permanentnie uciekał mi z tekstu na opalone niewieście krągłości. Co chwilami działało nawet jakby przeciwbólowo.

 

Razu jednego wracałem z pracy razem z naszą Panią Sprzątaczką. Wcześniej jakoś się nie składało by razem jechać, tym razem tak, bo wyszedłem wyjątkowo o tej samej godzinie co ona. Nie spieszyła się bardzo, więc szła na kolejkę ze mną, cierpliwie znosząc moje dość powolne kicanie. Rozmawialiśmy sobie o tym i o owym i w 2o minut dopełzliśmy do peronu. – Noo kolejka zaraz przyjedzie, to pan usiądziesz – z całkowitą pewnością wyraziła swoje przekonanie Pani Sprzątaczka. – A gdzieżby tam, miejsc wolnych na naszym przystanku już raczej nie będzie – ja jej na to.  – Eee, ale to przecież ktoś panu ustąpi – dalej słyszałem w jej głosie pewność. – Hmm, jeszcze mi się coś takiego nie zdarzyło. – No co Pan? Naprawdę? – Naprawdę.

 

Kiedy kolejka przyjechała, Pani Sprzątaczka tak chytrze manewrowała by postawić okulałego redaktora, czyli mnie, w bezpośrednim sąsiedztwie miejsca siedzącego nad którym nalepiono znaczek z krzyżykiem. Tłok był spory, ale udało się jej przepchnąć mnie w dokładnie ten punkt przedziału, który sobie upatrzyła. Zestaw czterech siedzisk przy których się znaleźliśmy, w tym, to z krzyżykiem, był zajęty. Spoczywały na nich trzy blondynki, lat, na oko i inne części ciała, ze 22, może 25, oraz przystojny mężczyzna w podobnym wieku, pachnący wodą toaletową Kenzo Jungle lub czymś bardzo podobnym. Nie jechali razem, ale pięknie do siebie pasowali. Śliczni tacy, jak z reklamy atrakcyjnych produktów. Stojąc w odległości kilkudziesięciu centymetrów od nich, myślałem, że  i ja kiedyś byłem piękny i młody. Co myślała stojąca obok mnie 62-letnia Pani Sprzątaczka, tego nie wiem. Nie powiedziała do mnie tego dnia już więcej nic, ponad „dowiedzenia”, przy wysiadaniu. Kiedy ona wysiadła, moją bezpośrednią sąsiadką w staniu przy pięknych istotach została trzydziestolatka w średniozaawansowanej ciąży.  Miała pochyloną głowę, jakby patrzyła na swój brzuszek. Niemal niedostrzegalnie się uśmiechała. Jedną dłonią mocno trzymała się uchwytu dla pasażerów stojących, a drugą złożyła delikatnie na brzuchu. Wyglądała bardzo… fotograficznie. Ja jednak miałem w dłoniach kulę, a nie aparat. Ten spoczywał na moich plecach, na dnie rukzaka.

 

 

Fotografowane Mamiyą 6 MF na filmie Kodak Trix 400; skanowane Epsonem V700

 

 

Zapis zdjęć ostatnich

Ostatnie zdjęcia jakie zrobił David Sieveking swojej mamie nie znalazły się w jego filmie dokumentalnym, o którym pisałem przed ponad rokiem tu: http://wczorajszefotografie.wordpress.com/2013/06/12/nie-zapomnij-mnie/ . Wtedy młody reżyser skupił się na próbach poznania swoich rodziców. Mamy, którą zapamiętał z dzieciństwa jako kobietę niezwykle aktywną, organizującą życie rodzinne i towarzyskie. Ojca, z którym traktowali się wzajemnie jak koledzy, lecz nie było między nimi zażyłości.

 

Pogłębiająca się choroba Alzheimera u matki uzmysłowiła Davidowi, że ma przed sobą ostatnią szansę na bycie z mamą, na zapamiętanie jej. Reportażowy film o niej stał się pretekstem do tego. Jak inaczej mógł pomóc odchodzącej mamie i ojcu, zupełnie pogubionemu w sytuacji w jakiej nagle się znalazł. Przyjechał więc do nich z oddalonego o 600 kilometrów Berlina i filmował. Film wyszedł mu doskonały, ale nie zawierał kompletu obrazów z ostatnich miesięcy życia matki. Syn-reżyser widział bowiem obrazy, których nie chciał pokazywać. Nie zapisał ich ani na materiale światłoczułym, ani na cyfrowej matrycy. Wolał o nich opowiedzieć czarnymi znaczkami stawianymi na białym tle. Napisał książkę.

 

Główne postaci w książce Nie zapomnij mnie są te same co w filmie. Znów spotykamy Davida, jego rodzeństwo, ojca i przede wszystkim mamę, Gretel. Tak jak w filmie, mama cierpi na chorobę Alzheimera,  zapada się w sobie na skutek demencji. Wciąż jeszcze jednak jest.

 

Film skupiał się na próbie poznania własnej matki przez reżysera w ostatnich miesiącach jej świadomości niż w filmie. Książka opowiada i o tym, ale akcent, mam takie wrażenie, jest położony na ostatnim, najostatniejszym okresie życia Gretel. Tych lepszych dni, które wcześniej życiu Gretel pojawiało się, mimo choroby, naprawdę sporo, teraz zostało naprawdę niewiele. W książce, inaczej niż w filmie, autor poznaje lepiej siebie, ojca, siostry. Nagle musi z ojcem, z którym wcześniej  komunikował się właściwie tylko za pośrednictwem mamy, podejmować najważniejsze decyzje w życiu.  Czy zbliżenie do emerytowanego profesora matematyki, hippisującego wolnomyśliciela jest możliwe po latach oddalenia i fizycznego i emocjonalnego? Czy ktoś taki, człowiek ceniący swobodę, może, w obliczu choroby nie dającej żadnych szans na leczenie, poświęcić się opiece nad gasnącą żoną, sprzątaniu, gotowaniu?

 

 W książce David Sieveking znalazł miejsce na wzmianki o przyjaciołach. Tych, którzy w trudnej sytuacji sprawdzili sie, a także  o tych, którzy znikali nie tylko z pamięci Gretel pogrążającej się w demencji, ale także z jej życia.  No i jeszcze niemiecki system opieki zdrowotnej. Jak sie okazuje, ichnia rzeczywistość szpitalna może rozczarowywać. Nie tylko Niemców.

 

David Sieveking jakimś cudem unika emocjonalnej ekshibicji, dzięki czemu czytelnik nie ma wstydliwego wrażenia, że podgląda sytuacje, o których nigdy nie powinien się dowiedzieć. Szczere emocje, te najprostsze, w sposób najprostszy przedstawione. Czytasz, czujesz i sam zadajesz sobie pytania. Co byś zrobił w ich sytuacji? Jak się zachowywać, kiedy staniesz w obliczu nieuleczalnej choroby bliskiej osoby, a w końcu przecież kiedyś zawsze to następuje?  Wszyscy wiemy, albo nam się zdaje, że wiemy, jak żyć, ale co z umieraniem? Wszyscy walczymy o przedłużenie życia naszych bliskich w chorobie, ale co robić, kiedy już nie ma nadziei na ratunek? Podtrzymać życie przez lata? Nawet jeśli to życie jest już raczej wegetacją? A w ostatnim stadium demencji tak właśnie wygląda  życie chorego.  Zanika nie tylko pamięć, ale też podstawowe umiejętności, zdawałoby się odruchowe,  jak jeść i wydalać. Jeśli ciało już nie przyjmuje pokarmu, czy odżywiać je sztucznie w oczekiwaniu na śmierć?  Co z niegojącymi się ranami odleżynowymi? Opowieści marketingowców o skuteczności materacy przeciwodleżynowych David Sieveking  zweryfikował osobiście. No ale przecież nie da się, ot tak, podjąć decyzji o nieratowaniu najbliższej osoby. Racjonalne argumenty to jedno, ale uczucia też mają swoją wagę. I to jaką!

 

No i tak stoisz patrząc na niewyobrażalne cierpienia kobiety, która nie tak dawno  objaśniała ci świat, która robiła najlepszą na świecie zupę, która zawsze stawała po twojej stronie. Tak właśnie stał David Sieveking z siostrami i ojcem,  Malte. Przez szczerość książki stoisz i ty. Tuż za nimi i masz wrażenie, że do ciebie też skierowane jest to samo pytanie formułowane przez kolejnych lekarzy – co robimy?

 

Ta książka, choć pełna uczuć, nie jest, jak powiedział sam reżyser, „listem miłosnym do matki”. Jest rodzinnym dziennikiem cierpienia.

 

 

 

 

Sprawia mi przyjemność

Fotografowanie uroczystości rodzinnych sprawia mi przyjemność. Ale tylko dlatego, że robię to niezwykle rzadko. Chrzciny, komunie, jubileusze, śluby – wszystkie one dość podobne do siebie. Gdybym musiał je ciągle fotografować, szybko wyszłyby mi to bokiem. Jakoś nie wierzę zapewnieniom ślubnych fotografów o ich ciągłej i nieustającej fascynacji uwiecznianiem kilkudziesięciu ożenków rocznie. Może i są gdzieś tacy, którym sprawia przyjemność oglądanie w wizjerze aparatu, co dwa-trzy tygodnie, białych sukien, obrączek, promiennych uśmiechów szczęścia, kieliszków. Tak, wiem, że zmieniają się twarze. I wiem, że trafiają się twarze interesujące. I o emocjach też wiem. Mimo to, uważam, że powtarzalność jest w okolicznościowej fotografii mocno przytłaczająca dla fotografującego. Dlatego nie chciałbym by ten obszar fotografii kiedykolwiek musiał się stać dla mnie sposobem zarobkowania.

 

Fotografowanie uroczystości rodzinnych sprawia mi przyjemność. Ale tylko dlatego, że robię to dla ludzi, których lubię. Moim zdaniem inaczej fotografuje się obcych ludzi, a inaczej osobę, z którą widzi się na co dzień, lub choćby spotyka się co jakiś czas. To ciekawe doświadczenie, oglądać w  wizjerze aparatu tę samą osobę, ale w całkiem innych okolicznościach przyrody. Lubię to.

 

Fotografowanie uroczystości rodzinnych sprawia mi przyjemność. To pewnie także efekt tego, że ci których fotografuję akceptują materiały na których pracuję, a także sposób w jaki to robię. Znają mnie, więc wiedzą, że fotografie będą na filmie i w znacznej większości będą czarno-białe. Jeśli proszą mnie bym ich fotografował, to zdają sobie sprawę, że na efekt końcowy będą musieli długo poczekać.

 

Cieszę się, gdy co jakiś czas przychodzi do mnie ktoś znajomy i pyta czy znajdę czas i ochotę by sfotografować go z najbliższymi. Staram się znajdować. Bo to naprawdę przyjemne patrzeć na uradowanych ludzi. Dotychczas miałem szczęście, wszystkie uroczystości rodzinne, które fotografowałem obchodziły się bez złych emocji, które mógłbym dostrzec w wizjerze. A zwykle są to przecież sytuacje w jakimś stopniu stresujące dla części uczestników. Łatwo na nich o jakąś zapalną iskrę. Może mam szczęście, bo dotychczas nie trafiłem ni razu na nieprzyjemne zgrzyty.

 

Kiedy o fotografowanie rodziny poprosiła mnie Magda od razu wiedziałem, że nie odmówię. Raz, że przez parę ładnych lat z drugiego końca naszego pracowniczego oupenspejsu dobiegał do mnie jej wesoły, a donośny głos. A dwa, że Magda jest fotogeniczna. No i trzy, że chodziło o sfotografowanie dziecka przy okazji chrztu. Lubię fotografować dzieci. Ich twarze są dla mnie zagadką. Oblicza dorosłych świadomie przekazują, to co chcą przekazać ich nosiciele. Są czytelne. Twarze małych dzieci są zupełnie inne.

 

Magda oczywiście zaakceptowała to, że zdjęcia będą na negatywach, że będzie na nich spore ziarno, że poczeka sobie na nie dość długo. No i to, że musi przygotować gotówkę na filmy, bo w domu mi się nie przelewa.

 

A kiedy przyszedł czas fotografowania przyroda zgotowała mi nieprzyjemną niespodziankę – trzydziestoparostopniowy upał. Mimo, że chrzest zaplanowano na godziny przedwieczorne skwar był niewiele słabszy niż w samo południe. Pot zalewał mi oczy, a koszula lepiła się do pleców. Szczęśliwie atmosfera w domu i w kościele była bardzo przyjazna i wyluzowana. Dość kameralne spotkanie rodzinne wokół małej Ani było pełne żartów i śmiechu. Na szczęście dla mnie, nie brakowało w domu wody z lodem. W kościele, sympatyczny, jowialny ksiądz nie chciał nawet oglądać mojego kwitu z kurii upoważniającego do fotografowania w czasie liturgii. Przed mszą tylko dyskretnie kiwnąłem w jego stronę aparatem fotograficznym, a on równie dyskretnie skinął głową i uśmiechnął się.

 

Bohaterka dnia, Ania, była pogodna i bardzo spokojna. Mszę w całości przespała, posiliwszy się nieco przed nią. A rozkrzyczała się jedynie w czasie polewania wodą święconą. A i to tylko na chwilkę. Cudowne dziecko! W mieszkaniu była dość mocno zainteresowana fotografującym ją człowiekiem, więc na wielu zdjęciach widać jej zaciekawione spojrzenie. A potem znów zasnęła. Słodko.

 

Nawet nie zauważyłem kiedy minęły te trzy Kodaki Tmaxy 400 forsowane znacząco wyżej, dwie Portry 800 i jedna Portra 160 dobłyskiwana lampą, bo chwilami było ciemnawo. I już trzeba było wracać do siebie. Z pokaźną paczuszką pełną tortu  i najpyszniejszego sernika domowej roboty jaki w życiu jadłem.

 

Fotografowanie uroczystości rodzinnych sprawia mi przyjemność! A jakże!

 

Ania, jeszcze w domu. Fotografowano Nikonem F4 na Kodaku TMAX 400 naświetlanym jako 800, a wywołanym w Patersonie Acu FX39. Negatyw skanowano na Epsonie V700.

 

Ania, jeszcze w domu, ale już w chrzcielnych szatkach. Fotografowano Nikonem F401 na Kodaku Portra 800, który wywołano w chemii Tetenal Colortec w procesorze Jobo CPE2. Negatyw skanowano na Epsonie V700.

 

Ania, już w drodze do kościoła w objęciach mamy. Apteka Łąkowa jako bohaterka drugiego planu. Fotografowano Nikonem F4 na Kodaku TMAX 400, który wywołano w Patersonie Acu Fx39. Negatyw skanowano na Epsonie V700.

 

W drodze do kościoła trafiła się nam taka redzka parafraza Abbey Road.

 

Już pod kościołem. Rodzice, córki i prababcia.

 

Dziecko ochrzczone, jeszcze pamiątkowy medalik trzeba poświęcić.

 

Ojciec chrzestny Ani i jego druga połowa wyglądali na szczęśliwych.

 

Obowiązkowe zdjęcie rodzinne. Ale nawet przy tak kameralnej imprezie trudno jest się doliczyć wszystkich. Tu zagubił się jeden z dziadków Ani.

 

I obie babcie wyglądały na zadowolone i mama chrzestna. Tylko Ania czujnie wpatrywała się w obiektyw. I to wcale nie wzywana.

 

Już prawie w domu. W drodze powrotnej mamę wyręczała troszkę w noszeniu Ani chrzestna.

 

Chrzestna zajęła się też przebieraniem Ani z oficjalnych ciuchów w te bardziej przyjazne. Oczywiście nie obyło się bez chwili zabawy.

 

Scena ta sama co wyżej, tylko aparat fotograficzny zmieniono.

 

Parę chwil później, przebrana Ania już spała w towarzystwie ulubionej maskotki.

 

Maskotka wyglądała na zadowoloną. Ja, po drugiej stronie obiektywu, też.

 

 

 

Jeden zero dla tych, którym się opłaca

Odwiedził mnie ostatnio znajomy. Ledwo wszedł do domu jego wzrok padł na karton z procesorem do wywoływania filmów (pamiętacie, pisałem o nim tu: http://www.12frames.eu/apps/blog/mój-pierwszy-raz-po-raz-czwarty. Oooo, Jobo sobie kupiłeś? Ale po co Ci on, przecież można oddać filmy do wywołania w laboratorium. Widać nie czytał na blogu o moich zmaganiach z tłustymi paluchami laborantów, ich ignorancją i maszynami rysującymi filmy. Wyjaśniłem więc pokrótce o co chodzi z tym procesorem. A on mi na to – a ja daję filmy do wywołania w Rossmannie i jestem bardzo zadowolony. A ja mu na to – też dałem kilka filmów do wywołania w Rossmannie i byłem bardzo niezadowolony. Z powodów, które już wcześniej omówiłem.

 

Wyszło na to, że albo mamy bardzo różny poziom tolerancji dla niszczycielskiej działalności laboratoriów fotograficznych, albo jakość usług foto świadczonych w Rossmannie znacząco się poprawiła. Kolega zasiał we mnie ziarno wątpliwości, bo pamiętałem z odległej przeszłości, że robił przyzwoite zdjęcia. Kiedy ziarenko wykiełkowało postanowiłem bliżej przyjrzeć się sprawie. W internecie szybko znalazłem dyskusje na temat Rossmannowego wywoływania. Statystycznie rzecz ujmując większość wypowiadających się osób była zadowolona. Czyżby faktycznie aż tak się poprawiło? Pamiętam doskonale swoją złość, gdy jakieś siedem lat temu oglądałem materiały wywołane w lokalnej drogerii na literkę R. Było naprawdę źle. Ale to było dawno. Z sieciowych wypowiedzi wynikało, że teraz sklepy wysyłają diapozytywy do wywołania w Niemczech. Czyżby w tym czynniku należało szukać przyczyn poprawy jakości? Nie uwierzę, póki nie zobaczę.

 

Zaryzykowałem i poszedłem do Rossmanna z trzema rolkami slajdów średnioformatowych. Zapakowałem samoobsługowo w sklepie w papierową kopertę, zaznaczyłem wszystkie niezbędne okienka, wpisałem adres e-mailowy i numer telefonu, a w uwagach napisałem w trzech językach – NIE CIĄĆ. Zostawiłem kopertę na stosownej półeczce i poszedłem. Pani w kasie nie umiała mi powiedzieć kiedy filmy zostaną wywołane i ile będzie kosztowało ich wywołanie. Taka trochę randka w ciemno wyszła z tej wizyty w Rossmannie.

 

Po trzech dniach zadzwoniła do mnie jakaś miła Pani z Kędzierzyna, czy Innego Kutna i poinformowała mnie, ze trzyma właśnie w ręku kopertę z moimi filmami do wywołania. Chciała mnie tylko poinformować, że:

– każdy film należy wkładać do osobnej koperty, tak jak napisano na niej (później sprawdziłem – faktycznie – jest taka informacja), w związku z tym ona przepakuje te moje filmy do osobnych kopert, a przy odbiorze mam je sobie wyszperać w drogerii;

– filmy są cięte niezależnie od tego co napisze zleceniodawca na kopercie, nawet jeśli to zrobi w trzech językach. Ona wpływu na to nie ma, bo filmy są wysyłane do Niemiec.

Próbowałem Pani wytłumaczyć, że zależy mi, żeby nie były cięte, bo w internecie wyczytałem, że są cięte na odcinki czteroklatkowe, a moje koszulki do przechowywania filmów mieszczą jedynie paski trzyklatkowe. No a nie wszystkie slajdy chcę od razu pakować w ramki i oglądać na ścianie. Najpierw je skanuję. by mieć cyfrowe wglądówki. A mój Epson V700, tak się składa, że również przyjmuje trzyklatkowe odcinki filmu średnioformatowego. Nagadałem się, a na końcu usłyszałem i tak: – Są cięte i już!

 

Po miesiącu czekania na zawiadomienie, że filmy są do odebrania (w internecie napisano, że trwa to nawet i miesiąc) zacząłem się niepokoić. Poszedłem więc do Rossmanna. Na półeczce ze zrealizowanymi zamówieniami znalazłem trzy koperty dla mnie. Nie wiadomo jak długo tam czekały! Ani e-maila, ani SMS-a nie dostałem. Poszedłem z kopertami do kasy, zapłaciłem coś koło 53 PLN i szybciutko pobiegłem do domu oglądać efekty niemieckiej pracy.

 

Z Rossmanowej przygody wnioski mam następujące:

– Niemce wywołali slajdy lepiej niż ja zrobiłem to za pierwszymi dwoma razami w moim domowym Jobo CPE2. Widać ichnie maszyny mają lepszą kontrolę nad temperaturą procesu i na jego czasem. Pewno mają też większe doświadczenie. Może różnice między slajdami wywołanymi w domu, a tymi przybyłymi z BRD nie były wstrząsające, ale... niestety były dla mnie zauważalne.

– Niemce nie porysowali filmów – ni hu hu! Nie zostawili też na filmach ani paprochów, ani śladów daktyloskopijnopodobnych, ani żadnych rzeczy, które ich są.

– Szkoda, że nie poinformowano mnie, że slajdy już czekają na odebranie;

– Długo to wszystko trwało, ale po prawdzie nie wiem ile leżały gotowce w sklepie (patrz wyżej);

– Wbrew informacji uzyskanej przez telefon od Pani z Kędzierzyna, cz Koźla  – jest możliwość niepocięcia slajdów. Wystarczy napisać na kopercie – NIE CIĄĆ. Film, który pozostał w oryginalnej kopercie, którą adresowałem osobiście nie został pocięty! Reszta filmów, te które zostały przez uprzejma Panią przepakowane do osobnych kopert pocięto. Ale który z trzech użytych przeze mnie na kopercie języków zadziałał, to nie wiem. Dla pewności podaję – niemiecki, angielski, turecki. Jak się okazało – tną na odcinki trzyklatkowe!

– Cena drogeryjna okazała się konkurencyjna w stosunku do tego, co mogę sam wycisnąć z zestawów Tetenala dostępnych w sprzedaży detalicznej. Litrowy zestaw kosztuje jakieś 160 PLN (plus przesyłka). Większego opakowania nie kupię, bo przecież hurtowo slajdów nie wywołuję, a żal żeby się zmarnował. W Rossmanie zapłaciłem za pocięty film 120 – 9, 95 PLN, za pocięty film 220 – 19,95 PLN, za niepocięty film 220 – 22.95 PLN.

– Folia, w którą Niemce zapakowali filmy jest jakiś kondensatorem ładunków elektrostatycznych. Przyciąga pyły zewsząd. Nie badałem zasięgu jej oddziaływania, ale jest naprawdę duży. Zatem sugestia jest taka, by jak najszybciej przepakować slajdy z niemieckiej folii do najzwyklejszego pergaminu, albo zaramkować.

 

Po podsumowaniu zdaje mi się, że w meczu na przyzwoite i niedrogie wywoływanie slajdów prowadzą Niemcy. Kiedy nazbiera mi się kolejna partia średnioformatowych diapozytywów, poślę je przez lokalny sklepik Rossmanna do Niemiec. Zastanawiam się jak to możliwe, że W Polsce się nie opłaca, a w Niemczech tak?

 

Wywoływać slajdy dobrze i tanio. 

 

 

Przeterminowana o cztery lata Velvia 50 (220) naświetlona w Mamiyi 6MF, a wywołana wysyłkowo przez sklepik Rossmanna. Wszystkie skany z Epsona V700. Wczesnomajowy widok od wschodu na Quarmbeck. Zdjęcie wykonano podczas przemarszu w poszukiwaniu pozostałości strażniczych fortyfikacji wokół Kwedlinburga. Pisałem wcześniej o tym tu: http://www.12frames.eu/apps/blog/dwie-wieże

 

 

 

Przeterminowana o cztery lata Velvia 50 (220) naświetlona w Mamiyi 6MF, a wywołana wysyłkowo przez sklepik Rossmanna. Wczesnomajowy widok od zachodu na Bicklinswarte. Zdjęcie wykonano podczas przemarszu w poszukiwaniu pozostałości strażniczych fortyfikacji wokół Kwedlinburga.

 

 

 

Przeterminowana o cztery lata Velvia 50 (220) naświetlona w Mamiyi 6MF, a wywołana wysyłkowo przez sklepik Rossmanna. Wczesnomajowy widok na północ ze szczytu Bicklinswarte. Zdjęcie wykonano podczas przemarszu w poszukiwaniu pozostałości strażniczych fortyfikacji wokół Kwedlinburga

 

 

 

Przeterminowana o cztery lata Velvia 50 (220) naświetlona w Mamiyi 6MF, a wywołana wysyłkowo przez sklepik Rossmanna. Wczesnomajowy widok na jeden z wielu pni martwych drzew owocowych wzdłóż polnej drogi między Bicklinswarte a Seweckenwarte. Zdjęcie wykonano podczas przemarszu w poszukiwaniu pozostałości strażniczych fortyfikacji wokół Kwedlinburga.

 

Od horroru do koncertu

Będąc dzieckiem muzyki klasycznej nie lubiłem. Nie miałem kiedy się jej przyuczyć – w naszym domu się jej nie słuchało. Przełom nastąpił za sprawą horroru.  Miałem wtedy chyba dziewięć, może dziesięć lat. Telewizja Polska zapowiedziała nocną projekcję filmu Kobieta wąż. Koniecznie chciałem go zobaczyć, siedziałem więc wytrwale przed telewizorem, mimo, że powieki mi opadały. Babcia, która łaskawie pozwoliła mi czekać na film, sądziła pewnie, że w końcu skapituluję i usnę. Przewidywała taki rozwój wydarzeń jako pewny, bowiem wyczekiwany horror miała poprzedzić emisja koncertu muzyki klasycznej.  Dziś już nie pamiętam, jaka orkiestra grała. Pierwsze takty i szok! Co to jest?! Wspaniałe, piękne, wciągające! A przy tym proste, jakby wręcz napisane dla ludzi bez muzycznego obycia. Tak, by wciągnąć ich w ten transowy rytm.  Było to Bolero Maurice’a Ravela. No i się Babcia zdziwiła, bo nie tylko doczekałem horroru, ale od następnego dnia zacząłem przełączać stacje radiowe w naszym odbiorniku w poszukiwaniu muzyki. Pewnie trochę Babcię złościło, gdy zamiast słuchowiska W Jezioranach jej radio grało muzykę klasyczną. Ale nie robiła mi wymówek.

 

Kolejny muzyczny wstrząs przeżyłem ze dwa, a może trzy lata później. Znów za sprawą telewizji. Pokazano w niej występ Ivo Pogorelicia. Pasja z jaką grał Chopina zrobiła na mnie wielkie wrażenie. Kiedy skończył i wstał do ukłonów wyglądał jakby był nieobecny, jakby dopiero wracał do rzeczywistości. A później przepadł ten chłopak gdzieś w świecie, a polska telewizja więcej mi go nie pokazała. Płyty zaś, które nagrywał w późniejszych latach nie miały już tej mocy. Zwłaszcza te chopinowskie. Może pogubił się w obsesyjnych poszukiwaniach własnego odczytania muzyki mistrzów. Znajomy, który kilka lat temu był na jego koncercie opowiadał, że to co Pogorelić zrobił z utworami Chopina wołało o pomstę do nieba. Był też ponoć arogancki wobec publiczności, jakby odreagowywał na niej jakieś własne frustracje. Lekceważące zachowanie możnaby jeszcze znieść, gdyby tylko przysłonił je geniusz wykonawczy. Ale zdaje się, że nic takiego nie nastąpiło. Szkoda, bo Pogorelić był dla mnie ważnym wspomnieniem z dzieciństwa.

 

Wielkie emocje towarzyszące muzyce zobaczyłem i odczułem kolejny raz już długo, długo po występie młodego Pogorelicia na Konkursie Chopinowskim. Emocje tym razem związane były z koncertem oglądanym na żywo. I pewnie dlatego wrażenia z niego są w mojej pamięci tak mocno utrwalone. Pierwszy mój wyjazd zagraniczny dalszy niż do Berlina. Jechało się i jechało autokarem, a potem jeszcze przeprawa promem. Pogoda była paskudna, a na Kanale bujało mocno. Celem było intensywne zwiedzanie  londyńskim muzeów, a koncert pojawił się zrządzeniem losu. Głupi to zawsze ma szczęście. Inaczej nie da się skomentować faktu, że dostaliśmy się na występ, na który bilety były wyprzedane były od daaaawna. Dzieci gospodarzy u których mieszkaliśmy zupełnie nie miały  ochoty iść na koncert. Poszliśmy więc w zastępstwie my.

Nigel Kennedy z English Chamber Orchestra nagrał właśnie najsłynniejszą chyba swoją płytę Cztery pory roku Antonio Vivaldiego. Zachwyt publiczności zaowocował tłumami na koncertach. I nic dziwnego, bo Nigel grał jak natchniony. Kiedy słuchało się Lata w wykonaniu Kennedy’ego, miało się wrażenie, że to sam astmatyczny Vivaldi gniewnie zmaga się z trudami upalnego włoskiego lata. A kiedy koncert dotarł do Zimy, muzyka w sposób namacalny oddawała przejmujący chłód, klarowne zimowe powietrze i fakturę lodu. Tak to wtedy odbierałem siedząc wśród zasłuchanego tłumu.

 

Czterech pór roku w wykonaniu Nigela Kennedy’ego  słuchałem jeszcze tylko raz – w Berlinie. I znów było to wykonania, jak na moje amatorskie ucho – wybitne. Ale całkiem inne niż to z Londynu. Jakby poważniejsze, mniej żywiołowe, bardziej stateczne. Może to kwestia orkiestry. Filharmonicy Berlińscy, to duży i słynny zespół, ale... niemiecki. Poważny i stateczny. Nie wyobrażam sobie by członkowie tej orkiestry zrobili to samo co Anglicy – w chwili wykonywania Lata wszyscy założyli okulary przeciwsłoneczne lub czapki daszkiem.

 

A potem spotykałem Nigela Kennedy’ego już raczej w repertuarze jazzowym lub etniczno-klezmerskim i w bardzo różnych zestawieniach zespołowych. A wszystkie jego występy były bardzo dobre. Niezależnie od wykonywanego repertuaru. Może nie były tak poruszające, jak to co widziałem w Londynie, czy nawet w Berlinie, ale wysoki poziom zawsze był utrzymany. Prócz kunsztu muzycznego do Nigela Kennedy’ego przyciąga publikę jego otwartość na kontakt. Kiedy wykonuje mniej klasyczny repertuar jego często występ przerywany jest seriami żartów i komentarzy skierowanych zarówno do muzyków jak i słuchaczy. Daje koncerty żywe. Przy odbiorze dzieła muzyki klasycznej to mogłoby przeszkadzać, niszczyć skupienie. Kiedy jednak gra Hendrixa, czy występuje z Kroke, sceniczne humoreski są na miejscu. I co najważniejsze podobają się publiczności.

 

Tak właśnie było na tegorocznym lipcowym koncercie Nigela Kennedy’ego z Kroke w Filharmonii Kaszubskiej w Wejherowie. Repertuar koncertu pochodził z płyty East Meet East z 2003 r. Cieszę się, że jakimś cudem udało się zgrać terminarze Nigela i zespołu Kroke, bo materiał z tej płyty wciąż nie jest, moim zdaniem, wystarczająco rozpropagowany. Po nagraniu płyty, owszem była trasa koncertowa, ale niezbyt długa i intensywna. Potem, zdaje się w 2008 r., ponownie Kroke zagrali z Nigelem trasę wykonując East Meet East. A później już tylko pojedyncze, okazjonalne koncerty. Ucieszyłem się więc niezmiernie, kiedy dowiedziałem się o ponownym spotkaniu brytyjskiego skrzypka z krakowskim zespołem. A jeszcze bardziej ucieszyłem się, że Wejherowo znalazło się na ich króciutkiej, chyba czterokoncertowej trasie.

 

Bilety tanie nie były, to zawsze boli kiedy trzeba zabrać ze sobą całą rodzinę. A przecież trzeba. Kiedy jednak już się zapomni o pogłębiającym się debecie bankowym pozostają o wiele żywsze wspomnienia fantastycznego występu. Był to występ, w którym każdy znalazł cos dla siebie.  Mnóstwo humoru, szczypta romantyzmu i nostalgii, energia jak w stadzie dzieci z ADHD i punkowe szaleństwo. Sporo też wirtuozerii. Dla zainteresowanych załączam niżej skan kartki z listą utworów. Papier został zrabowany po koncercie z estradowej podłogi. Należy przy tym zauważyć, że to co wykonano na koncercie odbiegało dość znacząco od zawartości płyty. A wszystko przez niepohamowane skłonności muzyków do improwizowania. Jak można płynnie przejść od romantycznego Ederlezi do cygańskiego czardasza i jeszcze zawrzeć między nimi spory kawałek aleatorycznego szaleństwa i niespodziewany odskok w stronę westernowej Bonanzy? Ja nie wiem, ale im się udało! I to udało sie tak, że na scenie widać było nie tylko chęć do zabawy ale i miłość do muzyki.

 

Na koncercie muzykę wzięto z albumu East Meat East , ale nastrój na scenie był jakby żywcem wzięty z płyty A Very Nice Album nagranej w 2008 roku przez Nigel Kennedy Quintet. Rozmowy z publicznością, zaczepki co piękniejszych pań, częstochowsko-brytyjskie rymowanki, historyjki prawdziwe i zmyślone o akordeonistach, perkusistach, kontrabasistach i ich instrumentach. Wiecie czym się różni kontrabas od skrzypiec? Nawet się nie domyślacie – spytajcie Nigela przy najbliższej okazji. Skąd się wziął tytuł utworu Kukush? To dość długa opowieść, którą snuł Nigel chodząc po scenie. A ja miałem nieodparte wrażenie, że koncertowo zmyśla wszystko z tą swoją szelmowską miną. A potem znów muzyka i aplauz na stojąco. Bis i znów aplauz na stojąco. Gdyby nie filharmonijne grzeczne foteliki, to jestem przekonany, po pierwszym kwadransie cała publiczność zaczęłaby radośnie pląsać.

 

Kiedy już ucichła burza braw, rozglądnąłem się dookoła. Widziałem wyłącznie zadowolone twarze. I na scenie i wśród publiki.

 

A po tym wszystkim członkowie Kroke i Nigel znaleźli jeszcze czas i ochotę na spotkanie z fanami. Długo zwlekali z opuszczeniem garderoby po koncercie, ale to dobrze, bo kiedy w końcu wyszli czekała na nich na tyle niewielka grupka ludzi, że dla każdego znaleźli czas na chwilę rozmowy. Nawet mój syn, ze swoją skromna znajomością angielskiego poradził sobie z wyrażeniem zachwytu nad występem Nigela i odpowiedzeniem na parę jego dociekliwych pytań. Co zostało mu wynagrodzone autografem na płycie oraz pamiątkową fotografią. Dzięki temu, że grono wejherowskich anglojęzycznych fanów Nigela nie było bardzo liczne, albo że fani ci byli zbyt nieśmiali by zaczepiać skrzypka o coś więcej niż autograf, mogliśmy z synem zagarnąć go na kilkanaście minut tylko dla siebie! Rozmawialiśmy między innymi o tym, że ma dość miękki smyczek. Mogłem się o tym przekonać, bo Nigel na koncercie wypuścił smyczek w czasie swojej rozbuchanej choreograficznie konferansjerki i trafił nim prościutko w obiektyw mojego Nikona. Parę słów wymieniliśmy o urokach mieszkania na wsi, jak na koncercie nazwał Wejherowo Nigel. Żartował oczywiście, ale przy okazji wspomniał o dwóch swoich wiejskich domach. Ten angielski stoi ponoć w wioseczce składającej sie z czterdziestu domów. Jak się okazało w rozmowie, a czego można się było domyślać, Nigelowi nieobca jest muzyka punkowa (but Nigel – Dead Kennedys are’nt „fucking newyorkers” They’re from San Francisco!). Tuśmy się dogadali momentalnie, ale co do ulubionych piw nie znaleźliśmy porozumienia. Mimo uznania dla kunsztu muzycznego Nigela  i jego daru przekonywania, to do Tyskiego mnie nie przekonał!  Obstawał przy tym piwie między innymi dlatego, że uważał, że firma je produkująca należy do Polaków., a on popiera lokalne patriotyzmy. No i musiałem go wyprowadzić z błędu co do polskości kapitału w tej firmie. Szybkośmy jednak wrócili do tematów muzycznych i ustaliliśmy wspólną miłość do  czardasza. Zwłaszcza takiego, w którym jest dużo ognia i improwizacji.

 

W tym samym czasie, gdy z synem zawracałem Nigelowi głowę, moja żona bratała się z muzykami z Kroke. Obeszła wszystkich i cieszyła się jak dziecko zdobytymi autografami. Tylko perkusista, Sławomir Berny, jej przepadł. Zaczepiła więc Panią Menadżerkę, ta zaś bardzo się uradowała na wieść, że ktoś chce złożyć wyrazy uszanowania muzykowi. Szybciutko telefonicznie wywołała go z garderoby. No i w końcu mogła żona moja perkusiście opowiedzieć jak bardzo zachwycał ją swoimi akompaniamentami na przedziwnych wynalazkach z drewna. Radość było widać na twarzach obojga.

 

I moglibyśmy jeszcze siedzieć w tej naszej filharmonii z muzykami do samiuśkiego ranka. Nazajutrz jednak mieli grać we Wrocławiu. Oni udali się do hotelowych łóżek, a my do domu.  Noc była piękna, więc szliśmy piechotą.

 

Nigel Kennedy podczas koncertu z Kroke w Filharmonii Kaszubskiej w Wejherowie, 24 lipca 2014 r. Fotografowano Nikonem  F4 na filmie Kodak TMax 400 forsowanym do 800 w wywoływaczu Paterson FX39. Skanowano na Epsonie V700.

 

Nigel Kennedy podczas koncertu z Kroke w Filharmonii Kaszubskiej w Wejherowie, 24 lipca 2014 r. Fotografowano Nikonem  F4 na filmie Kodak TMax 400 forsowanym do 800 w wywoływaczu Paterson FX39. Skanowano na Epsonie V700.

 

Nigel Kennedy podczas koncertu z Kroke w Filharmonii Kaszubskiej w Wejherowie, 24 lipca 2014 r. Fotografowano Nikonem  F4 na filmie Kodak TMax 400 forsowanym do 800 w wywoływaczu Paterson FX39. Skanowano na Epsonie V700.

 

Nigel Kennedy podczas koncertu z Kroke w Filharmonii Kaszubskiej w Wejherowie, 24 lipca 2014 r. Fotografowano Nikonem  F4 na filmie Kodak TMax 400 forsowanym do 800 w wywoływaczu Paterson FX39. Skanowano na Epsonie V700.

 

Nigel Kennedy wystąpił w Filharmonii Kaszubskiej w Wejherowie w towarzystwie zespołu Kroke, w którym na kontrabasie gra Tomasz Lato. Gościnnie zaś perkusjonalia obsługiwał Sławomir Berny, znakomity muzyk sesyjny. Fotografowano Nikonem  F4 na filmie Kodak TMax 400 forsowanym do 800 w wywoływaczu Paterson FX39. Skanowano na Epsonie V700.

 

Nigel Kennedy wystąpił w Filharmonii Kaszubskiej w Wejherowie w towarzystwie zespołu Kroke, w którym gra stale trójka muzyków, w tym Tomasz Kukurba. Prócz muzyki wzbogacił on występ pięknymi orientalnymi wokalizami. ​Fotografowano Nikonem  F4 na filmie Kodak TMax 400 forsowanym do 800 w wywoływaczu Paterson FX39. Skanowano na Epsonie V700.

 

Nigel Kennedy wystąpił w Filharmonii Kaszubskiej w Wejherowie w towarzystwie zespołu Kroke, w którym gra stale trójka muzyków, w tym Tomasz Kukurba. Prócz muzyki wzbogacił on występ pięknymi orientalnymi wokalizami. ​Fotografowano Nikonem  F4 na filmie Kodak TMax 400 forsowanym do 800 w wywoływaczu Paterson FX39. Skanowano na Epsonie V700.

Nigel Kennedy wystąpił w Filharmonii Kaszubskiej w Wejherowie w towarzystwie zespołu Kroke, w którym gra stale trójka muzyków, w tym Tomasz Kukurba. Prócz muzyki wzbogacił on występ pięknymi orientalnymi wokalizami. ​Fotografowano Nikonem  F4 na filmie Kodak TMax 400 forsowanym do 800 w wywoływaczu Paterson FX39. Skanowano na Epsonie V700.

 

 

Nigel Kennedy wystąpił w Filharmonii Kaszubskiej w Wejherowie w towarzystwie zespołu Kroke, w którym gra stale trójka muzyków, w tym akordeonista Jerzy Bawoł. ​Fotografowano Nikonem  F4 na filmie Kodak TMax 400 forsowanym do 800 w wywoływaczu Paterson FX39. Skanowano na Epsonie V700.

 

Nigel Kennedy, z charakterystyczna dla siebie ekspresją, po każdym utworze długo oklaskiwanym przez publiczność przybijał "żółwiki" ze wszystkimi członkami zespołu Kroke. Tu z  Tomaszem Latą. ​Fotografowano Nikonem  F4 na filmie Kodak TMax 400 forsowanym do 800 w wywoływaczu Paterson FX39. Skanowano na Epsonie V700.

 

Do ukłonów na froncie sceny publiczność i Nigel Kennedy często wywoływali wszystkich członków zespołu Kroke i towarzyszącego im w trasach koncertowych perkusjonalistę.Tu Tomasz Lato i Sławomir Berny. ​Fotografowano Nikonem  F4 na filmie Kodak TMax 400 forsowanym do 800 w wywoływaczu Paterson FX39. Skanowano na Epsonie V700.

 

Nigel Kennedy przez cały występ w Filharmonii Kaszubskiej w Wejherowie rozmawiał z publicznością, uśmiechał się i bardzo zamaszyście gestykulował. Siedząc w pierwszym rzędzie padłem ofiarą jego rozmachu, w pewnej chwili smyczek wymknął mu się z dłoni i zdzielił mnie prosto w... aparat fotograficzny. Smyczek oddałem, co później miał mi za złe syn - taka pamiątka by była ;-). ​Fotografowano Nikonem  F4 na filmie Kodak TMax 400 forsowanym do 800 w wywoływaczu Paterson FX39. Skanowano na Epsonie V700.

 

I jeszcze seria z gestykulującym radośnie Nigelem Kennedym. ​Fotografowano Nikonem  F4 na filmie Kodak TMax 400 forsowanym do 800 w wywoływaczu Paterson FX39. Skanowano na Epsonie V700.

 

Czasami Nigel Kennedy poruszał się stanowczo zbyt szybko i energicznie dla mojego materiału światłoczułego. ​Fotografowano Nikonem  F4 na filmie Kodak TMax 400 forsowanym do 800 w wywoływaczu Paterson FX39. Skanowano na Epsonie V700.

 

Na jedną z melodii zespół opuścił scenę i zszedł do publiczności. Widzowie z pierwszego rzędu mieli w tym czasie muzyków na wyciągnięcie ręki. Nigel zaś, upatrzył sobie wśród publiczności kilka pań i wypytywał je kolejno o imiona. Każdej z nich oświadczał, patrząc głęboko w oczy: "Ola is my favorit name", "Agata is my favorit name", Eva is my favorit name", "Magda is my favorit name". Potem do tych imion układał krótkie rymowanki, niektóre dość... absurdalne. A Pani Magdzie (na zdjęciu) swoja rymowankę wyszeptał na ucho. Zdaje się, że była nieprzyzwoita. Rymowanka, a nie Pani Magda! Padło także jedno imię męskie. Nigel zapytał o imię starszego pana. Zdziwił się, gdy usłyszał - Kazimierz. Dosłownie chwilę wcześniej zespół wykonywał utwór noszący tytuł Kazimierz, a Nigel sam zapowiadał tę melodię! Starszy pan nie usłyszał jednak od uśmiechniętego Nigela tego samego komentarza co kobiety - "Kazimierz definitive is not my favorit name". Tuż po koncercie panie wymienione z imienia dostały od Nigela i zespołu róże, które wcześniej wręczyli muzykom organizatorzy koncertu. Fotografowano Nikonem  F4 na filmie Kodak TMax 400 forsowanym do 800 w wywoływaczu Paterson FX39. Skanowano na Epsonie V700.

 

Lista utworów zabrana po koncercie Kroke i Nigela Kennedy'ego ze sceny w Filharmonii Kaszubskiej w Wejherowie. 

 

 

Po koncercie udało się nam spotkać z muzykami by zebrać autografy.  Zespół i Nigel nie żałowali nam czasu na rozmowy. Tu Sławomir Berny w serdecznej rozmowie z moją żoną, która nie żałowała komplementów za jego wspaniały występ.  ​Fotografowano Nikonem  F4 na filmie Kodak TMax 400 forsowanym do 800 w wywoływaczu Paterson FX39. Skanowano na Epsonie V700.

 

 

Po koncercie udało się nam spotkać z Kroke i Nigelem by zebrać autografy. Udało się dużo więcej. Tu Nigel w rozmowie z moim synem.  ​Fotografowano Nikonem  F4 na filmie Kodak TMax 400 forsowanym do 800 w wywoływaczu Paterson FX39. Skanowano na Epsonie V700.

 

Po przybiciu setnego "żółwika" pamiątkowa fotografia z Nigela z moim synem. ​Fotografowano Nikonem  F4 na filmie Kodak TMax 400 forsowanym do 800 w wywoływaczu Paterson FX39. Skanowano na Epsonie V700.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dobry wieczór. Pies szuka domu.

Zwierzęta zawsze lubiłem, szczególnie te mniejsze od siebie. Odwieczny dylemat, psy czy koty, mnie nie dotyczy, bowiem lubię i jedne i drugie. A każde za coś innego. To, że po moim domu pęta się stado kotów, jest raczej dziełem przypadku, niż świadomego wyboru. Po prostu w odpowiednim momencie na wycieraczce przed drzwiami pojawił się kot, a nie pies. Na jednym się nie skończyło.

 

Okresowo, pojawiają się w naszym domu i psy. Trafiają na przechowanie, przybłąkują się lub są ratowane ze śmieci (patrz wpis o Szrotku z września 2013 r.: http://wczorajszefotografie.wordpress.com/2013/09/29/tak-rozne-smieci/). Psie pobyty u nas trwają  raczej krócej niż dłużej, bo kocia czereda absolutnie nie toleruje psów, nawet malutkich. No ale przygarniamy i psy, choćby na trochę, póki się nie znajdzie ktoś życzliwy i przyjmie takiego znajdę pod swój dach na stałe.

 

W związku z psami, jakiś czas temu wysłałem kilka zdjęć na specyficzny konkurs fotograficzny. Jego głównym celem było zebranie funduszy i zainteresowanie szerszej publiczności działalnością Fundacji „Pies szuka domu”.  Znajomy przysłał mi odsyłacz do strony internetowej. Kiedy zobaczyłem ile psiaków znalazło domy dzięki działalności Fundacji, nie zastanawiałem się ani chwili. Szybko wygrzebałem ze zbiorów kilka fotografii nawiązujących do tematu konkursowego (Pieskie życie) i posłałem na konkurs. Zerknijcie na stronę Fundacji i Wy, może znajdziecie jakiś sposób by wesprzeć ich działalność: http://www.piesszukadomu.pl/

 

Po jakimś czasie zadzwoniła do mnie Pani z fundacji z miłą wiadomością, że jednemu z moich zdjęć przypadło trzecie miejsce. Zaprosiła mnie też na uroczystość rozdania nagród w niedzielę do klubu Ucho w Gdyni. Godziny nie podała, bo miała mi dosłać szczegóły e-mailem.  Listu jednak nie dostałem, nie znalazłem też informacji o godzinie na stronie fundacji. Uznałem zatem, że rozdanie nagród zacznie się pewno jakąś godzinę przed zaplanowanym na 19.00 koncercie uświetniającym uroczystość.

 

Spóźniać się nie lubię, więc dla porządku pojechałem do klubu na 17.30. Przybywszy zdziwiłem się, bo... było już po wszystkim. Zaczęło się o 16.00. Śmiesznie wyszło. Nie bardzo wiedząc, co z sobą począć udałem się do baru (to zawsze się sprawdza w chwilach bezradności). Pomyślałem, że wypiję jakiegoś pszeniczniaka, posnuję się chwilę i wrócę do domu. I kiedym się tak snuł po klubie obserwując jak organizatorzy zwijają sztalugi z nagrodzonymi i wyróżnionymi zdjęciami, pojawił się na horyzoncie znany mi z różnych okoliczności przyrody fotograf. Rozpoznał mnie, więc podszedł się przywitać. Okazało się, że zasiadał w jury konkursowym. Szybko się zakręcił i sprowadził jedną z organizatorek. Była zdziwiona, że nie dostałem stosownej informacji. Rach-ciach wytrzasnęła skądś pamiątkowy dyplom i zaprosiła na koncert.

 

Zostałem więc i nie żałuję. Co prawda granie było w konwencji akustycznej, za którą nie przepadam, okazało się jednak, że było naprawdę nieźle.  Najpierw udzielało się na scenie Milczenie Owiec. Nazwę owszem znałem, ale nie byłem pewien czy jednak nie wyłącznie z filmu. Bo, jak się okazało, muzyka nie była mi znana. Wyszło całkiem sympatycznie, choć to nie moja bajka muzyczna. Instrumentaliści zagrali fachowo, a ładna i żywiołowa dziewczyna pięknie zaśpiewała.

 

Dobry wieczór, powiedział Marek Piekarczyk, który ni stąd ni z owąd pojawił się na scenie z kilkoma kolegami i bardzo przystoją wiolonczelistką. Razem z nimi wszystkimi wyszła na scenę świnia Ryćka, która także uczestniczyła w zbieraniu kasy na Fundację „Pies szuka domu”. Zamiast trafić do rzeźni, przeszła ona w ramach promowania Fundacji cale niemal wybrzeże Bałtyku. Jakieś 400 kilometrów! Oczywiście z opiekunami. Nawet ponoć telewizornia ja pokazywała. Kiedy wprowadzono Raćkę na scenę w Uchu, okazało się, że zupełnie się nie stresowała tłumem ludzi, reflektorami, mikrofonami i całym tym zamieszaniem.  Popozowała chwilę do zdjęć, organizatorzy imprezy objaśnili kim jest Raćka i dlaczego warto wspierać Fundację „Pies szuka domu”, a po kwadransie zaczął się koncert Marka Piekarczyka. Noo tu już było mi bliżej muzycznie, no bo przecież słuchało się TSA, a i na „Jesus Christ Superstar” w gdyńskim Teatrze Muzycznym byłem dwa razy. Tyle, że... Boziu moja, kiedyż to było. Lata osiemdziesiąte minionego wieku.... Potem Marek Piekarczyk jakoś zniknął mi z pola widzenia i słyszenia. Ciekaw byłem formy po tyyyylu latach niesłyszenia jego głosu. I powiem Wam, że dał radę! Zafundował nam półtoragodzinną podróż poprzez historię polskiej muzyki. Czego tam nie było, TSA, Niebiesko-Czarni, Brekaout, Krzysztof Klenczon, Test, Klan. A na koniec bisów absolutnie fantastycznie wykonany kawałek Marka Ałaszewskiego Na przekór. Każdy kawałek na tym koncercie został świetnie zagrany i zaśpiewany. Pełen profesjonalizm i znakomity kontakt z publicznością. Dykteryjki i autobiograficzne opowiastki w przerwach między utworami  były naprawdę zabawne.

 

Wychodziłem z gdyńskiego Ucha bardzo zadowolony, bo nie dość, że jakoś tam wsparłem ludzi pomagających bezdomnym zwierzętom, to jeszcze poobcowałem z muzyką, której już dawno nie słyszałem. To był miły wieczór.

 

Dobry wieczór!

Milczenie Owiec na koncercie w Klubie Ucho w Gdyni. Koncert na rzecz Fundacji „Pies szuka domu”. Film Kodak Trix 400 naświetlany jako 800. Wywołany w Rodinalu. Skanowany na Epsonie V700.

 

Milczenie Owiec na koncercie w Klubie Ucho w Gdyni. Koncert na rzecz Fundacji „Pies szuka domu”. Film Kodak Trix 400 naświetlany jako 800. Wywołany w Rodinalu. Skanowany na Epsonie V700.

 

Marek Piekarczyk w towarzystwie Raćki i jej opiekuna na koncercie w Klubie Ucho w Gdyni. Koncert na rzecz Fundacji „Pies szuka domu”. Film Kodak Trix 400 naświetlany jako 800. Wywołany w Rodinalu. Skanowany na Epsonie V700.

 

Marek Piekarczyk na na koncercie w Klubie Ucho w Gdyni. Koncert na rzecz Fundacji „Pies szuka domu”. Film Kodak Trix 400 naświetlany jako 800. Wywołany w Rodinalu. Skanowany na Epsonie V700.

 

Marek Piekarczyk na na koncercie w Klubie Ucho w Gdyni. Koncert na rzecz Fundacji „Pies szuka domu”. Film Kodak Trix 400 naświetlany jako 800. Wywołany w Rodinalu. Skanowany na Epsonie V700.

 

 

Splątane drogi do Źródła Życia

Gdy dojeżdżamy autobusem do Wernigerode w późne majowe popołudnie upał trzydziestostopniowy. Mamy znaleźć kilka ulic – Brockenweg, Humboldtweg, Salzbergstrasse. A na nich konkretne domy, których numery mam skrzętnie wynotowane w notesie. Musimy się spieszyć, bo pociąg, który zawiezie nas do miejsca naszego kwaterunku odjeżdża za nieco ponad dwie godziny. A ja jak na złość zapomniałem zabrać ze sobą planu miasta. Cholerka, mogliśmy przyjechać tu wczoraj! Szukalibyśmy na spokojnie. No tak, ale na wczoraj mieliśmy zupełnie inne plany. Równie intensywne jak te dzisiejsze. A jutro? Jutro wracamy do Polski. Niestety.

 

Z pomocą przychodzi nam niemiecka skrupulatność i japońska technika. Zaraz po wysiadce z autobusu znajdujemy tablicę z planem Wernigerode. Nie jest może oszałamiająco szczegółowy, ale Brockenweg na nim znajdujemy. O pozostałych ulicach wiem, że łączą się z Brockenweg, tworząc uliczny trójkąt. Znajdziemy jedną, to dotrzemy i do reszty. Czeka na nas spory kawałek drogi. Żeby się nie błąkać ulicami szybko fotografuję synowskim cyfrakiem tablicę z planem i ruszamy. Na początek trochę kombinacji bo szeroko zakrojone roboty drogowe nieco dezorganizują nam, prosty, jak się wcześniej wydawało szlak. Ale, że jesteśmy dość bystrzy i wspomagamy się zerkaniem na wyświetlacz aparatu fotograficznego na utrwalony plan, dochodzimy do Brockenweg już po jakichś 20 minutach.

 

Co dalej? Szukamy budynków pod numerami 1 i 3. Pomocna ma być przedwojenna pocztówka, która ponoć ukazuje to co mamy znaleźć. Ściskam w garści kartkę bezpiecznie schowaną w celofanowej kopertce i rozglądam się dość niepewnie. Jesteśmy albo na początku albo na końcu ulicy. W pobliżu jest trochę domków przypominających ten z pocztówki, ale żaden z nich nie jest bardzo podobny. Tak mocno przebudowano je od  lat 30. XX wieku, czy po prostu żaden z nich nie jest tym, którego szukamy? Numery na domach? Byłbym idiotą, gdybym ich nie wyglądał. A, że idiotą nie jestem, to oznacza, że numerów widać nie było. Nie było też nikogo kogo by można spytać. Ulica wymieciona z ludzi.

 

Idziemy chodnikiem lekko wznoszącym się ku górze, mijamy kolejne domy. Podobne do tego z pocztówki, ale jednak inne. Skrzyżowanie z Humboldtweg. Mamy więc drugą ulicę. Na niej trzeba nam znaleźć numer 4. Łatwo powiedzieć, kiedy numerów nie ma i tu. Nawet na lekarstwo. A o szukanym domu wiemy tylko tyle, że był kiedyś willą lekarzy, a po II wojnie światowej, cytuję „budynkiem mieszkalnym”. Zdjęcia nie mamy. Nie mamy też tabletu na którym moglibyśmy zlokalizować to czego szukamy na Google Earth. Numer 4, czyli co – czwarty budynek na ulicy? A jak numeracja jest naprzemienna, bo domy są po obu stronach jezdni? Zgadywanka, który dom wygląda na przedwojenną willę. Chyba ten.

 

Wracamy na Brockenweg i dalej idziemy lekko pod górę. Do cholery, przecież dom, w którym w ciągu ośmiu lat urodziło się ponad tysiąc dzieci nie może być zwykłym domkiem jednorodzinnym lub ciut większą willą! A mijamy tylko takie właśnie. Nagle – jest! Kiedy kończy się górka, na którą się wspinamy cały czas idąc Brockenweg, widzimy budynek większy niż wszystkie. Tak, tak! To wygląda tak, jak powinna wyglądać klinika położnicza, która funkcjonowała tu do 1999 roku. Co tu jest teraz? Czytam tablicę wywieszoną przy wejściu: Internat „Brockenblick”. Wciąż więc są tu dzieci! Ciekawe, czy znają historię budynku, w którym mieszkają. Na razie się tego nie dowiem, bo raz, że portier jest dość srogi. Nie bardzo chce rozmawiać, w kółko powtarza, że są wakacje i że obcym wstęp wzbroniony. Złowrogo też łypie na nasze aparaty fotograficzne. Spoglądam na zegarek – czasu do odjazdu pociągu coraz mniej, stanowczo za mało by tracić go na chandryczenie się z tym stanowczym panem. Wrócimy tu, gdy będziemy mieli więcej czasu i gdy będą już dzieciaki. Ważne, że znaleźliśmy adres Brockenweg 1. Próbujemy jeszcze zajrzeć na tyły budynku – wysoki mur i siatka utrudniają ogląd, ale to co zobaczyłem w zupełności odpowiada moim wyobrażeniom miejsca, w którym matki i noworodki mogłyby zażywać spokojnego odpoczynku, nie niepokojone przez świat zewnętrzny.

 

Trzeba nam iść dalej, zwłaszcza że prócz dojścia do dworca mamy jeszcze szukać Salzbergstrasse 14. Ulicę znajdujemy niemal natychmiast, zaczyna się tam, gdzie kończy się Brockenweg. Idziemy wypatrując numerów domów. Znów, albo całkowity ich brak, albo ja nagle popadłem w numeryczną ślepotę. Każę mojemu synowi wypatrywać i alarmować w razie gdyby zobaczył JAKĄKOLWIEK CYFRĘ, prócz numerów rejestracyjnych aut. Nic. Aparatem syna pstrykam kilka kadrów budynkom, które potencjalnie mogłyby być tymi, którego szukamy. Szkoda mi filmu na to, dlatego robiłem zdjęcia są cyfrowe. Czas gonił, więc pstrykałem wszystko co popadnie, nawet jakieś nowowybudowane budynki mieszkalne. I dobrze zrobiłem, bo kiedyśmy wrócili do Polski, a ja znalazłem chwilę na wznowienie kwerendy okazało się, że przypadkiem sfotografowałem właściwy dom. Właściwy w tym sensie, że… postawiony w 2014 r. w miejscu tego któregośmy tak intensywnie szukali.  Willa przy Salzbergstrasse 14 popadała ponoć w ruinę przez ostatnie dziesięciolecia NRD i pierwszą dekadę Niemiec zjednoczonych. Popadła tak bardzo, że w 2012 roku zburzono ją dokumentnie i zaczęto budowę czegoś nowego. Tego co nieumyślnie sfotografowałem. A potem pobiegliśmy na pociąg. Nieco zziajani, ale zdążyliśmy.

 

Czemu się tak zawziąłem na wspomniane wyżej adresy? Po pierwsze z powodu pocztówki, o której wspomniałem także. Nie pamiętam już kiedy i jak trafiła w moje ręce, chyba wypadła z jakiejś książki, którą kupiłem kilka lat temu w niemieckim antykwariacie. Przez lupę wyczytałem z szyldu umieszczonego na budynku widocznym na kartce, że jest to Mutterheim, czyli taki przytułek, dom opieki nad matkami. Zaciekawiło mnie to i jakimś sposobem skojarzyło mi się z nazistowską organizacją Lebensborn E.V. założoną przez Himmlera w celu wzmacniania rasy aryjskiej. Lebensborn zachęcał członków SS to mnożenia się na potęgę i miał się troszczyć o czyste rasowo aryjskie matki i ich dzieci. Najważniejsze było dla nich to by rodziło się jak najwięcej aryjczyków. I nie ważne, czy pochodzić będą oni ze związków małżeńskich, czy pozamałżeńskich. Jeśli jakiejś pannie czy mężatce spełniającej kryteria rasowe zdarzyła się erotyczna przygoda zakończona ciążą, mogła liczyć na pomoc Lebensbornu w dyskretnym urodzeniu dziecka. A jeśli chciały, mogły takie panie zostawić dziecko do adopcji. Oczywiście do adopcji trafiały wyłącznie dzieci, które mieściły się fizycznie w kanonie aryjskości ustalonym przez „badaczy” Himmlera. Niemowlaki uznane za nie dość aryjskie trafiały do sierocińców, a te które zupełnie nie pasowały do rasowego modelu oddawano do specjalnych ośrodków. Tam miały umrzeć… Do ośrodków Lebensbornu trafiały także dzieci porwane z krajów okupowanych przez III Rzeszę, a były ich tysiące. Rzecz jasna musiały być niebieskookimi blondynami i proporcjach ciała zgodnych z oczekiwaniami himmlerowskich hodowców ludzi. Także z Polski wywieziono mnóstwo takich dzieciaków. Aż strach myśleć o ich późniejszych losach. Czytałem wystarczająco dużo opowieści o ich wojennym i powojennym życiu by nosić w sobie ślad na zawsze.

 

Przez te wszystkie lata wielokrotnie odwiedzałem Wernigerode. I nie wiedziałem, że w tym miasteczku latem 1937 r. otwarto drugi w Niemczech ośrodek Lebensbornu. Składały się na niego cztery budynki położone w cichej, willowej dzielnicy. Przy Brockenweg 1 mieścił się ośrodek położniczy (Geburtenhaus), ciut dalej, przy Brockenweg 3 umiejscowiono ośrodek dla dzieci Lebensbornu (Kinderhaus) - dziś to bardzo skryty za krzakami bzów willowy domek. Po przeciwnej stronie ulicy Brockenweg, pod numerem 4 stała willa przeznaczona dla lekarzy Lebensbornu. Dziś zmieniła się nieco numeracja domów i to co było przed wojną adresem Brockenweg 4 trzeba teraz szukać pod Humboldtweg 4. Pozostaje jeszcze kwestia budynku przy Salzbergstrasse 14, tego już nieistniejącego. Ta willa przeznaczona była dla matek (Mutterhaus), którymi opiekował się czasowo Lebensborn. Nie udało mi się jednak na razie ustalić, czy dom, który widać na mojej pocztówce był własnością Lebensbornu. Ustaliłem bowiem, że w latach 30. XX wieku dom z pocztówki był owszem Mutterheimem, ale… należącym do Kościoła ewangelickiego. Czy po dojściu do władzy i rozpanoszeniu się na dobre w połowie lat 30. naziści położyli łapę na ewangelickim ośrodku dla matek? Tego jeszcze nie wiem.

 

Jest jeszcze jedna rzecz, która sprawiła żem się zainteresował sprawą. Negatywy szklane, o których ostatnio pisałem tu: http://www.12frames.eu/apps/blog/w-efekcie-kontuzji. Kiedym je oglądał pod dobrze powiększającą lupą wypatrzyłem charakterystyczne znaczki wpięte w ciuchy sfotografowanych kobiet. Są to trójkątne plakietki z runicznym symbolem Lebensbornu, czyli źródła życia. Niestety nie udało się z negatywów odczytać, jakie dokładnie są to plakietki, bowiem charakterystyczny znak runiczny umieszczono w III Rzeszy bodajże na trzech rodzajach znaczków: Deutsches Frauenverein, NS Fraueschaft oraz Lebensborn E.V. Jeśli chodziłoby o Lebensborn, to ze względu na geograficzne pochodzenie negatywów, kobiety widoczne na nich nie mają zapewne nic wspólnego z tropionym przeze mnie ośrodkiem Lebensbornu „Harz” w Wernigerode. Raczej powinny być związane z inną placówką organizacji. Najprawdopodobniejszy wydaje się ośrodek w Połczynie Zdroju. W pobliżu był też ośrodek w Bydgoszczy, ale został on zlikwidowany w 1942 r. a zdjęcia pochodzą najprawdopodobniej z 1943 r. Co ciekawe obecnie w Połczynie Zdroju znajduje się bardzo ceniony ośrodek leczenia bezpłodności. Widocznie o tamtejszym mikroklimacie i wodach mineralnych sprzyjających prokreacji Niemcy wiedzieli już przed wojną, bo chyba nieprzypadkowo ulokowali tam swój ośrodek. Zresztą większość z nich była ulokowana w podobnych miejscach, często mających status kurortów.

 

Na koniec subiektywnie wspomnę, że dość boleśnie mi się patrzy na zdjęcia tych kobiet ze znaczkami Lebensbornu w klapach. Dzieci i panowie im towarzyszący radością również nie tryskają. Dość znamienne wydaje mi się to, że chodząc po Brockenweg, Humboldtweg i Salzbergstrasse nie znalazłem niczego co przypominałoby współczesnym smutną historię tego miejsca. Żadnej tabliczki. Nic. Widocznie nie ma się czym chwalić, a może nawet jest się czego wstydzić.

 

Jest jednak światełko w tym mrocznym nazistowskim tunelu. Dziś się dowiedziałem się, że w sierpniu 2014 r. w Wernigerode zostanie otwarta wystawa poświęcona ośrodkowi Lebensbornu „Harz”. I ponoć potrwa prawie do końca listopada! A ja mam kiesę pustą i wszystkie znaki wskazują, że nie uda mi się zobaczyć wystawy! Ma ktoś dla mnie z pięć setek na zbyciu? Takiego co by mi ufundował wyjazd na wystawę w Wernigerode chwaliłbym długo i namiętnie. Póki co, nikt się nie wyrywa.

 

Pocztówka od której wszystko się zaczęło. Mutterheim w Wernigerode. To dało się odczytać z napisu na budynku i z tego co nabazgrał ołówkiem poprzedni właściciel kartki. Nie znalazłem tego domu.

 

Pan z NSDAP, a pani z Lebensbornu. Takie mają znaczki. Skan jednego ze szklanych negatywów, o których wspominałem ostatnio.

 

I jeszcze jedna pani ze znaczkiem Lebensbornu wpiętym w klapę żakietu. Skan jednego ze szklanych negatywów, o których ostatnio wspominałem.

 

Co zastaliśmy przy Brockenweg 1 w Wernigerode? Internat „Harzblick” – widok od frontu.

 

Co zastaliśmy przy Brockenweg 1 w Wernigerode? Internat „Harzblick” – widok od tyłu na zaciszny ogród skryty za murem.

 

Dawna willa lekarzy Lebensbornu przy Humboldtweg 4, kiedyś Brockenweg 4.

 

To co widać na fotografii postawiono na miejscu dawnego budynku Lebensbornu przy Salzbergstrasse 14 w Wernigerode.

 

Dwie wieże

Dziś wyjąłem z procesora drugą partię slajdów. Z tego procesora co to go niedawno nabyłem i testowałem: To co do niego trafiło było miksem przeterminowanych od dwóch do pięciu lat Astii, Provii i Velvii. Fotografowanie na tak przeterminowanych diapozytywach niesie za sobą ryzyko niespodzianek kolorystycznych. Z drugiej strony, jak się dostało spory karton takich filmów, to przecież żal wyrzucać. Wciąż więc na nich robię zdjęcia. Zwykle są to powielenia ujęć, które zapisuję na pełnowartościowych materiałach światłoczułych, niekoniecznie slajdach. Tak też było na naszej majówce w Harcu. W Mamiyi 6 MF miałem przeterminowane diapozytywy, a w Nikonie negatywy barwne i czarno-białe. Małych obrazków z Nikona jeszcze nie wywołałem (czas, czas, czas), a średnioformatowe slajdy owszem. Zatem je właśnie pokazuję niżej.

 

Fotografowane było na odcinku kilkunastokilometrowego przemarszu w pobliżu Kwedlinburga. Tyle razy byłem już w tym mieście, że dawno powinienem odbyć tę wędrówkę. Wciąż jednak było coś ważniejszego do zobaczenia. Tym razem zawziąłem się, że wreszcie odwiedzimy przynajmniej dwie wieże. Dwie z sześciu, które wciąż stoją. A na początku było ich jedenaście. Zaczęto je budować wokół Kwedlinburga w XIII-XIV wieku, w odległości kilku kilometrów od niego. Taki średniowieczny system strażniczo-ostrzegawczy. Nim wróg dotarłby do miasta zostałoby ono ostrzeżone przez wieżowych wartowników. Ich zadaniem było także strzeżenie szlaków handlowych i wypasanych pod miastem stad zwierząt hodowlanych. A było to naprawdę potrzebne, bo ówczesna Rzesza była zlepkiem setek państewek feudalnych, których każde podzielone było na kolejne setki ziemskich posiadłości. A na każdej z nich nawet pomniejszy graf czuł się panem nad panami. Władza centralna długo nie była na tyle silna by zapobiegać lokalnym wojenkom toczonym co i rusz między nimi. Często też i władzę centralną, czytaj koronę cesarską toczyły się zażarte wojny domowe. Także w okolicach Kwedlinburga toczono boje, zarówno te o koronę, jaki lokalne wojenki feudalne. By się przekonać o ich intensywności wystarczy tylko zerknąć w miejskie kroniki by się przekonać jak niespokojne to były czasy w tej okolicy. Poniżej w dużym skrócie zapisy odzwierciedlające w jakimś stopniu sytuację:

 

1137-1138         Walki między Welfami I Staufami w czasie których Albrecht Niedźwiedź (tak, tak, ten sam - założyciel Berlina) zajął Kwedlinburg, a następnie został z niego wyparty.

1208     Wojska Staufów zebrały się pod Kwedlinburgiem przeciwko  Ottona IV, lecz na wieść o zamordowaniu króla Filipa Szwabskiego przeszły na stronę Welfów. Dowódca wojsk Cäsarius uczynił Kwedlinburg ich twierdzą.

1213     Cesarz Fryderyk II bezskutecznie oblegał Kwedlinburg.

1218     Cesarz Otto IV nakazał w swoim testamencie by jego wojska obsadzające kwedlinburski zamek zburzyły, a ruiny przekazały ksieni Sophie von Brena. Wola władcy nie została uszanowana, gdyż ksieni namówiła Cäsariusa na pozostawienie zamku, a jego samego uczyniła wójtem sprawującym opiekę świecką nad dobrami jej klasztoru.

1224     Graf Hoyer von Falkenstein splądrował Kwedlinburg i zniszczył zamkowe fortyfikacje. Ksieni Sophie von Brena została zmuszona do przekazania w jego ręce wójtostwa. Wymuszono na niej także zgodę na budowę umocnień wokół miasta, co zapoczątkowało proces uniezależniania się od władz klasztornych.

1273     Wójtostwo kwedlinburskie przeszło w ręce grafów z Regensteinu, a dokładniej linii rodowej władającej Heimburgiem.

1312     Halbersztadzki biskup Gerhard włączył się w spór między ksienią z Kwedlinburga Juttą, a grafem Ulrichem z Regensteinu. Spór dotyczył ziem w rejonie Marsleve.

1325     Kolejny biskup halbersztadzki Albrecht II rozpoczął wojnę z grafem z Regensteinu. Walki toczyły się w okolicach Kwedlinburga. Po rozbiciu oddziału pod Guntekenburgiem zawarto porozumienie w klasztorze franciszkańskim w Grashofe.

1326     Zawarto przymierze polityczno-militarne miedzy trzema miastami: Kwedlinburgiem, Halbersztadtem i Aschersleben. Związek przetrwał półtorej wieku.

1335-1337         Druga wojna między biskupem Albrechtem II a grafami z Regensteinu. W jej trakcie poważnie uszkodzony został klasztor Wiperta w Kwedlinburgu. Jego wież używały wojska grafów podczas walk ze sprzymierzonymi z biskupem kwedlinburczykami. Grafowie dostali się do kwedlinburskiej niewoli.

1337     Grafowie z Regensteinu po porażce musieli wyremontować klasztor Wiperta, w tym odbudować zniszczone wieże. Bardzo prawdopodobnie, że wtedy także wybudowano, za pieniądze Regensteinów cztery wieże strażnicze pod Kwedlinburgiem. Powstały wówczas m.in. kamienna czworokątna Seweckenwarte. Usadowiono ją na wzniesieniu górującym nad Gersdorfer Burgiem,  jednym z zamków należących do Regensteinów.

1347     Kwedlinburskie oddziały wsparły biskupa Albrechta II z Halbersztadtu podczas walk o  Erichsburg.

1351     Biskup Albrecht II uważający się za zwierzchnika I opiekuna Kwedlinburga wystawił dokument w którym zezwolił kwedlinburczykom odnawianie już zbudowanych i budowę nowych umocnień polowych „gdzie i kiedy tylko zechcą”.

1357-1366         Trzy spory między Kwedlinburgiem a Brunszwikiem (1357, 1359, 1366).

1366     Kwedlinburczycy wzięli udział w zbrojnej wystawie przeciw Ludwikowi z Knesebeck. W jej trakcie zdobyto Dumburg.

1377     Zakończenie sporu kwedlinburczyków z Heinrichem i Kerstenem Bottenerami.

1384     Przystąpienie Kwedlinburga do związku miast dolnosaskich. Jego celem było zapewnienie pokoju i bezpieczeństwa w regionie.

1390     Zakończenie dwóch sporów Kwedlinburga – z Konradem Morem, a kilka miesięcy później z Albrechtem von Stutternheim.

1399     Zakończenie sporu Kwedlinburga z rycerzem Fritzem von Ruxleben.

1409     Waśń między kwedlinburską kolegiatą, miastem a Heinrichem Beckerem.

1425     Udzielenie pomocy przez kwedlinburczyków biskupowi z Halbersztadt przy tłumieniu powstania w jego dobrach.

1430     Zakończenie waśni między Kwedlinburgiem a Dietrichem Rode z Werben.

1431-1435         Kwedlinburg wsparł mieszczan magdeburskich w walce przeciw arcybiskupowi magdeburskiemu Güntherowi.

1437     Kwedlinburczycy wsparli biskupa halbersztadzkiego Burcharda III w jego sporze z grafem von Hohenstein. Dzięki tej pomocy biskup wyszedł z poważnych opresji.

1461     Rada miejska Kwedlinburga wyznacza kwotę niuezbędą do stałego utrzymania w  wieży strażniczej Bicklingswarte jednego wartownika.

1462     Kwedlinburczycy weszli w spór z księciem Fryderykiem Młodszym z Brunszwiku. Przedmiot sporu rozpatrywano podczas zjazdu książąt w maju 1467 r.

1462     Dostarczono kafle na nowy piec w wieży strażniczej Bicklingswarte.

1477     Rewolta w Kwedlinburgu, w czasie której mieszczanie zaatakowali klasztor. W odpowiedzi miasto zostało zajęte i splądrowane przez wojska książąt Saksonii, braci ksieni kwedlinburskiego klasztoru. Mieszczanie zostali zmuszeni do bezwarunkowego podporządkowania się i rezygnacji z posiadanych przywilejów. Bez zgody ksieni nie mieli więcej zawierać sojuszy. Nie mogli też remontować ani budować żadnych umocnień.

 I tak dalej, i temu podobne. Wybór faktografii historycznej za: http://www.wartenverein.de/

 

Nasza wędrówka przez kwedlinburską historię zaczęliśmy autobusem spod dworca kolejowego. Dowiózł nas do podmiejskiego osiedla Quarmbeck. Paskudne wielkopłytowe socjalistyczne bloki z czasów NRD udaje się mieszkańcom skutecznie ukrywać w zieleni. Po Quarmbeck tym razem nie łaziliśmy, bo droga przed nami była dość długa, a pogoda zapowiadała się nader słoneczna. Kiedyś tam jednak wrócimy, bowiem i to miejsce ma swoją historię. Wystarczy wspomnieć, że po raz pierwszy wzmiankowano jego nazwę (w formie Quernbetsi) w dokumentach w I połowie X wieku!

 

Po opuszczeniu Quarmbeck droga wiodła nas stale na wschód. Wyglądała na zwykłą polną dróżkę, w istocie jednak był to stary, sięgający średniowiecza szlak handlowy. Ze względu na główny surowiec jaki tą drogą wówczas przewożono, nazwano ją Kohlweg – Drogą węglową. Do pierwszej z wież, Bicklingswarte, musieliśmy pokonać kilka kilometrów. Spacerowaliśmy bez pośpiechu wśród starych drzew owocowych, którymi obsadzono drogę. Wiele z nich było martwych. Ich suche, powykrzywiane konary i pogryzione przez robactwo pnie dodawały pejzażowi widowiskowości. Na szczęście Niemcy nie zaniedbali także dosadzania nowych drzewek w miejsce tych ginących. Dzięki temu mogliśmy się cieszyć widokiem kwiatów i ich zapachem. Aromaty kwiatów przydrożnych drzew  i krzewów mieszały się z intensywną wonią rzepakowych pól. Mogło się od tego zakręcić w głowie.

 

No i jeszcze dźwięki. Przede wszystkim cisza. Bo wszystkie drogi dla zmotoryzowanych dość szybko pozostawiliśmy za plecami. Cisza zatem. Kiedyśmy się już trochę z nią oswoili usłyszeliśmy dźwięki. Najpierw pszczoły, osy i Bóg wie co jeszcze. Były ich chyba zyliardy pośród wszystkich tych kwiatów. Wszechobecne bzyczenie w rozmaitych tonacjach. Potem usłyszeliśmy ptaki. Nie skowronki bynajmniej. Wiem to nie dlatego, że jestem znawca ptasich treli, ale dlatego, że zobaczyliśmy ptaki. Duże masywne drapieżniki i brązowawym upierzeniu. Jeden przez chwilę siedział na wyschniętej gałęzi, by po chwili, gdyśmy się już zbliżyli, majestatycznie polecieć ku innemu drzewu. Drugi kołował nad polami i pokrzykiwał od czasu do czasu. Podczas wędrówek w kolejne dni majowego pobytu w Harcu widzieliśmy w różnych miejscach kilkanaście podobnych ptaków. Piękne były.

 

Tak się przyjemnie szło, że nawet specjalnie rozmawiać się nam nie chciało. Pogadaliśmy chwilę dopiero kiedy zza drzew wyłoniła się pierwsza z wież, Bicklingswarte. Zbudowana z kamieni na planie koła miała wysokość kilkunastu metrów. Wspięliśmy się oczywiście na nią po kręconych schodach i przez kwadransik podziwialiśmy rozległe widoki. A potem znowu marsz. Ścieżka, drzewa, pejzaże, kwiaty, zapachy, dźwięki.

 

Następny postój zrobiliśmy po kolejnych kilometrach, kiedy dotarliśmy do pozostałości po wspomnianym w kalendarium historycznym (patrz wyżej) zamku Gersdorfer Burg. Obecnie wszystkie zabudowania związane z tą niegdysiejszą posiadłością Regensteinów są własnością prywatną, o czym informują tablice wywieszone na murach. Nikt jednak nie czynił nam żadnych wyrzutów gdyśmy na chwilę wleźli na podwórze. Dziś posiadłość grafów jest siedzibą firmy rolniczej i chyba też budowlanej.

 

Z Gersdorfer Burg do drugiej wieży trzeba było maszerować ciut pod górę, bo tak jak napisano w kalendarium historycznym Seweckenwarte górowała nad zamkiem. Kiedyśmy dotarli w jej rejon i zerknęliśmy w dół zrozumieliśmy, że na budowę wieży kontrolującej posiadłość wojowniczych grafów wybrano najlepsze z możliwych miejsce. Ze szczytu wieży widać było nie tylko Gersdorfer Burg, ale również wcześniej przez nas odwiedzoną Bicklingswarte oraz kościelne i klasztorne wieże Kwedlinburga. Faktycznie dobry system strażniczo-obserwacyjny zbudowali sobie w średniowieczu kwedlinburczycy. By się  o tym przekonać wystarczyło nam odwiedzić Bicklingswarte i Seweckenwarte.

 

Dwie wieże.

W drodze do Bicklingswarte. Fotografowane Mamiyą 6 MF na przeterminowanym slajdzie Astia. Wywołane zestawem czterokąpielowym Tetenala w procesorze Jobo CPE 2. Skanowane na Epsonie V700

 

W drodze do Bicklingswarte. Fotografowane Mamiyą 6 MF na przeterminowanym slajdzie Provia. Wywołane zestawem czterokąpielowym Tetenala w procesorze Jobo CPE 2. Skanowane na Epsonie V700

 

W drodze do Bicklingswarte. Fotografowane Mamiyą 6 MF na przeterminowanym slajdzie Provia. Wywołane zestawem czterokąpielowym Tetenala w procesorze Jobo CPE 2. Skanowane na Epsonie V700

 

Bicklingswarte widziana od wschodu. Fotografowane Mamiyą 6 MF na przeterminowanym slajdzie Provia. Wywołane zestawem czterokąpielowym Tetenala w procesorze Jobo CPE 2. Skanowane na Epsonie V700

 

Widok na Gersdorfer Burg z rejonu Seweckenwarte. Fotografowane Mamiyą 6 MF na przeterminowanym slajdzie Astia. Wywołane zestawem czterokąpielowym Tetenala w procesorze Jobo CPE 2. Skanowane na Epsonie V700

 

Widok na Seweckenwarte od wschodu. Fotografowane Mamiyą 6 MF na przeterminowanym slajdzie Velvia 50. Wywołane zestawem czterokąpielowym Tetenala w procesorze Jobo CPE 2. Skanowane na Epsonie V700

 

Widok na Kwedlinburg w marszu od Seweckenwarte. W oddali widoczne wieże kwedlinburskich kościołów oraz kolegiata na Wzgórzu Zamkowym. Fotografowane Mamiyą 6 MF na przeterminowanym slajdzie Astia. Wywołane zestawem czterokąpielowym Tetenala w procesorze Jobo CPE 2. Skanowane na Epsonie V700

 

 

Negatywnie

Przyleciał do mnie syn z sensacją – tato, tato, słyszałeś, że do konkursu fotograficznego ogłoszonego przez Nikona nie można zgłaszać zdjęć zrobionych na filmie?! Pewnie, że słyszałem. I to już rok temu. Nie żebym planował wysyłanie fotografii na Nikon Photo Contest, za wysokie progi, ale trudno było nie słyszeć, jeśli się choć trochę fotografią interesuje. Syn oczywiście dociekał skąd taki pomysł Nikona. A dociekał, bo widzi ojca dość często w towarzystwie fotograficznych filmów, a w towarzystwie cyfrówki raczej rzadko. Żeby mu odpowiedzieć sam musiałem się zastanowić. No i po zastanowieniu trzeba się było przyznać, że motywacja organizatorów wspomnianego konkursu jest dla mnie zupełnie niezrozumiała.

 

Jedyna myśl jaka mnie naszła na chwilę – marketing. No ale jakiż  chytry plan marketingowy miałby się kryć za pomysłem niedopuszczania do konkursu zdjęć wykonanych na filmie?! Owszem, Nikon już nie produkuje aparatów tradycyjnych, jak mniemam. Noo może jeszcze jakieś tam pojedyncze sztuki Nikona F6 klepią, ale żeby coś więcej? Co to, to nie! Ale przecież inni główni konkurenci w branży też pokazali plecy tym, którzy jeszcze fotografują na filmach. Nie chodzi więc raczej o wyeliminowanie wszystkich tych, którzy mogliby zebrać trofea fotografując, co nie daj Bóg, Canonami, Pentaxami, Olympusami.

 

Jaki właściwie jest cel takiego konkursu? Krzewienie zainteresowania fotografią? Hmm, może kiedyś. Sądzę, że nadrzędne jest możliwie jak najszersze propagowanie marki Nikon. I nic w tym złego. Organizują konkurs, fundują nagrody, to niech i nazwa firmy przewija się wszędzie. Wierzę, że dla firmy byłoby dobrze, by organizowany przez nią konkurs miał jakiś prestiż. A co go buduje? Wartościowe jury i napływ możliwie najlepszych zdjęć. Czy odrzucanie fotografii zrobionych na negatywach, czy slajdach przyczyni się do znaczącego, jakiegokolwiek, wzrostu jakości posyłanych na konkurs zdjęć? Wątpię. Bardzo wątpię.

 

Dziwacznym wydaje mi się w ogóle dzielenie fotografii, na potrzeby konkursów, na cyfrową i tradycyjną (analogową). Idąc za filmowym klasykiem dzielącym ludzi na mądrych i głupich, rozsądnym jest chyba zdjęć na dobre i słabe, ciekawe i nudne, poruszające i banalne. A medium na jakim zapisano nie ma większego znaczenia. To, że sam najchętniej fotografuję na materiałach srebrowych, wcale nie znaczy, że uważam je za najlepsze. Jeśli już, to najlepsze dla mnie. Zdecydowanie bardziej podobają mi się zdjęcia cyfrowe Sebastiao Salgado z jego ostatniego albumu, niż marne fotki zrobione na średnioformatowym Trixie, a nawet naświetlone bez pomysłu wielkoformatowe płyty kolodionowe. Nota bene o albumie Genesis Salgado było tu:  https://wczorajszefotografie.wordpress.com/2013/05/05/fotograficzna-opowiesc-o-swiecie-ktoren-nas-nie-potrzebuje-a-pozwala-byc/

 

A może, ktoś z czytelników ma pomysł dlaczego Nikon w organizowanym przez siebie konkursie ogłosił:

 

negatyw – nie!

 

 

Negatyw nie? Ja tam go bardzo lubię, a i mój syn, jak widać, też się go nie obawia. 

 

 

Mój pierwszy raz... po raz czwarty

Po mało przyjemnych przygodach z fotograficznymi laboratoriami wywołującymi moje negatywy barwne, odgrażałem się, że w końcu się zdenerwuję i kupię sobie jakiś mały procesorek i sam zacznę wywoływać w procesie C-41. Wspominałem o tym tu: http://www.12frames.eu/apps/blog/dość-tego-drapichrusty

 

No i kupiłem. Stary dość, lecz wciąż w pełni sił, procesor Jobo CPE2. Prócz przygód z filmami porysowanymi przez maszyny przeciągowe pchnęła mnie do tego kroku również pogarszająca się ciągle jakość diapozytywów, które wysyłałem do wywołania na kilka krańców Polski. Kiedy raz, drugi i trzeci dostałem slajdy niedowołane, lub z paskudną purpurową dominantą, prawie się rozpłakałem. I to nie z powodu straty pieniędzy na filmy i ich wywołanie, a bardziej z powodu utraconych (w jakiejś części) zdjęć. Nie żeby to były zaraz jakieś Lindberghi czy Adamsy, ale i zwykłych pamiątkowych landszaftów żal. Zwłaszcza, że Bóg raczy wiedzieć, kiedy, lub czy w ogóle, dane mi będzie raz jeszcze odwiedzić uwiecznione na slajdach miejsca.

 

Procesor przyjechał w najlepszym z możliwych momencie. Po pierwsze dlatego, że właśnie wtedy z powodu kontuzji (o niej tu: http://www.12frames.eu/apps/blog/w-efekcie-kontuzji) siedziałem trzy tygodnie w chałupie. A po drugie dlatego, że nazbierało mi się przez ostatnie miesiące jakieś 12 rolek slajdów czekających cierpliwie na wywołanie. W sam raz tyle by zużyć litr czteroroztworowego zestawu chemikaliów Tetenala do procesu E6. Przybyłą kurierem maszynerię natychmiast odpakowałem, doczyściłem, zalałem wodą, sprawdziłem działanie termostatu i obrotów silnika. Procesor działał jak szwajcarski zegarek.

 

Slajdy wywoływałem już kiedyś, ale kiedy to było, i co to było za wywoływanie? Szkoda gadać! Pierwszy raz zaliczyłem w ciemni zielonogórskiego Domu Harcerza, w roku bodajże 1988. A były to enerdowskie Orwochromy UT, na których zapisałem wiewiórki jakieś, muchomorki i inne żwirki. Wyszły elegancko, ale tylko dlatego, że czasów i temperatur pilnował mi instruktor. Pozostałe razy liczą się jeszcze mniej, bo cała moja aktywność ograniczyła się do umieszczenia filmów maszynie, która wszystko zrobiła sama, a w końcu głośnym popiskiwaniem wezwała mnie do odbioru „dzieła”. I z takim właśnie „doświadczeniem” przystępowałem do wywoływania slajdów.

 

Stresu trochę było, bo to wiadomo, diapozytywy to nie to samo co czarno-białe negatywy, przy których pewna niechlujność pomiaru czasu, czy utrzymywania właściwej temperatury nie powodują dramatycznych zmian w obrazie. Slajdy wymagają utrzymywania temperatury z dokładnością do 0,3 stopnia. Po przebrnięciu przez pierwszy wywoływacz, wywoływacz barwny, wybielacz utrwalający, stabilizator, oraz przedzielające je kąpiele płuczące wyjąłem z koreksu pierwszy film. Okazał się być dość mocno niedowołany. Zatem od nowa – druga rolka. Już lepiej, ale i ten film był trochę niedowołany. Przy trzecim odetchnąłem z ulgą – udało się! Przy kolejnych też było lepiej niż gorzej. A z całą pewnością filmy wyglądały lepiej niż te, które wracały do mnie po wywołaniu od „fachowców”.

 

Wszystkimi wywołanymi tego dnia filmami były przeterminowane o trzy lata Astie, a naświetlałem je Mamiyą 6 MF bez mierzenia światła zewnętrznym światłomierzem. Zdjęcia zrobiłem w Niedzielę Palmową podczas „próby” wejherowskiego misterium pasyjnego. Z tego samego misterium zamieszczałem już czarno-białe fotografie tu:http://www.12frames.eu/apps/blog/choć-data-nie-ta-miejsce-właściwe.  

 

Skanując slajdy na potrzeby notesika kolejny raz przekonałem się jak bardzo  nie lubię tej czynności. I jeszcze, jak bardzo różni się to co widzę przez lupę na podświetlarce, od tego co wychodzi ze skanera. Może to kwestia braku umiejętności, a może używania płaskiego skanera. Nie planuję jednak ani dodatkowej nauki, ani zakupu czegoś lepszego do skanowania. Wolę załadować slajdy do magazynka, odpalić wieczorem projektor, otworzyć butelczynę i siedzieć sobie z żoną do późna. Czego i wam życzę.

 

 

 

Nowy nabytek w ciemni – procesor Jobo CPE 2

 

 

 

 

Film Fujichrome Astia 100F; fotografowano Mamiyą 6MF; skanowano Epsonem V 700

 

W efekcie kontuzji

Dowiedziałem się niedawno, że w każdej z moich okazałych łydek tkwi mięsień brzuchaty. Wolałbym się jednak nie dowiedzieć, bowiem tajemnice poznałem w najgorszy z możliwych sposobów, czyli przez kontuzję. Dziwnie to wygląda słowo „kontuzja” na moim monitorku, zwłaszcza w odniesieniu do mnie. Przecież kontuzje dotykają sportowców, może strażaków, w ostateczności księcia Pepi podczas wyprawy na Moskwę, a nie gości, którzy sport omijają dużym łukiem, a jeszcze większym wojenne wyprawy do Rosji. A jednak, tym razem rzeczywiście to ja doznałem kontuzji. „Naderwanie mięśnia brzuchatego łydki lewej”, tak napisano w wypisie ze szpitalnej izby przyjęć.

Jak trafiłem do szpitala? Właściwie nie pamiętam. I nie chcę sobie przypominać! Wystarczy, że mimo upływu kilku tygodni wciąż pamiętam ten ból. I jestem pewien, że będę go pamiętał jeszcze dłuuugo. A wydawało mi się, że doświadczenia z bólem mam już na tyle zaawansowane, by nie być niczym zaskoczonym. Rwa kulszowa bardzo była dotkliwa, gorsze jednak było wbicie metalowego wióra w oko, a potem jego wyciąganie. Te dwa rodzaje cierpienia przyćmił jednak ból towarzyszący wysikiwaniu szczawianowego kamienia nerkowego. Sporego i kolczastego jak mina morska z zapalnikami kontaktowymi. Nie, był bardziej kolczasty, przypominał zielonego wiosennego kasztana. Tyle napiszę, że naderwanie mięśnia bolało znacznie intensywniej.

Nazajutrz zostałem sam na sam ze zwolnieniem lekarskim na dwa tygodnie, paczką pigułek przeciwbólowych, przeciwzakrzepową, parą nierównych kul i zaleceniem oszczędzania nogi. Po trzech dniach w tym doborowym towarzystwie uznałem, że trzeba odwrócić uwagę głowy od bólu i zająć się czymś co naprawdę lubię. Fotografią oczywiście.

Leżenie w domu to niezła okazja by odrobić różne zaległości - a to w spaniu, a to w lekturze, a to w konserwacji i archiwizowaniu zbiorów. No bo przecież wiadomo, że zbieram wszystko, co mi w ręce wpadnie. A stare zdjęcia i negatywy zacząłem zbierać w wieku 14 lat. Impulsem inicjującym było wykopanie na naszym wiejskim podwórku mocno pordzewiałej metalowej skrzyneczki zawierającej trzy naramienne opaski ze swastykami i, co bardziej interesujące, kilkadziesiąt listków celuloidowej kliszy formatu 6x7 cm. Coś tam było na nich widać mimo, że były zawilgocone, posklejane i kruszyły się pod palcami. Miałem je dwa lata. Przepadły podczas wakacji. Wyjechałem, a Babcia urządziła w czasie mojej nieobecności remont generalny mojego pokoju. Miała być niespodzianka. No i była. Pokłóciliśmy się wtedy mocno, bo moje znalezione skarby zniknęły. Podczas sprzątania? A może malarze sobie wzięli, bo przecież starowinka nie stała nad nimi cały czas. A może malowanie było dla Babci tylko pretekstem by pozbyć się z domu rzeczy, które przypominały jej bolesną przeszłość. Widziałem przecież jak nie lubiła wszystkiego co jakoś łączyło się z wojną. A tu te opaski. Wtedy o tym nie myślałem. Dopiero później…

Później miałem lat osiemnaście i z kilkoma kolegami wyruszyliśmy na niespieszną wakacyjną podróż kolejową z naszej lubuskiej wsi nad Bałtyk w rejon Gdańska. Wysiadaliśmy z pociągów przy rozmaitych miasteczkach, rozbijaliśmy namioty i szliśmy zwiedzać okolicę. Tak trafiliśmy na leśny kemping gdzieś między Gnieznem a Janikowem. Spędziliśmy tam kilka dni. Zwiedzaliśmy zabytki, a wieczorami chłopaki szli nad jezioro i podryw. Ja zaś, jako kiepski pływak i jeszcze gorszy podrywacz łaziłem po lasach. Co i rusz trafiałem na sterty śmieci. Szczęśliwie Polska jeszcze wtedy nie opływała w bogactwa konsumpcyjnego świata, więc i w znajdowanych przeze mnie śmieciach daremnie byłoby szukać zużytych pampersów, plastikowych butelek, kłębów reklamówek. W leśnych kopcach dominował gruz, mocno zardzewiałe blachy, kuchenne fajerki, potłuczone szyby i kafle piecowe. Zatrzymywałem się czasem przy takich stertach, gapiłem się, czasem coś kopnąłem.

Kiedy zobaczyłem skorupy potłuczonych jasnobrązowych ceramicznych butelek i pożółkłe, ponadzierane naklejki zadrukowane gotyckimi czcionkami wiedziałem już, że to będą fajne śmieci. Owszem, były też zrobione z grubej folii, paskudne wory po jakimś Superfosfacie, ale między nimi znalazłem też nieduży, ale ciężkawy kartonik z mocno rozmokłej tektury opatrzonej napisem: KARTONIKI NA ZAPROSZENIA 100 SZTUK CENA PUDEŁKA ZŁ 8. I dalej stało już mniejszą czcionką: KRAKOWSKIE ZAKŁADY WYROBÓW PAPIERNICZYCH i Materiałów Biurowych. Zamiast dość banalnej zawartości opisanej na wieczku znalazłem szesnaście szklanych negatywów formatu 10x15 cm. Trzy z nich były zniszczone – jeden pokruszony na drobne kawałki, a w dwóch złuszczyła się spęczniała, mokra emulsja fotograficzna. Reszta przetrwała w stanie, jeśli uwzględnić okoliczności przyrody i czasu, doskonałym.

Po powrocie z wakacji szklane negatywy zostały odkurzone i skopiowane stykowo w domowej ciemni na papier fotograficzny. Moim oczom ukazały się rodzinne portrety i inne okolicznościowe obrazki z czasów II wojny światowej. Znów niemieckie! Tym razem dobrze je schowałem przed Babcią, a wyjeżdżając na studia zabrałem ze sobą. I jakoś przetrwały te wszystkie lata i kilkanaście przeprowadzek. Wreszcie w zeszłym tygodniu znów wziąłem je do ręki. Należało im się już trochę uwagi. Znów trzeba było je porządnie odkurzyć, potem delikatnie wykąpać, a potem załatwić roztworem formaliny grzyby rozwijające się w żelatynowym oblewie. Z moją okulałą nogą zajęło mi to, razem z suszeniem, dwa dni. Przed zapakowaniem w nowiutkie pergaminowe koszulki negatywy trafiły na skanera taflę gładką. Po pierwsze po to, by zdigitalizowaniem zwiększyć szansę obrazów na przetrwanie kolejnych dziesięcioleci. A po drugie, po to, by kilka z nich wam pokazać.

Widać, że fotograf nie był mistrzem świata. Czasem ustawił oświetlenie dość niestarannie i pojawia się tu i ówdzie parę niepotrzebnych cieni. Na innym zdjęciu głębia ostrości ciut za płytka wyszła i tylko jedna osoba jest w pełni ostra, albo nawet tylko jakaś jej część. I to wcale nie twarz. Mimo to, fotografie mają swój urok. Choć przecież doskonale wiem, że zdjęcia ukazują Niemców. No ja wiem, że to smutny czas II wojny światowej, gdzieś około 1943 roku. No ja domyślam się, że te zdjęcia zrobiono w jakimś wielkopolskim miasteczku, z którego wcześniej deportowano poprzednich mieszkańców – kto wie, czy nie w samym Gnieźnie. I ja widzę, że faceci to albo we wraży mundur wbici, albo przynajmniej paskudny partyjny znaczek w klapie dumnie prezentują. Mimo to, chciałbym poznać ich losy. Niestety nie mam czasu na przeprowadzenie porządnego dochodzenia, na poszukiwania, szperanie w bibliotekach i archiwach. Postaci ze zdjęć pozostaną więc anonimowe. Anonimowa będzie rodzina żołnierza Luftwaffe, chyba, że za nazwisko uznam słowo „Stahl” naniesione tuszem retuszerskim na krawędzi zdjęcia. Anonimowe będą dzieci, anonimowa zostanie siostra z Czerwonego Krzyża i dziewczęta z Kraft durch Freude. Nieznany pozostanie też fotograf. Nie poznam kolei ich życia.

Znam za to dobrze, choć nie wiadomo po co, życiorys człowieka z portretu wiszącego na jednym ze zdjęć. Rozpoznajemy go wszyscy bez pudła. Tego grubawego mężczyznę w pajacowato-operetkowym mundurze, z marszałkowską buławą w dłoni i kabotyńską miną na twarzy. Rozpoznajemy go, choć raczej wolelibyśmy nigdy o nim nie słyszeć.

 

Prócz szklanych negatywów ocaliłem też wieczko kartonika w którm były skryte pośród leśnych śmieci.

 

 

 

 

Siostra z Niemieckiego Czerwonego Krzyża. Sfotografowana zapewne gdzieś w rejonie Gniezna, prawdopodobnie w 1943 r.

 

 

 

Niemiecka rodzina sfotografowana gdzieś w rejonie Gniezna, prawdopodobnie w 1943 r. U pana w klapie nazistowski znaczek. A wszyscy  jacyś tacy nieszczęśliwi, że żal patrzyć.

 

 

 

Czyje to dzieci? Niemieckiej rodziny Zelmów? Takie nazwisko (?) udało się odczytać na brzegu fotografii. Gdzie uśmiechy, tak charakterystyczne dla dzieci wszystkich epok i szerokości geograficznych? Fotograf niewystarczająco przymknął obiektyw, stąd najstarsze dziecko jest już lekko poza płaszczyzną ostrości. Może światła było za mało w atelier by można było zwiększyć przysłonę? Fotografia wykonana zapewne w okolicach Gniezna, prawdopodobnie w 1943 r.

 

 

 

Niemiecka rodzina, być może Stahlów, bo taki napis widnieje na krawędzi obrazka. Sfotografowana prawdopodobnie w rejonie Gniezna, chyba w 1943 r. Jak widać meble w atelier fotograficznym są już nieco sfatygowane. I tak jak w poprzednich zdjęciach, uśmiech jest tu niemal nieobecny, ledwie zasygnalizowany przez mundurowego i jego żonę.

 

 

 

Sądząc po plakacie wiszącym na ścianie i wystroju sali można się domyślać, że to jakiś lokal związany z organizacją Kraft duch Freude. A dziewczęta są chyba częścią personelu lokalowego. Może kelnerkami w sali ślubnej KdF? Po treści obwieszczeń i zapowiedzi wiszących na ścianie można domniemywać, że scenkę sfotografowano w rejonie Gniezna, zdaje się w 1943 r. No i jeszcze ten portret grubego marszałka Rzeszy.

 

 


 


 

Zaangażowanie w świetle gwiazd

Syn oddala mi się od fotografii. Coraz rzadziej sięga po aparaty. I ja to nawet rozumiem – dorasta. W jego wieku odchodzenie od zainteresowań nabytych przez obserwację i przebywanie z rodzicami jest chyba czymś naturalnym. Szukanie własnych dróg. Druga sprawa, że świat mu pomaga w tym oddalaniu od fotografii. Fotografia wymaga, moim zdaniem, i czasu i spokojnej głowy, zaś poziom zaangażowania syna w szkolne obowiązki stanowczo odbiera mu jedno i drugie.

 

Od czasu do czasu mobilizuje się jednak moja latorośl. Przełamuje zmęczenie, zbiera się w sobie i coś robi. Doceniam to, bo widzę ile go to kosztuje. Każdego dnia wraca ze szkoły najwcześniej o 15.00, zwykle jednak po 16.00, a bywa, że po 17.00. Zjada obiad, chwilę z nami rozmawia i zmyka do pokoju by odrabiać lekcje (koszmarne ilości zadań) i przygotowuje się do sprawdzianów, kartkówek, powtórek, próbnych egzaminów gimnazjalnych. Rzadko kładzie się spać przed 22.00, zwykle robi to nieco przed 24.00. A rano pobudka o 6.35. I tak codziennie. Nauki odpuścić sobie nie umie, choć nie pilimy go o średnią ocen. Do tego dochodzą sobotnie zajęcia przygotowujące do egzaminu FCE. Ja bym chyba nie dał rady za długo żyć w takim trybie. Tym większe jest moje uznanie dla mojego dzieciaka w chwilach gdy próbuje robić coś jeszcze.

 

Ostatnio przyniósł kartkę zachęcającą do udziału w konkursie fotograficznym organizowanym przez nasze Centrum Kultury, temat: „W świetle gwiazd”. – Myślisz, że nada się któreś ze zdjęć, które robiłem przy okazji nocnych spacerów? – spytał. Jako, że czasu za wiele nie było do zamknięcia konkursu zasiedliśmy przy komputerze by przyglądać fotograficzny urobek syna z ostatnich dwóch lat. Szybko znaleźliśmy foldery z nocnymi ujęciami. Przeglądając je razem wybraliśmy jakieś dziesięć ujęć, które nadawały się do pokazania. Potem musiałem zająć się swoimi sprawami, zostawiłem więc syna z komputerem i wyborem do dokonania. Wychodząc poprosiłem by zastanowił się i wybrał trzy do pięciu zdjęć, które potem mieliśmy wydrukować i posłać na konkurs.

 

Po godzinie, gdy wróciłem, wybór był dokonany. Sam chyba wskazałbym te same zdjęcia. Na cztery ręce dokonaliśmy edycji – kadrowanie, globalna korekcja barw, poziomów i kontrastu. Wyszło całkiem przyzwoicie, możnaby jeszcze zmagać się z korektą balansu bieli, bo większość zdjęć była robiona na automatycznym ustawieniu balansu, a w kadrach znalazły się źródła światła o bardzo różnych temperaturach. Odpuściliśmy sobie, była już noc, trzeba się zbierać do spania. Wrzuciłem więc pliki na drukarkę, a Krzyś w tym czasie wypisywał formularz zgłoszeniowy do konkursu. Potem jeszcze sztywne kartonowe opakowanie i… można spać. Godzina 0.40.

Po trzech tygodniach od zgłoszenia przez syna zdjęć do konkursu zadzwonili organizatorzy. Z prośbą zadzwonili, by się pofatygować do Centrum Kultury i odebrać kopertę ze zdjęciami. Konkurs został bowiem odwołany. Prócz mojego syna nikt inny nie złożył ani jednego zdjęcia. Żaden gimnazjalista, ani uczeń szkoły ponadgimnazjalnej. W pięćdziesięciotysięcznym mieście powiatowym nie znalazł się żaden uczeń zainteresowany konkursem. Może dlatego, że niewiele dzieciaków dowiedziało się o nim. Na stronie internetowej Centrum Kultury nie było ani słowa, żadnej wzmianki na facebookowym koncie organizatorów. Żadne z lokalnych mediów nie poinformowało o konkursie. Nauczyciele plastyki nie dali dzieciakom karteczek z regulaminem?

 

Myślicie, że organizatorzy w jakikolwiek sposób docenili tego jednego jedynego, któremu chciało się ruszyć  cztery litery i coś zrobić? Nawet lizaka mu nie dali w prezencie z podziękowaniem. No ja wiem, regulaminy nie przewidują w razie odwołania konkursu lizaków dla jedynych uczestników. A powinny, bo już widzę, jak mój syn angażuje się w udział w kolejne konkursy organizowane przez nasze Centrum Kultury.

 

Choćby i w świetle gwiazd...

 

Fotografię publikuję za zgodą autora, czyli syna.

 

 

 

 

Może i dobrze, ale żal

Prócz mnie i mojej rodziny mieszka tu ponad pięćdziesiąt tysięcy ludzi. W mieście jest nawet jedna szkoła wyższa. Może i prowincjonalna, ale jest i ma sporo studentów. Studentów jest w mieście naprawdę sporo, bo trójmiejskie zagłębie państwowych i prywatnych uczelni leży bardzo, bardzo blisko. Można powiedzieć zatem, że jest potencjał intelektualny. I wyraża się on zapewne w działalności rozmaitych stowarzyszeń, grup twórczych, zespołów muzycznych, bractw, kół, chórów. Mamy też w naszym powiatowym mieście sporo szkół ponadgimnazjalnych, w których spora grupa nauczycieli wiedzie rzesze uczniów do matury. I większość tę maturę zdaje. I dobrze.

 

Byłbym zapomniał – mamy też Filharmonię Kaszubską. Pojemny, funkcjonalny i ładny architektonicznie jest jej gmach. Przez miasto przetoczyła się onegdaj dyskusja, czy koniecznie trzeba było ją budować, bo kosztowała niemało, nawet jeśli uwzględnić pieniądze dostarczone przez Unię Europejską. Ja byłem zwolennikiem budowy, bo miałem jak najgorsze doświadczenia z poprzedniego budynku. Projekcje filmowe na poziomie objazdowego kina z lat 80, XX wieku, „wystawy” plastyczne na ciemnych i wąskich korytarzykach i w źle oświetlonych salkach przypominających szkolne klasy, kiepskie nagłośnienie występów parateatralnych – kiepsko to znosiłem. W końcu zburzono tę socjalistyczną wielkopłytową paskudę. I dobrze.

 

Rok już minął od otwarcia gmachu Filharmonii Kaszubskiej. W tym czasie odbyło się sporo imprez. Uczestniczyłem we wszystkich, które wpadły mi w oko. Niektóre wypadły naprawdę nieźle, ale było też sporo wpadek. Niepowodzenia składałem na karb braku doświadczenia w organizacji imprez na skalę godną nowego obiektu. Dajże spokój, myślałem, nauczą się przecież. Wszystkiego się nauczą. Z czasem. I nagłaśniać, i oświetlać, i ludzi informować. Robiłem więc, to co do mnie należało, czyli chodziłem na wszystkie interesujące mnie imprezy. A kilka ich było. I dobrze.

 

Całkiem niedawno  ucieszyłem się na widok afisza informującego o tym, że w studyjnej salce kinowej Filharmonii odbędą się projekcje w ramach Planete+ Doc Film Festival. Ucieszyłem się, bo kibicuję dobrej filmowej dokumentalistyce, a dotychczasowych nie zawiodłem się jeszcze na wspomnianym festiwalu. Liczyłem więc, że i w tym roku zobaczę ciekawe  filmy.  Szybciutko więc zarezerwowałem bilety na wszystkie projekcje dla siebie i rodziny, tak by nikt nas nie ubiegł. Spędziliśmy pięć wspaniałych wieczorów filmowych w trzydziestoosobowej przytulnej, klimatyzowanej salce kinowej. Były filmy o fotografii, była fotografia w filmie i były pięknie fotografowane filmy. Były też wzruszenia, dużo interesujących informacji, sporo materiału do przemyślenia, troszkę uśmiechu, szerokie spektrum emocji. Wszystko czego oczekiwałem. I dobrze.

 

I tylko do współmieszkańców powiatowego miasta mam żal o to, że przez pięć dni nikt z pięćdziesięciu tysięcy ludzi mieszkających w naszym mieście nie znalazł dość czasu, ochoty lub pieniędzy (bilety po 14 PLN normalne i 12  PLN ulgowe) by przyjść i zobaczyć choć jeden z prezentowanych filmów.  Nikt! Żaden nauczyciel, żaden student, żaden maturzysta, żaden uczeń, żaden członek stowarzyszenia twórczego, zespołu muzycznego, grupy fotograficznej. Nie było na projekcjach ziemian, fabrykantów, finansistów, artystów, prawników, lekarzy, urzędników, księży, rzemieślników, robotników, chłopów, służby domowej. Ani w piątek, ani w sobotę, ani w niedzielę.

 

I dobrze?

 

 

Czemu bez katalogu?!

W Muzeum Miasta Gdyni nie traciłem czasu na oglądanie ekspozycji stałej, która już mi sie cokolwiek opatrzyła, tylko od razu skierowałem się do przyziemia gdzie eksponowano interesującą mnie wystawę. Dowiedziałem się o niej dość przypadkowo i to na krótko przed zakończeniem – ma wisieć jeszcze tylko do końca maja 2014 r. Znajomy napomknął przy okazji rozmowy telefonicznej o zupełnie innych sprawach, że ”zdaje się w Gdyni, coś o fotografii wisi w muzeum – byłeś?” Wypytywany na okoliczność wystawy, żadnych detali podać nie umiał. Zaglądnąłem wiec na stronę internetową muzeum. I faktycznie – jest  wystawa fotograficzna.

 

„Leon Barszczewski. XIX-wieczny fotograf i podróżnik” – tak nazwano wystawę.  Niewiele znam polskich zdjęć z XIX wieku, które byłyby zrobione na południowych krańcach rosyjskiego imperium. O Barszczewskim w ogóle nie słyszałem, więc  do muzeum wybrać się musiałem.

 

Spędziłem na wystawie zdjęć Barszczewskiego jakieś półtorej godziny. Zupełnie samiuteńki, nie licząc pani pilnującej. To sporo czasu jak na wystawę fotograficzną, bo zwykle tracę wrażliwość na zdjęcia już po 30-40 minutach oglądania. Tu jednak było inaczej, bo raz, że zdjęcia naprawdę ładne, to jeszcze dość różnorodne, a przede wszystkim ciekawe. Bo przecież okolice XIX-wiecznego Uzbekistanu to, jak dla mnie, egzotyka. Różnorodności zdjęć sprzyjała zaś rozległość zainteresowań autora. Co prawda Barszczewski trafił w okolice Samarkandy jako rosyjski oficer służb topograficznych, więc sporo w jego kolekcji zdjęć pejzażowych. Zdjęcia te zostały nawet docenione później na wystawie fotograficznej w Paryżu w 1895, na której Barszczewski za ujęcia azjatyckich lodowców otrzymał złoty medal. Jednak zajmowało go nie tylko ukształtowanie terenu pomocne w kreśleniu map dla wojsk rosyjskich planujących kolejne podboje w kierunku afgańsko-irańskim.

 

Facet interesował się wszystkim! No wypisz wymaluj, dziewiętnastowieczny Kopernik. Niczym Kolberg spisywał legendy i podania autochtonów i opisywał ich zwyczaje. Na fotografiach uwieczniał lokalne stroje i „typy ludzkie”. A fotograficzne portrety jego autorstwa są naprawdę sugestywne. Jak przystało na samozwańczego etnologa pozostawił po sobie spory zbiór ujęć scen rodzajowych. Azjatyckie portrety Barszczewskiego zostały nagrodzone złotym medalem na wystawie fotograficznej w Warszawie w 1901 roku. Na zdjęciach Barszczewskiego widać , że dla pozujących mu ludzi raczej nie był przedstawicielem najeźdźców, ale życzliwym człowiekiem. Przyjaźnił się z wieloma miejscowymi, a w tajemnicą jego relacji  z autochtonami były „dobre słowo i serdeczna prostota”, o których wspomniał w swoich wspomnieniach wydanych w 1910 r.

 

W czasie dwudziestoletniego pobytu w Azji Leon Barszczewski wykonał podobno ok. 3 tysiące zdjęć, jednak spora część szklanych negatywów przepadła wraz z transportującymi je  mułami. Niestety, od czasu do czasu juczne zwierzęta transportujące fotograficzne zdobycze polskiego fotografa spadały w przepaść. Górskie wojaże, a potem także zawieruchy dziejowe przetrwało kilkaset negatywów i papierowych odbitek. Dziś ich dysponentem pozostaje prawnuk fotografa Pan Artur Strojecki. To jego staraniem powstała prezentowana w Gdyni wystawa.

 

Prócz intensywnego fotografowania Barszczewski zdążył jeszcze w Azji założyć rodzinę, spłodzić pięcioro dzieci, przeprowadzić liczne wykopaliska archeologiczne, odkryć parę złóż złota, srebra, diamentów i paru innych, mniej może efektownych, ale równie cennych minerałów. Otworzył nawet kopalnię węgla kamiennego. Dosłużył się też w carskiej armii stopnia pułkownika.

 

Po powrocie z Azji  pod koniec XIX w. skierowany został do Królestwa Polskiego, gdzie dowodził pułkiem piechoty. Zdaje się jednak, że po bucharsko-pamirskich przygodach badawczych, słabo znajdował się w koszarowej karierze. A musiał jeszcze wyruszyć na wojnę japońsko-rosyjską. Po powrocie z niej przeszedł na emeryturę. Wkrótce jednak popełnił samobójstwo, prawdopodobnie w wyniku oskarżenia o defraudację armijnych pieniędzy.

 

Zostały po Leonie Barszczewskim fantastyczne fotografie. Część z nich mogłem zobaczyć na 30 planszach w gdyńskim muzeum. Wystawiono też pamiątki po autorze, w tym stronice rodzinnych albumów fotograficznych. Wychodząc z muzeum byłem pod wrażeniem fotograficznego talentu autora zdjęć, koniecznie więc chciałem kupić powystawowy katalog. Sięgałem już po portfel, lecz mój zapał został szybko ostudzony. Wciśnięto mi w garść czterostronicową ulotkę formatu A5 zawierającą krótki tekst i 4 niewielkie fotografie. Szkoda, że organizatorzy nie pokusili się o wydanie choćby skromnego katalogu. 

 

Ulotka informujaca o wystawie zdjęć Leona Barszczewskiego

 

Leon Barszczewski, Typ z okolic Tałw-War, fotografia z wystawy w Muzeum Miasta Gdyni

 

Leon Barszczewski, Amlakdar – poborca podatkowy, fotografia z wystawy w Muzeum Miasta Gdyni

 

Leon Barszczewski, Przeklęte kobiety, fotografia z wystawy w Muzeum Miasta Gdyni

 

Leon Barszczewski, Mężczyzna polujący z sokołem w rejonie Samarkandy, fotografia z wystawy w Muzeum Miasta Gdyni

 

 

Dwa podejścia do Holendra

Na otwarcie wystawy Erwina Olafa w gdańskiej Zielonej Bramie reklamowanej w mediach jako  „Choreografia emocji” przybył tłum ludzi. Było ciasno i dość hałaśliwie. Trudno w takich warunkach oglądać fotografie. A sprawy nie ułatwiało oświetlenie – żałosne halogenowe reflektorki rozmieszczone w większości tak, że zwiedzający rzucali cienie na oglądane zdjęcia. Naprawdę trzeba się było sporo nagimnastykować by tego uniknąć. W wielu wypadkach najlepszy był chyba, dość komicznie wyglądający z boku, półprzysiad. Ale czego się nie robi dla fotografii.

 

O ile sposób ekspozycji uznałbym za nieudany, o tyle sukcesem organizatorów było samo ściągnięcie bardzo zapracowanego autora zdjęć na otwarcie wystawy. Holendra usiłowała przedstawić pani rektor Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku, miałem jednak wrażenie, że jest zupełnie nieprzygotowana. Z pewnym zażenowaniem wysłuchałem tego dwuminutowego  „wystąpienia”. Potem szczęśliwie do mikrofonu mówił już Olaf.  Mówił, ale nie bez pewnych komplikacji – z głośników prócz głosu fotografa dobiegały też irytujące sprzęgnięcia. Organizatorzy jakoś nie umieli porządnie zaradzić problemowi. Podobnie zresztą jak nie zaradzili awarii rzutnika, który miał być stereo, a faktycznie emitował obrazy rozmazane, przesunięte w fazie. I nikomu nie udało się niczego z tym zrobić. Erwin Olaf jest znany ze swojej pedanterii, więc musiało go to chyba drażnić, choć początkowo cały ten bałagan próbował obracać w żart. Na dłuższą metę nie było to jednak zabawne.

 

Miałem wrażenie, że z każdą kolejną minutą atmosfera robiła się coraz duszniejsza. Fizycznie i mentalnie. Ze względu na tłok i nieustanne poszturchiwanie nie dało się spokojnie oglądać dwóch filmów będących elementami fotograficznych cykli „Dusk” i „Dawn”. Naprawdę. Wiem, bo uparcie próbowałem. Zupełnie zaś nie podjąłem próby oglądania umieszczonego na końcu wystawy filmu dokumentalnego o Olafie Erwinie. Nie w tych warunkach.

 

Wystarczyło mi jednak krótkie rzucenie okiem na eksponowane fotografie by wiedzieć, że muszę wrócić na wystawę w bardziej sprzyjających warunkach. Najlepiej w środku tygodnia i to w godzinach gdy większość pracuje.

 

Wróciłem po tygodniu. Oświetlenia na wystawie nie zmodyfikowano, więc nadal trzeba było przybierać niewygodne pozy by porządnie przyjrzeć się zdjęciom. Nie przejmowałem się tym jednak, bo na wystawie prócz mnie były tylko dwie panie muzealniczki. Można więc powiedzieć, że byłem z fotografiami Erwina Olafa sam na sam. I co tu gadać – facet wie co robi. Zdjęcia są znakomite.

 

Choć nie jestem wielkim amatorem fotografii kreacyjnej, podoba mi się to co robi Holender. Przewrotnie , ze zdjęć cyklu „Grief”, który odwołuje się do ludzkich emocji, wyziera chłód. Wrażenie sceniczności. Mimo to, a może właśnie dlatego zdjęcia Olafa zmuszają do zatrzymania się przed nimi. Poruszają, mimo, że oglądający wie o tym, że fotografowani  modele są upozowani i wystylizowani dla uzyskania efektu oczekiwanego przez fotografa. Trochę to jak w teatrze – wszyscy wiedzą, że to fikcja, a aktorzy za chwilę zdejmą maski i pójdą się napić wódki do SPATIF-u, czy gdzie teraz tam chodzą aktorzy. Fikcja, a jednak robi wrażenie. Nie mniejsze wrażenie od koncepcyjnej strony robi też strona techniczna zdjęć  niderlandzkiego fotografa. Perfekcyjnie ustawione światło, wspaniale wyważona  kompozycja kadrów, dobór scenografii i rekwizytów. Wszystko w jego pracach składa się na zachwycający efekt końcowy.

 

Wrażenie, kto wie, czy nie większe niż same zdjęcia z cykli „Dusk” i „Dawn” zrobiły na mnie filmiki im towarzyszące. Wracałem do obu kilkakrotnie. Minimum słów, maksimum wrażeń – emocjonalnych i estetycznych. W ogóle fotografia Olafa Erwina, moim zdaniem, jest bardzo, bardzo estetyzująca. Początkowo chyba mnie to raziło, ale z każdą chwilą spędzoną na wystawie jakbym się z tym oswajał.

 

Na poziomie intelektualnej gry z widzem, bardzo spodobało mi się lustrzane zestawienie w „Dusk” i „Dawn” dwóch światów. Różnych, a jakże podobnych. Estetycznie i emocjonalnie.

 

Prócz wspomnianych cykli na wystawie pokazano jeszcze jeden - „Blacks”. Podobnie jak poprzednie, mocno estetyzujący, ale bardziej alegoryczny. Centralnym elementem fotografii tego cyklu są ludzie, lecz równie ważną rolę pełnią towarzyszące im przedmioty, które są zarówno rekwizytami, jak i elementami kompozycyjnymi bordiur otaczających motyw główny. Oglądając zdjęcia z tego cyklu wzrok początkowo biega od przedmiotu do przedmiotu usiłując identyfikować je w tak nietypowych stylizacjach. Szybko jednak dostrzega się „oczy” fotografowanych osób. Oczy w cudzysłowie, bowiem na żadnym ze zdjęć ich nie widać, są zasłonięte. Wrażenie, że oczy przysłonięte są pogrzebowymi monetami sprawia, że całość kompozycji może się kojarzyć z epitafiami. Mocno barokizującymi. W ogóle zaprezentowane na wystawie w Gdańsku fotografie, mimo zróżnicowanej tematyki, łączy statyczność przedstawień. Mają one w sobie coś z malarstwa dawnych mistrzów.

 

Po obejrzeniu zdjęć dotarłem do salki z dużym monitorem, na którym pokazywano kilkudziesięciominutowy dokument z 2009 roku „Erwin Olaf. Beauty and Fall” w reżyserii Michiela Erpa. Film obejrzałem cały, bo był ciekawy. A byłby jeszcze ciekawszy gdyby organizatorzy zadbali o to by głośność emisji ustawiona była na odpowiednim poziomie. Siedząc w pierwszym rzędzie słabo słyszałem wypowiadane kwestie, które w większości wypowiadano po niderlandzku. Nie było ani tłumaczenia lektorskiego, ani napisów. Byłem zdany na swoją żałosną znajomość holenderskiego słownictwa i lingwistyczne zbieżności tego języka z niemieckim i angielskim. W czasie projekcji dosiadały się kolejne osoby. Ale tylko na chwilę. Żałosna głośność i brak tłumaczenia wypłaszały widzów po kilku minutach.

 

Szkoda, że w Trójmieście, w którym nie za często gościmy wystawy fotografów tak ważnych jak Erwin Olaf, nie udało się, moim zdaniem, w lepszy sposób zorganizować prezentacji twórczości. Byłbym skłonny zapłacić dużo więcej niż pobierane w Zielonej Bramie 8 PLN (ulgowy 5 PLN), byle tylko zobaczyć fotografie pokazane tak jak na to zasługują.

 

Tak Muzeum Narodowe w Gdańsku reklamuje wsytawę fotograficzną Erwina Olafa

 

Okładka katalogu towarzyszącego wystawie Erwina Olafa „Choreografia emocji”

 

„Helga” z cyklu „Blacks”, fotografia Erwina Olafa z 1990 r.; za: katalogiem do wystawy „Choreografia emocji”

 

Fotografia Erwina Olafa „I wish” z cyklu „50 Years Old” z 2009 r.; za katalogiem towarzyszącym wystawie „Choreografia emocji”

 

Fotografia Erwina Olafa „I Will Be” z cyklu „50 Years Old” z 2009 r.; za katalogiem towarzyszącym wystawie „Choreografia emocji”

 

Bezprizorne i nasze

Przetrwały zimę i wyległy na trawniki, przyśmietnikowe murki, pokryte papą dachy ogródkowych szop. Koty niczyje. Na ich szczęście tegoroczna zima była dość łagodna. Lubię na nie patrzeć, i lubię je fotografować. Jak wypełzają z ukrycia, jak doprowadzają swoją zakurzoną i zmierzwioną sierść do porządku. Niektóre już poznaję, zwłaszcza te charakterystycznie umaszczone. No i poturbowane. Za każdym razem myślę – jak to się stało? Kiedy mijam tego burego z bielmem na oku, czarnego bez połowy ogona i innego czarnego z uszami poszarpanymi tak bardzo, że bardziej przypominają rysiowe frędzle niż normalne kocie uszy. Chyba nie wszystkie przeżyły zimę. Nie widuję już takiego małego rudego utykającego na tylna łapę.

 

Jakoś tak się składało, że sierściuchy zawsze mi  towarzyszyły. Po domu rodzinnym na wsi zwykle kręcił się kot. Jeden albo i kilka. Nie głaskano się z nimi szczególnie, jak to na wsi przed kilkudziesięcioma laty. Do weterynarza z nimi nie chadzano, a kiedy któryś przepadł, nikt po nich nie rozpaczał. A przepadały dość regularnie. Kiedy teraz wracam pamięcią do tamtych czasów, to zdaje mi się, że żaden z kiciusiów mojej Babci nie przetrwał dłużej niż 2-3 lata. W domu nocowały tylko zimą, przeważnie w sieni. W dzień jednak kręciły się po kuchni czekając na obiadowe resztki. Lubiłem je.

 

Kiedy już opuściłem rodzinne strony i założyłem swoją rodzinę, cichcem i niepostrzeżenie też pojawił się w niej kot. Naprawdę nie pamiętam, jak to się stało. Nie wiem skąd się wziął ten kot. A po nim były następne.

 

Teraz, na skutek naszej prokreacyjnej niefrasobliwości, mamy sześć kotów, każdy inny, a wszystkie z jednej matki, nestorki rodu – Muchy. Sterylizować jej nie chcieliśmy, a terminów antykociepcji nie upilnowaliśmy. No to mamy teraz kocią różnorodność w naszym domu. Prócz naszych zaniedbań i Muszych ciągot do łajdaczenia wiosennego jest to także wynik działalności kotów niczyich grasujących w naszych okolicach. Nie mam do nich żalu, bo wszystkie kocięta Muchy są cudne.

 

Ale po rozum do głowy w końcu poszliśmy i teraz już wszystkie nasze domowe sierściuchy są wysterylizowane. Co jednak wcale ich nie ugrzeczniło! Wciąż przełażą przez okoliczne ogrodzenia, by drzeć koty z bezprizornymi z sąsiedztwa. 

 

Bezprizorne w Gdańsku; fotografowano Canonem AE-1 z obiektywem Canon 200/4, na filmie Fomapan Classic 100; skanowano na Epsonie V700

 

Dość tego drapichrusty!

Nie mam już sił do fotograficznych laborantów. Od kiedy pamiętam trwają moje z nimi zmagania. A to filmy lub odbitki źle wywołane, a to nie na właściwym papierze, a to dominanta jakaś dziwaczna, a to obcinanie brzegów kadru, a to odciski paluchów widoczne. Może po prostu jestem pechowcem i nigdy nie trafiłem na tego właściwego laboranta. Przecież są tacy. I pewnie jest ich całe mnóstwo, tylko , jak jakiś Jonasz, nie miałem szczęścia by trafić na takiego w okolicy.

 

Krok po kroku rezygnowałem ze wszystkich, możliwych do odpuszczenia sobie, usług laboratoryjnych. Doszedłem do tego, że fotografuję głównie na filmach czarno-białych, które sobie sam wywołuję. Siłą rzeczy odbitki też sobie sam robię. I jestem zadowolony.

 

Prawie zadowolony  jestem, bo jednak czasem coś mnie podkusi i sięgnę po materiał barwny – negatyw albo slajd. I wówczas znów zaczyna się gehenna. Poniżej prezentuję „rysownicze” osiągnięcie kolejnego usługodawcy.

 

Kiedy zobaczyłem ten film pod lupą ręce mi opadły. Już nawet nie miałem siły by się wściekać.  Siedziałem tak i siedziałem pochylony nad podświetlarką i gapiłem się bezradnie. Kłębiło mi się we łbie - no jak tak można, no jak?! A potem wstałem, strząsnąłem z siebie bezsilność  i, choć sam do siebie, powiedziałem głośno – nie, dalej tak nie będzie!

 

Jak tylko uciułam trochę grosza kupię sobie prosty procesorek z porządnym termostatem. I nigdy więcej nie wypowiem słowa LABORANT.

 

Tak właśnie zrobię! 

Fotografowano Olympusem XA, na filmie Superia 400, wywołał jakiś drapichrust!

 

Choć data nie ta, miejsce właściwe

W Wielki Piątek chyba nie wybiorę się na misterium pasyjne. Będę w pracy.  Dlatego, choć tego nie lubię, poszedłem na wejherowską pasję z tygodniowym wyprzedzeniem, już w Niedzielę Palmową. I jak co roku dylemat – skupienie czy fotografowanie. I znów to samo – ani jedno, ani drugie. A może inaczej – trochę jedno i trochę drugie. I oba bez pełnej satysfakcji.

 

Żeby zrobić dobre zdjęcia w czasie misterium trzeba mieć oczy dookoła głowy, szybko się przemieszczać, a ze względu na tłumy, to i się czasem porozpychać. A ja nie lubię. 

 

Przedreptałem więc  znów kalwaryjskie wzgórza pośród nieprzebranej rzeszy pątników. Tłum żył swoim życiem. Jedni rozmodleni, inni wpatrzeni w widowisko, jeszcze inni jakby przyszli na plotki, żal tylko, że nie wypadało im zapalić. Tak pewno zachowywał się tłum przed dwoma tysiącleciami, gdy krzyżowali naprawdę.

 

Mamrocząc pod nosem modlitwy w sobie tylko znanych intencjach szedłem z  tłumem. I  tylko od czasu do czasu sięgałem do torby po któryś aparatów. Przez niemal dwie godziny zawracałem Bogu głowę swoimi problemami, a jednocześnie wypełniłem zdjęciami  trzydzieści sześć klatek czarno-białego małego obrazka i dwanaście klatek kolorowej średnioformatowej Provii, którą poślę do wywołania sprawdzonemu laborantowi  jak mi się z dziesięć  filmów nazbiera. Jeśli nie zapomnę, to coś z tego kolorowego slajdu też zeskanuję i dorzucę później do relacji.

 

A za rok... może  pójdę na kalwarię we właściwy dzień. I może wreszcie nie wezmę aparatów.

***

 

***

 

***

 

***

 

***

 

***

 

***

 

***

 

***

 

***

 

***

 

***

 

 

Ładne "Aury". Niektóre...

Jeśli w moim miasteczku pojawia się cokolwiek związanego z fotografią staram się w tym uczestniczyć. Bo w moim miasteczku niewiele się dzieje. Kiedy więc kilka dni temu na stronie centrum kultury pojawiło się obwieszczenie, ze będzie wystawa, ucieszyłem się i zaraz sobie zarezerwowałem w kalendarzu wieczór wernisażu.

 

W dniu otwarcia wystawy pracowałem długo, więc w centrum kultury pojawiłem sie w ostatniej chwili, kilka minut przed osiemnastą. Po pięciominutowej obsuwie okazało się, ze trzeba będzie poczekać kolejne dziesięć minut. Organizatorzy bardzo chcieli by w otwarciu wystawy mogli wziąć udział także uczestnicy toczącego się właśnie festiwalu teatrów amatorskich. Kończył się jeden ze spektakli. Publiczność oczekiwała, ja zaś poszedłem do kawiarenki na parterze na jakąś szybką herbatę i ciastko.

 

Po kwadransie wróciłem – akurat na otwarcie wystawy. Błyski fleszy fotoreporterów, kamera lokalnej telewizji, przemówienia, mikrofony, zagajenia, bukiety,  wprowadzenia, wiązanki. Uwagę widzów przyciągały dwie modelki w muślinowych kreacjach, towarzyszące autorowi zdjęć, Panu Markowi Jasińskiemu.  Ich nieco rubensowska uroda chyba przytłaczała skromną osobę szczuplutkiego, siwowłosego, jakby lekko zagubionego w całym tym blichtrze, fotografa.

 

Prowadzący imprezę konferansjer ze swadą opowiadał o związkach Pana Marka Jasińskiego z teatrem, fotografią oraz... fizyką. Tak, tak, autor jest bowiem czynnym nauczycielem fizyki, a przy okazji także animatorem działań lokalnych amatorskich teatrów sprzed paru lat. Po kilku minutach konferansjerskich opowieści czekałem na słowo od autora, a kilka zdań na temat inspiracji, o pracy nad wystawą, o modelkach. Nie doczekałem się. Autor ma chyba awersję do publicznych wystąpień, bowiem nawet bardzo, bardzo sugestywne zachęty konferansjera nie zachęciły go do zabrania głosu. Jednym, wymuszonym przez prowadzącego, zdaniem prostym odpowiedział na pytanie – to może choć opowie pan widzom, bo na pewno są ciekawi, co było najtrudniejsze w realizacji zdjęć, jakie problemy pan napotkał. Jedyne wypowiedziane wówczas zdanie zabrzmiało mniej więcej tak (cytuję z pamięci): właściwie wszystko było problemem. Cóż miał robić ów nieszczęsny, zakłopotany prowadzący – szybciutko zakończył swój występ i zaprosił do oglądania wystawy.

 

Wystawa została zatytułowana Aury. Jak sądzę, w nawiązaniu do niewidzialnej, nienamacalnej otoczki każdego człowieka. Te emanacje, zależne od dnia, nastroju, czy stanu uczuć, autor starał się oddać między innymi zmiękczeniami optycznymi, grą światła, ruchem modelek i zwojami lekkich, przejrzystych, barwnych  tkanin oplatających modelki. Ten dość oczywisty rekwizyt, po który chętnie sięgają fotografowie, był tu może nieco zbyt dosłowny, ale w ogólności, sprawdził się, moim zdaniem. Obrazy pokazane na wystawie, jako całość, dobrze łączą sie z cytatem z Czarownicy, Julesa Micheleta, który był mottem zaproszenia na wystawę, które otrzymałem pocztą elektroniczną:  „Mężczyzna poluje i walczy. Kobieta intryguje i marzy; jest matką fantazji i bogów. Posiada podwójny wzrok, skrzydła, które jej pozwalają wzlatywać w nieskończoność pragnienia i wyobraźni…”   Cytat ten, był chyba lepiej dobrany niż passus z twórczości  J. L. Wiśniewskiego, przytoczony na drukowanej ulotce towarzyszącej wystawie: „Aura... ciągle się zmienia... ma wiele twarzy i nie ma jednego imienia...”   Klasyczny Michelet bardziej do mnie przemawia niż postmodernistyczny i popkulturowy, choć tak modny od kilku lat, Wiśniewski.

 

Na ścianach sali wystawienniczej Wejherowskiego Centrum Kultury wywieszono trzydzieści fotografii o różnych wymiarach i proporcjach boków. Zdecydowana większość była barwna, stąd wyróżniały się trzy zdjęcia utrzymane w monochromacie. Były one także różne stylistycznie od pozostałych dzięki mocnemu „poetyzującemu” zmiękczeniu obrazu, czy to poprzez zastosowanie filtrów optycznych, czy też w postprodukcji. Moim zdaniem, te trzy fotografie stanowiły najmocniejszy punkt wystawy, miedzy innymi dlatego, że były, jako zestaw, spójne kompozycyjnie, technicznie, w sposobie obrazowania tematu (modelki). Jak tylko skończę rolkę filmu, który mam właśnie w aparacie, dorzucę kilka obrazków z wystawy, by czytelnicy mieli czarno na białym to o czym piszę.

 

W tych trzech zdjęciach, o których wspomniałem, nie drażnił mnie nawet sposób ekspozycji. Prezentowanie obrazów w aluminiowych ramach zatrzaskowych, skrytych za jakąś folią nadającą fotografii fakturę satynową, nie było najszczęśliwszym rozwiązaniem. Moim zdanie, tak można pokazywać plakaty reklamowe na ścianie wiaty autobusowej, a fotografia pokazywana w galerii (nie handlowej) zasługuje na coś więcej. Jakość wydruków sprawiała wrażenie, że wykonano je w kartuskim Fotokontakcie, na papierze o powierzchni satynowej. I w końcu sam już nie wiedziałem czy to folia mi przeszkadza, czy może satynowe medium. Nie wiem wszelako, czy ta perełkowa powierzchnia nie była przypadkiem konceptem  autora wystawy, pomyślanym  jako dodatkowy walor poetyckich zdjęć.

 

Wśród pozostałych zdjęć na wystawie dałoby się wyróżnić jeszcze kilka innych naprawdę dobrych, które zatrzymały mnie na dłużej. Z przyjemnością kilkakrotnie do nich wracałem. Większość pozostałych fotografii zdała mi się jedynie wariacjami na ten sam temat. Zmieniała się poza modelki, układ półprzezroczystej tkaniny oplatających jej postać , czasem też tonacja kolorystyczna zdjęć. Kilka zaś było zupełnie nietrafionych, z zaburzoną kompozycją, proporcjami ciała modelek, nieudaną postprodukcją, światłem jakby wymykającym sie spod kontroli. Szczęśliwie, takie zdjęcia były nieliczne. Sądzę, że z pożytkiem dla sugestywności wystawy byłoby pozostawienie na niej około piętnastu najlepszych fotografii. Widz zostałby z niedosytem, z pragnieniem powrotu.

 

Ja chętnie wrócę do tej ósemki, może dziesiątki moich ulubionych fotografii Pana Marka Jasińskiego. Będę miał okazję, bo wystawa zostanie w centrum kultury przez miesiąc.

 

Fotografia Marka Jasińskiego z wystawy “Aury” prezentowanej od 27 marca 2014 r. w Wejherowskim Centrum Kultury. Zdjęcie za: http://www.wck.org.pl/wystawy/opis/3579-quot-aury-quot-wystawa-fotograficzna.html

 

Jeszcze raz w bibliotece

Paręnaście dni temu odwiedziłem naszą bibliotekę miejską w celach bynajmniej nie czytelniczych. Niestety mam taką przypadłość, że książki, które chcę przeczytać lubię mieć na własnej półce. A jeśli mi się jakaś nie spodoba, zwykle oddaję ją w prezencie komuś o kim podejrzewam, że jemu mogłaby się spodobać. Ale nie o tym, nie tym…

 

W piątkowy wieczór udałem się do biblioteki na wystawę fotograficzną, a właściwie by spłacić dług wobec koleżeństwa, które organizowało tę wystawę. Koleżeństwo zrzeszone jest w Nadmorskiej Grupie Fotograficznej, a mój dług polegał na tym, że kilkoro z członków grupy wzięło udział w wernisażu mojej własnej  lutowej wystawy. Wtedy obawiałem się dość mocno o frekwencję, a tu proszę koleżeństwo z NGF pojawiło się i to chyba w pięcio- czy nawet sześcioosobowej reprezentacji. Mimo, że frekwencja w lutym, jak się okazało, była nadspodziewanie dobra, i tak miło mi było zobaczyć znajome twarze z NGF na spotkaniu.

 

Kiedy więc to Nadmorska Grupa zorganizowała finisaż swojej wystawy, postanowiłem uczestniczyć w nim całą swoją nadrozmiarową postacią. I cieszę się, że poszedłem, bo jak się okazało, poza grupistami i parą pracowników biblioteki nikt więcej nie przyszedł. Cóż, zawsze wiedziałem, że w Wejherowie zainteresowanie fotografią nie jest oszałamiające. Niskie zainteresowanie mogło dodatkowo zostać spotęgowane, przez fakt, że wystawa ta była już ze dwa miesiące wcześniej w Wejherowie pokazywana, i to w samym sercu miasta, w okazałym gmachu  Wejherowskiego Centrum Kultury. Sądzę więc, że nikt nie przyszedł do biblioteki dlatego, że ci nieliczni, którzy się fotografią interesują już widzieli te zdjęcia. Ja też już widziałem je wcześniej, więc właściwie nie szedłem na wystawę, a na spotkanie.

 

Okazało się ono nader kameralne – obecnych dało się zliczyć na palcach obu rąk. Dzięki temu miało charakter nieformalny. Na zdjęcia tylko okiem rzuciłem, i faktycznie, te same które widziałem wcześniej. Choć było wśród nich  kilka, które przyciągały uwagę, to en mass specjalnie do gustu mi nie przypadły, bo też nie jestem fanem industrialu na fotografii. Industrialu samego w sobie, takiego bez społecznego, przyrodniczego, czy jakiegoś jeszcze kontekstu, raczej nie lubię. Nie bardzo interesują mnie widoki kominów, rur i przepustnic, jeśli w ich fotografiach nie czai się coś więcej. Oczywiście co innego, gdy jest to fotografia taka, jak np. te trzy niżej zaprezentowane, a pochodzące z projektu Tomasza Tomaszewskiego Sugar Town (www.tomasztomaszewski.com/gallery.html). Takie fotografie długo mogę podziwiać.

 

Szczęśliwie, spotkanie z NGF nie stało się oficjalną fetą, lecz serią luźnych pogaduszek z sympatycznymi ludźmi, których działaniom kibicuję od początku. Każda forma rozwijania zainteresowań na prowincji i krzewienia pasji wśród młodych ludzi jest, moim zdaniem godna pochwały. Dlatego sympatyzuję z NGF. Jest w tych ludziach entuzjazm. Co ważne,  nie traktują swojej pasji ze śmiertelną powagą. Fotografowanie daje im radość. I było to widać na spotkaniu z nimi. Ktoś z nich zapytał mnie kiedyś czemu sam nie przystąpię do Grupy. Objaśniłem, że niestety  byłbym martwą duszą w ich Grupie. Nie mam bowiem czasu na uczestnictwo w regularnych spotkaniach i podejmowanych pracach. No i jest jeszcze mój, wrodzony chyba, aspołeczny charakter. Ciężko odnajduję się grupach, nawet jeśli ich członkowie są sympatyczni i dzielą moje pasje. Dlatego nadal kibicuję Nadmorskiej Grupie Fotograficznej z pewnego dystansu.

 

Jako, że w plecaku miałem spakowany Polaroid Automatic 101 Land Camera, rocznik 1964 i to załadowany ładunkiem natychmiastowym FujiFilm FP-3000B, postanowiłem uwiecznić uczestników spotkania. Jako, że było dość ciemno trzeba było użyć lampy. Miałem ze sobą oryginalną polaroidową lampę i kilka żarówek spaleniowych wyprodukowanych przez General Electric w latach 70. XX. Niestety, pierwsza żarówka wydobyła z siebie tylko żałosny syk i malutką iskierkę. Widać pojawiła się gdzieś nieszczelność i przez te wszystkie lata magnezjowa pajęczyna zapakowana w szklanej bańce mocno się utleniła. No i zdjęcie wyszło, tak jak wyszło – ciemne i poruszone,. Mleczne poświaty u góry kadru to efekt działania sufitowych lampek halogenowych. Szczęśliwie druga żarówka była na tyle sprawna by fotografia wyszarpana spomiędzy rolek aparatu, po kilkudziesięciu sekundach wywoływania (było stosunkowo chłodno), okazała się udana. Choć i na niej widać halogenowe przeszkadzajki na twarzy prezesa Nadmorskiej Grupy Fotograficznej.

 

Po finisażu został mi zatem ślad fotograficzny – namacalny. Nie ciąg zer i jedynek, który w niczym nie przypomina obrazu grupy ludzi. Nie plik ważący 5 czy 10 Mb, ale kilkugramowy karteluszek pokryty obrazem. Kilkugramowy, ale dla mnie ważący o wiele więcej. Wklejony do domowego albumu. Gdy elektrownia, burza, lub cokolwiek innego odetnie nam prąd, będę przy świeczkach oglądał z uśmiechem. Ten i inne mu podobne karteluszki. 

 

Fotografia Tomasza Tomaszewskiego z projektu “Sugar Town”; http://www.tomasztomaszewski.com 

 www

 

Fotografia Tomasza Tomaszewskiego z projektu “Sugar Town”; http://www.tomasztomaszewski.com 

 

Fotografia Tomasza Tomaszewskiego z projektu “Sugar Town”; http://www.tomasztomaszewski.com

Efekt zastosowania niepełnosprawnej żarówki spaleniowej M3 zamontowanej w lampie błyskowej Polaroid Flashgun 268. Fotografowano aparatem Polaroid Automatic 101 Land Camera na ładunku FujiFilm FP-3000B

 

Część ekipy Nadmorskiej Grupy Fotograficznej oraz para pracowników Biblioteki Miejskiej w Wejherowie podczas finisażu wystawy. Światło do zdjęcia zapewniła żarówka spaleniowa M3 zamontowana w lampie błyskowej Polaroid Flashgun 268. Fotografowano aparatem Polaroid Automatic 101 Land Camera na ładunku FujiFilm FP-3000B 

 

Dzień kobiet z Retiną

Niedawno wspominałem, że dostałem w prezencie kolejny aparat fotograficzny. Ten „nowy” aparat to Kodak Retina IF z 1964 r.  Po pierwszych zachwytach urodą sprzętu przyszedł czas na techniczne oględziny, no i praktyczne wypróbowanie go z filmem.

 

Okazja do wypróbowania trafiła się jak raz 8 marca. Jako, że żona moja uczciła dzień kobiet pracą od 8.00 do 18.00, ja postanowiłem w jej imieniu uczcić go jak należy – długim fotograficznym spacerem. Zamiast Edyty, wziąłem ze sobą na spacer Retinę. Też ładnie. Pojechaliśmy o świcie powłóczyć się na obrzeża starego Gdańska.

 

Od razu po wyjściu z kolei zauważyłem pewną niedogodność wynikającą z urody Retiny IF – bardzo zwraca uwagę przechodniów. Mimo, że jest dość mała. Co tu gadać - wspaniały dizajn. Spodobał mi się od pierwszego wejrzenia. Sądząc po zainteresowaniu mijanych ludzi, nie tylko mnie.  Na szczęście miejsca, które planowałem odwiedzić są dość odludne. Mogłem się więc skupić na aparacie, fotografowaniu i urokach spaceru.

 

A spacerowało się przyjemnie, bo aparat lekki, waży mniej niż pół kilo. A przy tym solidny, poręczny - dobrze układał mi się w dłoni, mimo pewnej  kanciastości.

 

Zaopatrzono go w czterdziestopięciomilimetrowy obiektyw Schneider-Kreuznach Retina Xenar  o światłosile 2,8. Klasyczna konstrukcja – cztery soczewki rozmieszczone w trzech grupach. Spodziewałem się po nim dobrej ostrości i kontrastu oraz przyzwoitej transmisji barw.

 

Solidna i cicha migawka centralna Prontor 500 L-K – kolejna zaleta aparatu. Czasy od 1/500 do 1/15 sekundy plus B – niczego więcej mi nie trzeba, zwłaszcza jeśli okaże się, że migawka trzyma czasy w miarę poprawnie. A na słuch i ogląd bezprzyrządowy wydają się być OK.

 

Aparat zaopatrzono nawet w światłomierz, i to światowej marki Gossen. Szkoda jednak, że selenowy. W tak wiekowych sprzętach najczęściej tego typu światłomierze są już martwe – selen się utlenia i traci swoje właściwości fotoelektryczne. Ku mojemu zdziwieniu okazało się, że igła światłomierza umieszczona w wizjerze aparatu odchyla się żwawo to w jedną, to w drugą stronę, zależnie od natężenia światła. Szkoda, że w wizjerze, przy igle światłomierza,  nie umieszczono  wartości parametrów naświetlania, a jedynie trapezowe pole sygnalizujące, że ustawiona na obiektywie para czas-przysłona pozwolą na poprawne naświetlenie klatki, lub też może ją prześwietlą, albo niedoświetlą. Zakres wychyłu igły może, choć dość nieprecyzyjnie, sugerować skalę błędu. Po porównaniu wskazań igły  z zewnętrznym światłomierzem wydało się, że pomiar aparatu nie działa zbyt precyzyjnie. Odchył wielkości 1,5 EV byłby nawet do zaakceptowania, gdyby nie to, że… nie jest stały, a różnice pomiarów układają się nieliniowo.  Ale co tam, kilka pierwszych filmów w moim nowym nabytku i tak postanowiłem przestrzelać korzystając ze wskazań wbudowanego światłomierza.

 

Pierwszym filmem jak założyłem do Retiny IF była kolorowa Superia X-tra 400. Nie żebym jakoś szczególnie lubił ten film, po prostu dostałem kilka sztuk w arcypromocyjnej cenie, więc nie żal mi go było na testy nowego aparatu. Zakładanie filmu poszło prościutko – żadnej filozofii. Aby otworzyć komorę filmu najpierw trzeba obrócić  o ok. 30 stopni dwuskrzydełkową srebrzystą dźwignię znajdującą się po prawej stronie spodniej części korpusu (kierunek obrotu zaznaczono strzałką). Po wykonaniu obrotu odsłania się metalowy bolec, który należy wcisnąć. Po tym tylna ścianka aparatu uchyla się i można zakładać film.  By zmieścić kasetkę z filmem w lewej komorze trzeba unieść oś mocującą. Można to zrobić pokrętłem umieszczonym na górze korpusu. Wystarczy najpierw wcisnąć je delikatnie i jednocześnie minimalnie przekręcić w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara. Po wykonaniu tych czynności pokrętło wysunie się z gniazda i będzie je można unieść jeszcze wyżej, tak by dało się wcisnąć kasetę z filmem do wnętrza aparatu. Kiedy kaseta jest już umieszczona na swoim miejscu pokrętło wciska się na powrót w pozycję wyjściową.

 

Po zamontowaniu filmu i zatrzaśnięciu komory trzeba jeszcze ustawić licznik zdjęć, który także znajduje się pod spodem korpusu, w samym jego centrum, tam gdzie zwykle w aparatach  jest gwintowane  gniazdo statywowe. W Retinie IF mocowanie statywu nie jest umiejscowione centralnie, lecz znajduje się we wspomnianej wyżej dwuskrzydłowej dźwigience otwierania komory filmu. Aby ustawić właściwie licznik zdjęć, w jego okienku, na wprost strzałki powinno się ustawić znaczek białego rombu. Robi się to poprzez przesuwanie okrągłego suwaka umieszczonego obok licznika. Każde przesunięcie powoduje obrót licznika o jedną klatkę. Ustawienie białego rombu w liczniku oznacza początek filmu, czyli to, że dwa pierwsze ujęcia na filmie będą zaświetlone, a zaplanowane fotografie można zacząć wykonywać od chwili, gdy na liczniku pojawi się liczba 36. Licznik nie pokazuje bowiem ilości wykonanych fotografii, lecz odlicza w dół, czyli pokazuje ile jeszcze klatek pozostało do wykorzystania. Po zrobieniu pierwszej rolki mogę ocenić, że sprawuje się w moim egzemplarzu bez zarzutu.

 

Pod spodem korpusu znajdują się jeszcze trzy elementy.  Największym z nich jest dźwignia naciągu migawki przewijająca zarazem film na nową, nienaświetloną klatkę. Chodzi leciutko wydając przy tym przyjemny cichy metaliczny odgłos obracającego się koła zębatego z zapadką. Aby naciągnąć migawkę i przewinąć film trzeba obrócić dźwignię o ok. 180 stopni. Umiejscowienie mechanizmu naciągu jest nietypowe i trzeba przełamać przyzwyczajenie, które nakazuje poszukiwanie dźwigni u góry korpusu po prawej stronie. W Retinie IF jest całkiem na odwrót – pod spodem i po lewej stronie. Ja przywykłem mniej więcej w połowie filmu.

 

Także na spodniej części korpusu, zaraz obok dźwigni naciągu migawki znajduje się metalowy przycisk, którego używa się po skończeniu filmu. Wciśnięcie przycisku zwalnia blokadę i umożliwia przewinięcie naświetlonego filmu do kasety. Do przewijania używa się tego samego pokrętła, którym wcześniej mocowało się kasetę w komorze. Do przewijania filmu nie trzeba jednak bardzo unosić pokrętła, wystarczy, że wysunie się je z gniazda. Kierunek obrotów gałki wskazuje wygrawerowana na korpusie strzałka (zgodnie z obrotami wskazówek zegara). To samo pokrętło służy też jako przypomnienie jaki rodzaj materiału światłoczułego umieściliśmy w aparacie. Do wyboru  są trzy rodzaje opisu: COLOR z ikonką słoneczka (czyli światło dzienne), COLOR z ikonką żarówki (czyli światło sztuczne), oraz czarno-biały romb, którego znaczenia każdy się domyśla.

 

Ostatnim elementem na spodzie korpusu jest gniazdo przeznaczone do umieszczenia rtęciowej baterii Mallory PX 625 o napięciu 1,35V. Baterii tego typu nie produkuje się od paru ładnych lat z powodów ekologicznych. Szczęśliwie bateria służy jedynie do odpalania jednorazowych spaleniowych żarówek błyskowych AG-1, więc można ją zastąpić czymkolwiek innym o zbliżonym napięciu, choćby i półtorawoltowymi pastylkami alkalicznymi. A jakby kto chciał spróbować zabawy z żarówkami spaleniowymi, to wciąż można je kupić na e-bayu. Niestety tanie nie są. . Aby otworzyć lampę błyskową i móc w niej założyć żarówkę spaleniową trzeba przesunąć srebrny suwak na tylnej ściance aparatu, zaraz obok wizjera. Odskakuje wówczas metalowa klapka na górnej ściance aparaty, ta z napisem RETINA IF – odsłania gniazdo żarówkowe i staje się też odbłyśnikiem. Bardzo zmyślny patent. Jednak zamiast żarówek spaleniowych  z powodzeniem można użyć normalnej nowozesnej elektronicznej lampy błyskowej. Wsuwa się ją w sanki na górnej ściance aparatu i łączy z aparatem poprzez przewód synchronizacyjny wetknięty w gniazdo umieszczone we frontowej części korpusu, zaraz obok obiektywu i spustu migawki.

 

Aby rozpocząć fotografowanie trzeba jeszcze ustawić na obiektywie kilka parametrów. Po pierwsze – czułość filmu. Robimy to jeśli będziemy korzystać z wbudowanego w aparat światłomierza. Do dyspozycji wąski ząbkowany, metalowy pierścień z dwiema skalami czułości: ASA (od 12 do 800) oraz DIN (od 11 do 30). Aby przekręcić pierścień do wartości odpowiadającej filmowi włożonemu do aparatu najpierw trzeba wcisnąć i przytrzymać na czas obracania karbowany przycisk między napisem „DIN” a skalą  z naniesionymi czasami naświetlania.

 

Naświetlając film sami decydujemy, który z parametrów będzie ustawiony na sztywno – przysłona czy czas naświetlania. Drugim zaś regulujemy poprawność naświetlenia – obracamy wybranym pierścieniem (czasu lub przysłony) obserwując jednocześnie strzałkę światłomierza w wizjerze. Regulację kończymy gdy igła znajdzie się w centrum trapezu oznaczającego poprawne naświetlenie. Oczywiście zmieniając położenie igły możemy też wprowadzić korektę naświetlania stosowną do fotografowanego motywu. Bo przecież inaczej będziecie naświetlać motywy na śniegu, a inaczej grupę żołnierzy w czarnych nieoznakowanych mundurach i w kominiarkach na radzieckich głowach.

 

Czas ustawia się tym samym ząbkowanym pierścieniem co czułość filmu, ale już bez wciskania karbowanego blaszanego przycisku, po prostu poprzez obracanie. Przysłonę zaś ustawia się poprzez obracanie kolejnego wąskiego pierścienia, tego najbliżej korpusu aparatu. Na szczęście pierścień ten zaopatrzono w poręcznie wystający uchwyt. Gdyby nie on, nie dałoby się regulować przysłony, której wartości można wybierać w standardowym postępie od 2,8 do 22.

 

Co jeszcze trzeba ustawić? Odległość od fotografowanego obiektu, czyli jak to się mówi współcześnie – ustawić ostrość. Tu jednak nie mamy do dyspozycji żadnego dalmierza ani innego sprytnego systemu. Można ustawić odległość „na oko”, w czym mają pomagać odpowiednie symbole umieszczone na obiektywie – góry  z kościołem, grupa ludzi i popiersie człowieka. Mają one symbolizować odpowiednio odległości od 15 metrów do nieskończoności, od 8 do 15 metrów, oraz między 1,7 a 2,5 metra. Mało precyzyjne? Pewnie, ale jeśli obiektyw się przymknie do f8, powinno wystarczyć. Jeśli chce się ustawiać precyzyjniej, można skorzystać z którejś z naniesionych skal -  metrycznej lub stopowej. Wystarczy poprawnie ocenić lub zmierzyć miarką odległość dzielącą aparat od obiektu i przenieść tę wartość na skalę obiektywu. Można również skorzystać z zewnętrznego dalmierza, taj jak robię to ja. Takie miniaturowe dalmierzyki mocowane w sankach aparatu można wciąż kupić w serwisach aukcyjnych. Ich ceny wahają się od kilkudziesięciu do kilkuset złotych.

 

Po ustawieniu parametrów naświetlania oraz odległości pozostaje już tylko wykadrować motyw w jasnym wizjerze zaopatrzonym w czytelne ramki z zaznaczoną korekcją paralaksy dla obiektów w bliskim planie. No i nacisnąć spust migawki, który umieszczono w postaci wystającej dźwigni  z przodu korpusu aparatu, zaraz przy obiektywie. Pracuje dość miękko, ale z wyraźnym oporem i ma stosunkowo głęboki skok. Wszystko, tak jak lubię.

 

Aaa byłbym jeszcze zapomniał – jak ktoś lubi słitfocie, to musi skorzystać z samowyzwalacza, bo najbliższa odległość ostrzenia Retiny IF to 1 metr. Trzeba by mieć zatem chyba tak długie łapska jak ma Putin, by móc samemu sobie zrobić zdjęcie.  A, że większość ludzi nie umie sięgać tak daleko, zamontowano  w aparacie czerwono oznakowaną dźwigienkę/naciąg samowyzwalacza - w dolnej części obiektywu, tak mniej więcej na wysokości napisu „500”. Aby naciągnąć samowyzwalacz należy tę dźwigienkę przesunąć w prawo, tak by znalazła się w rejonie litery „R” w napisie „PRONTOR”. Opóźnienie samowyzwalacza to około 10 sekund. W zupełności wystarczy aby ustawić się w stosownej pozie i wykonać we właściwym kierunku zaplanowany gest. Życzliwy, lub wręcz przeciwnie. W moim egzemplarzu Retiny samowyzwalacz był chyba rzadko używany, bo ślimaczył się i przystawał. Dopóki go porządnie nie rozruszałem. A trochę to trwało.

 

Po spacerze w Gdańsku widziałem już, że Retinę IF używa się łatwo i przyjemnie. Pozostała kwestia jakości zdjęć. Mnie zadowalają. Pewnie nie są tak ostre i kontrastowe jak te, które daje Nikkor AF-S 50/1.4 D, a obiektyw Retiny nie pracuje najlepiej przy przednim świetle. Nie przeszkadza mi to jednak. Ważniejsza jest przyjemność z samego fotografowania tym aparatem. Oczywiście, większość czasu spędzi on u mnie w domu w witrynce, bezpiecznie schowany przed kurzem, ale myślę sobie, że raz do roku będę wkładał do niego rolkę filmu. Może właśnie w dzień kobiet.

 

PS

Kolorowy film z Retiny IF wywołał mi kartuski Fotokontakt. I eufemistycznie mówiąc zrobili to nienajlepiej. A po prawdzie, dostałem film porysowany. I to nie w takich miejscach, w których mogłyby to zrobić prowadnice aparatu fotograficznego. Cóż, chyba będę musiał reaktywować domowe wywoływanie barwnych filmów, bo niestety nie mam w okolicy żadnego punktu, któremu mógłbym zaufać.

Znów wyszło, że rację miał Irek Dudek wyśpiewując przed laty: „Zrób to sam, zrób to sam, zrób to sam. Choćbyś robił to niezręcznie. Nie oglądaj się na innych. Wykonaj to własnoręcznie. Zrób to sam!”

 Czegokolwiek by to dotyczyło…

Kodak Retina IF 

 

Kodak Retina IF – górna część korpusu. Widoczna klapka ukrywająca lampę błyskową, sanki na akcesorai (zimna stopka), pokrętło przewijania filmu.

 

Kodak Retina IF – dolna część korpusu. Widoczna dźwignia naciągu migawki, przycisk odblokowujący przewijanie filmu, licznik klatek filmu, suwadło ustawiające licznik, komora baterii zasilającej lampę błyskową, dźwignia otwierająca komorę filmu. 

 

Kodak Retina IF – tylna część korpusu. Widoczny wizjer oraz suwadło otwierające lampę błyskową. ..

 

Kodak Retina IF z otwartą lampą błyskową, ale bez żarówki spaleniowej AG-1, bo nie mam takiej. 

 

Kodak Retina IF – zbliżenie na selenowe komórki światłomierza. .

 

Pierwsze ślady dnia kobiet? Fotografowane Kodakiem Retina IF, na filmie FujiFilm Superia X-tra 400; skan Epson V700 

 

Fotografowane Kodakiem Retina IF, na filmie FujiFilm Superia X-tra 400; skan Epson V700 

 

Fotografowane Kodakiem Retina IF, na filmie FujiFilm Superia X-tra 400; skan Epson V700 

 

Fotografowane Kodakiem Retina IF, na filmie FujiFilm Superia X-tra 400; skan Epson V700

 

Fotografowane Kodakiem Retina IF, na filmie FujiFilm Superia X-tra 400; skan Epson V700

 

Fotografowane Kodakiem Retina IF, na filmie FujiFilm Superia X-tra 400; skan Epson V700 

 

 

 

 

 

Zenitem w Wysockiego

Cały ten film, to tak jak jedna ze scen z niego wyjętych. Ta, w której agenci radzieckich tajnych służb, siedzący w czarnej, a jakże, Wołdze, fotografują wychodzącego na ulicę Wysockiego. Szpicla-fotografistę dzieli od śledzonego jakieś 30-40 metrów. Gdy tylko widzi Wysockiego przykłada wizjer aparatu do oka i kilkakrotnie w krótkich odstępach czasu naciska spust migawki. Słychać trzask otwierającej i zamykającej się migawki, a po ułamku sekundy na kinowym ekranie widzimy zatrzymany obraz, jakby zdjęty właśnie z matówki. Obraz wypełnia półpostać Wysockiego.

I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, czym radzieccy agenci fotografują. To qui pro quo jakieś, a nie tajna agentura z końca lat 70-tych XX wieku. Na Canona ni Nikona służb stać nie było? Może choć na bratnią enerdowską Prakticę? Nic z tego, chłopaki używają Zenita ET, aparatu z zewnętrznym światłomierzem selenowym. Aparatu, którego wizjer obejmował jakieś 65% fotografowanego kadru. Jakby tego mało było, do korpusu przykręconego mają Heliosa 44! Spróbujcie zrobić standardowym obiektywem (tu o ogniskowej 58 mm) fotografię człowiekowi oddalonemu o 30 metrów, ale tak, by na zdjęciu widoczna była półpostać. Niemożliwe? Ha, radzieckim towarzyszom się udało! I to jak się udało! Nawet nie musieli w aparacie przewijać filmu z klatki na klatkę i naciągać zarazem migawki. A jak cudownie brzmiała ta ostatnia – nic a nic nie było słychać metalicznego kłapnięcia źle zamortyzowanego lustra, ani szmaciano-blaszanego świstu migawkowej kurtynki. Nie udało mi się zidentyfikować z jakiego modelu aparatu dźwiękowcy pożyczyli odgłos filmowej migawki, ale Zenit to nie był – ni hu-hu! A wiem o czym pisze, bo aparatem tym fotografowałem przez ładne kilka lat i to jeszcze w minionej epoce.

Cały ten film, to by pozostać w okolicach twórczości Wysockiego, to jeden wielki cyrk, można powiedzieć! Film o Wysockim (jak sugeruje tytuł), nakręcony tak, by właściwie niczego się o bohaterze nie dowiedzieć. No i broń Boże by Wysocki za wiele śpiewał. Owszem filmowcy zrobili wiele by widz się nie nudził. Są służby, szybka jazda, nawet loty samolotem,  jest i piękna kobieta, jest przyjaźń, zdrada i przebaczenie, wódka i narkotyki też są. I montażu nowoczesnego by się można dopatrzyć i operator robił co mógł. Że o charakteryzatorach nie wspomnę – aktor bardzo był fizycznie podobny do odtwarzanego bohatera. I niby się nie nudziłem w kinie, ale prócz nudy ominęły mnie też i wzruszenie, i radość, i niepokój, i wszystko inne czego się spodziewam po pobycie w kinie. Nic! Pustka! Za to, w niedefiniowalny sposób, ciągnie od tego filmu fałszem. A szedłem na niego z naprawdę dobrym nastawieniem. Nawet do recenzji nie zaglądnąłem. Bo lubię poezję Wysockiego. I ten jego głos...

Nie zobaczyłem na tym filmie niczego, co chciałbym zobaczyć. Widziałem za to Związek Radziecki roku 1979. I jest on cudowny, nowoczesny, kolorowy i multikulturowy. Agenci mili, samochody szybkie, kobiety umalowane jak żurnalu, pejzaże jak przekalkowane z Newady, a morfina jak zawsze najlepsza. Nowy wspaniały świat.

Obraz tego świata jest równie przekonujący jak jedyna scena fotograficzna – ta z Zenitem.

Włodzimierz Wysocki, Dialog przed telewizorem (fragmenty w tłumaczeniu Wojciecha Młynarskiego)

- Oj, Wań, nie mogę, ale clowny!
Jeden drugiemu kopa dał,
Na gębie szminką upaćkany,
A gada tak, jakby się schlał,
A ten wygląda, spójrz no, Wań,
Jak szwagier, całkiem taki sam:
Pijacka morda, nos jak kran,
No popatrz, Wań! [...]

- Oj, Wań, leliput, ale fajny!
W ścieralnym dżinsie - to jest szyk!
Takiego dżinsa w naszej tkalni
Na pewno by nie utkał nikt!
A twoi koleżkowie, Wań,
To takie łajzy - jak ty sam!
„Brzozową” chodzą chlać do bram
Od rana, Wań! [...]

- Oj, Wań, nie mogę, akrobaci!
Na te ich sztuki patrzeć strach...
Jeden zmianowy od nas z pracy
W klubie z kinkietu zwisał tak!
A ty z roboty wrócisz, Wań,
Uwalisz się jak jaki pan
I śpisz. I co ja z życia mam?
Nic nie mam, Wań! [...]

- Głupoty gadasz, a Irina,
Ta referentka z PZU?
To do niej raz na imieninach
Oczka świeciły się jak psu!
Niedługo urlop, wiesz, co, Wań,
Pojedźmy zwiedzić Jerewań...
Co mówisz, Wań? Cham jesteś, Wań!
Smutno mi, Wań

Plakat filmu "Wysocki", reż. Piotr Busłow, 2011 r.

 

Drgania i drżenia

Przez parę tygodni żona się skarżyła od czasu do czasu, że nachodzi ją wewnętrzne rozedrganie. Zastrzegła przy tym szybko, że jest to całkiem inne drżenie niż te, które zdążyła poznać zmagając się z takimi trudami życia jak np.: PMS, drżączka po nadmiernym spożyciu kawy, złość na szefową, skok ciśnienia po otwarciu koperty z nowymi rachunkami do zapłacenia, niepokój przed nagłą zmianą pogody, zmęczenie niewyspaniowe i przepracowaniowe. Z taką pewnością w głosie zapewniła mnie, że TO NIE SĄ TE TYPY DRŻENIA, że nie śmiałbym podważać jej opinii. Zaproponowałem więc wizytę u lekarza. Zrobiłem to jednak bez przekonania, bo oboje mamy wyrobione zdanie na temat polskiej służby zdrowia.

Moja żona w końcu nie poszła do lekarza, po prostu przyzwyczajała się do życia z tą nową odmianą drżenia wewnętrznego. Aż tu nagle, dzięki lokalnej telewizji, udało się powiązać dolegliwość mojej żony z pracami firmy Geofizyka Toruń prowadzonymi w okolicach. Na telewizyjnym ekranie pokazano jakieś machiny piekielne jeżdżące po polach i, poprzez mocarne uderzenia w ziemię, generujące drgania gruntu. A wszystko po to, by odkryć gdzie schowane są złoża gazonośnych łupków. A więc to tak! Machinami w moją żonę?!

Po dłuższej chwili drążenia tematu okazało się, że drgania generowane przez machiny są na tyle subtelne, że organizm ludzki nie ma prawa ich wyczuwać. Odbierać je mogą ino specjalne sondy, które rozmieszczono w całym naszym mieście i jego okolicach. Faktycznie, chodząc codziennie tym samym szlakiem na kolej, zauważyłem porozmieszczane po krzakach plastikowe pojemniki. Każdego dnia mijałem osiem takich punktów pomiarowych składających się z dwóch plastikowych pudełek połączonych ze sobą grubszym kablem i zwojami cienkich przewodów porozrzucanymi dookoła. Jeśli okoliczności przyrody na to pozwalały skrzynki były przymocowane stalową linką do jakichś mniej lub bardziej stałych punktów – barierek, słupków, drzewek. I nic dziwnego, bo skrzyneczki ładne i z pewnością mogłyby skusić jakichś zbieraczy.

Szybko przekonałem się, że faktycznie skrzynki kusiły okoliczną ludność nader skutecznie. I nawet stalowe linki okazywały się mizerną przeszkodą dla zainteresowanych. Choć lokalna telewizja nawoływała by zostawić sondy sejsmiczne w spokoju, bo nie ma w nich nic wartościowego dla zwykłych zjadaczy chleba, co krok spotykałem przejawy żywego zainteresowania nimi. Co trzy-cztery dni, średnio, obserwowałem rozbebeszone pojemniki z wyprutym akumulatorkiem i wyposażeniem. Zastępowano je nowymi, a po kilku dniach sytuacja się powtarzała. Telewizja donosiła o schwytaniu kolejnych amatorów sprzętu sejsmologicznego, pragnących dostosować go do potrzeb gospodarstwa domowego. Jeden z pojmanych tłumaczył, że chciał wykorzystać kabel do wykonania przedłużacza elektrycznego, tak niezbędnego w jego domostwie.

Mijając codziennie te zniszczone urządzenia i słuchając telewizyjnych doniesień, ogarniało mnie drżenie. Nie wynikało ono jednak z pracy piekielnych machin, ale z prostej wściekłości na ludzką głupotę. Drżałem ze zdenerwowania, gdy myślałem o złodziejach i wandalach. Żeby choć ich działania były jakoś ideologicznie uzasadnione, bo ja wiem, niechęcią wobec ewentualnej perspektywy eksploatacji łupków. Albo bojaźnią o środowisko naturalne. Żeby przy każdej zniszczonej sondzie zostawiali bilecik z napisem – Ludowy Front Wyzwolenia Kaszub – Oddziały Antyłupkowe. Ale nie, były tylko pocięte linki stalowe, przemocą otwarte skrzynki, wyrwane akumulatory i inne nieznane mi z nazwy elementy elektroniczne, poszarpane przewody, porozrzucana na trawie styropianowa wyściółka amortyzująca.

Raz jednak udało mi się opanować swoje rozedrganie  i skutecznie uwiecznić na filmie fotograficznym jedną z wciąż jeszcze nienaruszonych sond. Przedstawiam ją poniżej. Do wykonania zdjęcia posłużył mi będący właśnie w fazie testów, nowy aparat fotograficzny Kodak Retina IF. Nowy, bo właśnie dostałem go od żony. Nie całkiem jednak nowy, bo wyprodukowany w 1963 r. Wkrótce i o nim zdam relację.

Z ostatniej chwili: sfotografowana sonda nazajutrz została ukradziona, a tydzień później Geofizyka zebrała wszystkie pozostałe,  lub to co z nich pozostało. Drgania minęły, drżenia chyba zostaną jeszcze czas jakiś...

Fotografowano Kodakiem Retina IF, z obiektywem Schneider Xenar 2.8/45 mm, na filmie FujiFilm Superia X-tra 400; skan Epson V700

 

Ofiara walentynkowych emocji

Dostałem dzień urlopu na 14 lutego by móc na spokojnie podopinać ostatnie sprawy związane z otwarciem wystawy fotograficznej. Nie było ich wiele, więc mogłem ten dzień spędzić niespiesznie. Pogoda dopisała, słoneczko prześwitywało coraz śmielej między szarymi chmurami. Spokojnie zjadłem śniadanie słuchając radia i zaliczając poranny przegląd prasy. Potem powolutku wylazłem z domu by kupić jakieś słodkości i dostarczyć je do biblioteki. Tam miał być bowiem wieczorny wernisaż.

 

Miałem spory kawał drogi do przebycia, ale dzięki temu także było sporo okazji by popatrzyć sobie na ludzi. Lubię tak sobie popatrzyć. Mijałem sporo facetów z pojedynczymi różami i takich, którzy nieśli całe bukiety – wiadomo Walentynki. Było też sporo młodych par – objęci, uśmiechnięci, szczęśliwi. Przeważnie. Spotkałem też dwie pary najwyraźniej będące w sporze. Mimo kwiatów w dłoni padały ostre słowa, a spojrzenia były tak ostre, że można by się nimi golić. Unaocznienie słów napisanych dawno temu przez Wergiliusza – odi et amo – kocham i nienawidzę. Te uniesienia i emocje charakterystyczne dla wieku młodzieńczego i chyba też związków budowanych na niepewnych podstawach, z chwiejnym poziomem wzajemnego zaufania.

 

Wieczorem, już po hucznym wernisażu, (o którym było pisane tu: http://www.12frames.eu/apps/blog/pod-pretekstem-wernisa%C5%BCu ) napiliśmy się z żoną naszego ulubionego wina, włączyliśmy na noc którąś z płyt Winstona i przytuleni zasnęliśmy spokojni i szczęśliwi.

 

Rano pobiegłem na kolej by, jak co dzień, zdążyć do pracy. I prawie się na pociąg spóźniłem, bo na poboczu chodnika znalazłem ofiarę wieczornych lub może nawet nocnych walentynkowych  emocji. Jakoś tak przejmująco wyglądał. Chyba mnie poruszył, bo wyhamowało mnie w miejscu i zacząłem się szamotać z plecakiem by znaleźć i wyjąć aparat fotograficzny. Tym razem miałem ze sobą otrzymanego niedawno w prezencie od żony, a jakże, ślicznego Kodaka Retinę IF. Napiszę o nim wkrótce, bo wart jest wzmianki. Jako, że Retina nie ma własnego dalmierza, szybko zmierzyłem odległość zewnętrznym dalmierzem Telex, a uzyskane wartości przeniosłem na właściwy pierścień obiektywu. Potem ustawiłem parametry naświetlania według  selenowej miarki wbudowanej w obiektyw i nacisnąłem spust migawki. Piękny cichutki dźwięk migawki centralnej dał mi znać, że zdjęcie zostało zrobione. Pobiegłem na kolej szybciej niż zwykle – zdążyłem.

 

A dziś odebrałem z labu (o którym też wkrótce słówko napiszę, choć może nie warto) wywołany film – Fujifilm Superię X-tra 400 i mogę się podzielić fotografią ofiary. I jest to chyba jej jedyne zdjęcie, bo kiedy wracałem z pracy pobocze chodnika było już puste.

Fotografowano Kodakiem Retina IF,z obiektywem Schneider Xenar 2.8/45mm, na filmie Fujifilm Superia X-tra 400; skan Epson V700

 

Byłem na Matterhornie

Matterhorn, to duża góra, jak na standardy europejskie. Tak duża, jak duża może być odległość dzieląca ludzi żyjących tuż obok siebie, w wiejskiej społeczności kalwinistycznej, gdzieś na niderlandzkiej prowincji. Szlak wiodący na szczyt Matterhornu jest tak trudna jak przełamywanie przyzwyczajeń i poglądów w których tkwią ludzie. Droga na Matterhorn wymaga wysiłku innego rodzaju, ale na pewno tak intensywnego, jak ten, który trzeba wykonać by skruszyć bariery dzielące ludzi. Matterhorn jest piękny jak porozumienie bez słów między przyjaciółmi, jak widok dwojga kochających się ludzi, jak wiara dziecka w to co nie do uwierzenia.

 

Reżyserskiemu debiutantowi Diederikowi Ebbingemu udało się pokazać wiele z tych rzeczy, o których napisałem wyżej. Chłód narracji, minimalizm aktorskiej gry, prostota zdjęć, cisza, oszczędność słów, dobór obsady – wszystko przysłużyło się Matterhornowi. Taki  właśnie tytuł nosi film Ebbingego.

 

Czemu piszę o filmie? Temu, że podobał mi się. I jeszcze dlatego, że jeden z bohaterów, Kamps, fotografuje czasem. Przesiąknięty gorliwością religijną, samotny mężczyzna sięga po  pięknego srebrnego Pentaxa K1000 wiszącego na staromodnym szerokim pasku, i robi  zdjęcia kwiatom. Przez krótką chwilę możemy nawet zajrzeć do jego ciemni fotograficznej. Zobaczymy w niej swojskiego Opemusa 5 i drugiego swojaka marki Durst. No i zdjęcia, tak, kwiatów też. Głównie jednak ludzi.

 

Nie zdjęcia jednak są istotą filmu Matterhorn. Są nią relacje międzyludzkie. To naprawdę przyzwoity film. Nie rozumiem tylko czemu na kinowej ulotce reklamują go jako komedię. Bo ludzie wolą śmieszne filmy? Ten nie był śmieszny, ani przez chwilę.

 

Warto iść na Matterhorn.

Kadr z filmu "Matterhorn", reż. Diederik Ebbinge, 2013 r.

Kadr z filmu "Matterhorn", reż. Diederik Ebbinge, 2013 r.

Plakat filmu "Matterhorn", reż. Diederik Ebbinge, 2013 r.

 

Pod pretekstem wernisażu

Otwarcie wystawy moich zdjęć z Harcu, które odbyło się w miniony piątek, udało się nadzwyczajnie. Oczywiście obawiałem się, że frekwencja będzie raczej żałosna, zwłaszcza, że był to piątek i ludność zmęczona tygodniem pracy marzy raczej o wannie pełnej gorącej wody; zwłaszcza, że otwarcie przypadło na walentynki; zwłaszcza, że Wejherowo to dla wielu ludzi koniec świata; zwłaszcza, że kogo tak naprawdę obchodzi fotografia.

 

Kiedy jednak przyszło, co do czego, okazało się, że wernisaż stał się doskonałą okazja do spotkania wielu ludzi, którzy już od dawna próbowali się spotkać w szerszym gronie. Próbowali się umówić w Gdańsku, próbowali w Sopocie, i w Gdyni też próbowali. I zawsze coś nie wychodziło. I nagle – przyjechali do Wejherowa. Co poniektórzy zabrali ze sobą mężów, żony, metresy i kochanków.

 

Miło mi było oglądać ten radosny i energetyczny dość tłum. Prócz bandy trójmiejszczan przyszło też sporo miejscowych, z których zwartą grupą zaprezentowali się przedstawiciele Nadmorskiej Grupy Fotograficznej. Od samego początku istnienia Grupy kibicuje ich poczynaniom, więc miło mi było i ich powitać.

 

Po, gawędziarskiej w tonie, rozmowie zgrabnie poprowadzonej przez pomysłodawcę wystawy, Marcina Fedoruka, i krótkim pielgrzymowaniu między antyramami, nastąpiło błyskawiczne rozdanie symbolicznych wystawowych katalogów. Potem zaś był czas na rozmowy w podgrupach. Przemieszczałem się po Sali ruchem skoczka szachowego, próbując choć chwilę spędzić z każdym z gości. A było ich tak wielu, że chyba się nie wywiązałem.

 

Z podsłuchów poczynionych podczas pielgrzymowania po Sali wynikało, że mówiło się głównie o życiu, kobietach/mężczyznach*, literaturze, a chwilami nawet o fotografii. Jak zauważyłem, końca rozmów by nie było, dopiero dyskretna sugestia Pani Dyrektor sprawiła, że towarzystwo zaczęło się zbierać. Daleko jednak przemieszczać się nie trzeba było. Sporą grupą zakotwiczyliśmy tuż obok biblioteki, w kawiarni „Dobre czasy”.

 

 I ja tam byłem i pszeniczne piwo piłem.

 

PS

W załączeniu kilka fotografii ze spotkania. Ich autorem jest Piotr Tylski z Nadmorskiej Grupy Fotograficznej. Piotrze, bardzo dziękuję za udostępnienie zdjęć.

 

*niepotrzebne skreślić

 
 
 
 
 
 

 

 

Kilka śladów Asi

*Cztery lata temu Asia pomagała mi stawiać pierwsze kroki na grząskim gruncie InDesigna. Przeprowadziła mnie przez podstawy podstaw tak skutecznie jak Mojżesz Żydów przez Morze Czerwone.

 

*Dwa lata temu żegnałem się z Asią po firmowej „optymalizacji”, by jakiś czas później znów się z nią witać. Zdecydowała się przyjmować zlecenia. Znów spotykaliśmy się na korytarzu, w kuchni, przy biurku.

 

* W zeszłym roku przeczytałem wiersz Asi:

grafitowym śladem

na bielonym

skrawku drzewa

stają się

moje myśli

 

*Cztery dni temu wysyłałem Asi zeskanowaną klatkę z negatywu, który wypełniłem fotografiami zeszłego lata. Przy okazji testowania mojego nowego aparatu fotograficznego, Olympusa XA, Asia spojrzała w jego obiektyw. Zdjęcie wyszło pierwszorzędnie - Asia spokojna, ładna i pogodna. Z błyskiem w oku. Kiedyś może pokażę to zdjęcie. Ale nie dziś.

 

* Bo wczoraj dowiedziałem się, że Asia umarła. Miała trzydzieści dziewięć lat.

 

Drugi dom na papierze

Jakby, kto miał wolną chwilę i przebywał 14 lutego na Pomorzu Gdańskim, to może zechce wpaść na wernisaż wystawy fotograficznej. Odbędzie się on, zgodnie z tym co pokazano niżej, w Bibliotece Miejskiej im. A. Majkowskiego w Wejherowie. Potrwa pewno ze dwa kwadranse. Szału i fajerwerków nie należy się spodziewać - około czterdziestu czarno-białych (głównie) fotografii w nieolśniewającym gabarycie 30x45. Przestrzeń wystawiennicza też nie jest ani wstrząsająco obszerna, ani doskonale dostosowana do tego typu wystaw. Ale i tak jest chyba lepsza niż korytarze sklepów wielkopowierzchniowych.

Tematycznie, pokazywane zdjęcia związane są z miejscem, które jest dla mnie drugim domem. Jako, że jest ono naprawdę bliskie mojemu sercu, to walentynkowy termin otwarcia wystawy zdaje mi się całkiem dobrym. Nie wiem jeszcze jak długo organizatorzy będą pokazywać moje zdjęcia z Harcu, ale sądzę, że pewno ze dwa tygodnie.

Zapraszam!

 

Requiem dla czułej natychmiastowości

 Cicho, po cichutku FujiFilm postanowił zakończyć produkcję ładunków do fotografii natychmiastowej FP-3000B. Zdaje się, że linia produkcyjna ma być zatrzymana już w lutym 2014 r. Oczywiście w sieci pojawiły się przecieki. Już pod koniec jesieni 2013 r. amerykańskie fora dyskusyjne związane z fotografią zaczęły dywagować – prawda to czy plotka. Odpowiedź producenta na pismo jednego z forumowiczów rozwiała wszelkie wątpliwości. Tak, to koniec.

 

Kolejny materiał fotograficzny przechodzi w niebyt. Owszem, drogi, ale za to znakomity. Już wcześniej FujiFilm zarzucił produkcję natychmiastowych materiałów FP-100B, FP-100C 4x5, FP-3000B 4x5. Pozostają więc w produkcji, nie sądzę jednak by na długo, ładunki FP-100C i FP-100C SILK.

 

Będzie mi brakować FP-3000B. To jedyny tak czuły materiał natychmiastowy na rynku. Fajny nie tylko ze względu na czułość. Jest też drobnoziarnisty. No i dwuskładnikowy – lubiłem tę chlorową zabawę w odzyskiwanie negatywu. Po skopiowaniu na papier o twardej gradacji, wywołany kontrastowym wywoływaczem, dawał naprawdę ciekawe efekty.

 

Pozostaje zacisnąć pasa, zweryfikować budżet domowy i kupić spory zapas FP-3000B, bo z ostatniej weryfikacji moich zasobów wynika, że zostały mi tylko dwie paczki – 20 klatek. I zapasy trzeba zrobić dość szybko, bo się rynek lada moment zorientuje i ceny poszybują w kosmos. Tak, jak poprzednio stało się z oryginalnymi ładunkami Polaroida, po zaprzestaniu produkcji. Tak jak się stało z FP-100C 4x5, które z lubością naświetlałem za pośrednictwem Tachihary.

 

Ile bym nie kupił tych zapasów, będzie mi za mało. Skończą się za szybko. A wtedy co? Fotograficzne kasety polaroidowe wywalić by chaty nie zagracały, do muzeum oddać? A może lepiej zachować? A nuż znajdą się jacyś pasjonaci, tacy jak ci od Impossible Project i wyprodukują coś podobnego. Coś, co by rozmiarowo pasowało do kaset. Może...

 

Cóż, mam jeszcze czas na decyzję. Póki co, zbieram pieniądze na zapasy. Macie pożyczyć bezprocentowo parę stówek na długi termin zwrotu? W zamian sfotgrafowałbym was chętnie na tym pięknym, czułym i natychmiastowym materiale.

Przypatrzcie się dobrze, bo niedługo widok takiej paczki będzie rzadkością

Przerwany film

Żeby dostać się do lekarza musiałem wstać o piątej trzydzieści rano. Jadąc godzinę kolejką próbowałem przysnąć jeszcze na chwilę. Ktoś głośno rozmawiał przez telefon. Jakby z antypodami rozmawiał. Krzyczał prawie. Jakby jego telefon nie był komórkowym cudem techniki, a parą blaszanych pudełek po paście do butów połączonych drutem. Nie zasnąłem.

 

Potem szybki marsz do okienka rejestracji, bo tam już pewno tworzy się długa kolejka. Tworzyła się, ale wciąż nie była na tyle długa by groziło mi nieprzyjęcie do lekarza. Udało się. System ewidencji zidentyfikował mnie, a pani w okienku powiedziała – proszę przyjść o godzinie 9.40, gabinet 117. Spojrzałem na zegarek, była siódma dwadzieścia.

 

Wyszedłem z przychodni i zacząłem się snuć, by jakoś zabić czas. Powlokłem się w dowolnie wybranym kierunku. W mijanym sklepiku kupiłem dwie buły i kefir. Zjadłem i wypiłem. Pieczywo jeszcze obleci, ale kefir, to już tylko cień kefirów sprzed lat. Mdły cień. Niewidoczny właściwie.

 

Szedłem dalej bez celu, byle przeczekać do wizyty u lekarza. Opuściłem znane sobie okolice. Znalazłem się na ulicach, których istnienia nawet nie podejrzewałem. I nie wyglądały one reprezentacyjnie. Nie wiem, może to kwestia pogody – szaro było, buro jakoś tak. A może to kwestia pory dnia świt był, szarzało dopiero.

 

Sięgnąłem do kieszeni kurtki, po mój fotograficzny notesik. Dokończę film założony onegdaj – pomyślałem. Wlokąc się noga za nogą, fotografowałem. Od niechcenia. Bo taki dzień i taka pora. I fotografowania nie miałem w planach. Chciałem tylko iść do lekarza. Bo boli.

 

A im dalej odchodziłem od reprezentacyjnej alei, przy której stoi moja przychodnia lekarska, tym bardziej bolało. Teraz jednak bolało już co innego, trochę oczy i trochę dusza, jakby. To od patrzenia na to, co dookoła.

 

Minąłem sklep spożywczo-monopolowy „Jaś II”, który wyglądał jak sklep spożywczo-monopolowy, tyle, że sprzed trzydziestu lat. Wiem, bom się w takich sklepach zaopatrywał. Wtedy. I one wszędzie tak samo wyglądały, czy to Zielona Góra, czy Elbląg. Tak jak fastfoody obecnie.

 

Minąłem fabryczny mur, przy którym postawiono salonową kanapę. Mokra była i z lekka chyba już butwiała. Wyglądała jakby stała tu od co najmniej od ubiegłego lata. Oj, musiało się tu dziać. Z młodości pamiętam, co prawda jak przez mgłę, ale jednak, jak z wiejską młodzieżą wsi mojej rodzinnej spędziłem parę wakacyjnych nocy na podobnie zaimprowizowanych meblach. Z rąk do rąk – krążyła przekazywana butelka bardzo niedrogiego wina. Na więcej nocy zabrakło mi sił i zaangażowania. Wolałem jednak towarzystwo książek.

 

Kawałek dalej porzucona stróżówka jakiegoś magazynu. I człowiek pokrzykujący do mnie zza zardzewiałej siatki zwieńczonej kolczastym drutem. „Dla gazety jakiejś pan fotografuje?” – usłyszałem. „Bo tak się składa, że jestem właścicielem tego budynku” – kontynuował człowiek zza zardzewiałej siatki. Uspokoił się, kiedy podszedł bliżej i zobaczył mój malutki aparacik Petri ES Auto. A znikł zupełnie, gdy zapewniłem go, że fotografuję bo malownicze jest to co widzę, i z sentymentu, bo przypomina mi młodość. Pewno uznał mnie za nieszkodliwego wariata.

 

Doszedłem do ulicy Twardej, numery 10-12. Powinna się ta ulica nazywać Smutną. Zrobiłem kilka zdjęć. Szedłbym pewno dalej, trochę jak w jakiej hipnozie. I nie wiem, ile bym tak jeszcze szedł, gdyby mi się mój fotograficzny notesik nie zaciął. Oczywiście – na osiemnastej klatce! Szarpanie się z dźwignią przesuwu i trzask zrywanego filmu wyrwały mnie z letargu. Przypomniałem sobie o wizycie u lekarza. Poszedłem, a za mną jakiś czas szło dwóch chrząkających, kaszlących i spluwających na lewo i prawo lokatorów budynku na Twardej 12. Sądząc z odgłosów, bardziej niż ja nadawali się na wizytę u lekarza. Skręcili jednak wkrótce w inną stronę. Do sklepu spożywczo-monopolowego „Jaś II”.

Fotografowane pod koniec kwietnia 2013 r. w Gdańsku, aparatem Petri ES Auto, na filmie Ilford Delta 100, który wywołano w wywoływaczu Paterson FX-39 (1+14). Negatywy zeskanowano Epsonem V700. Reszta zdjęć we wpisie - to samo. ...

 

W dobre ręce

Jak pisałem ostatnio (tu: http://www.12frames.eu/apps/blog/coroczne-zaskoczenia), dobry Mikołaj przyniósł mi pod choinkę aparat fotograficzny Polaroid Land Camera 101 Automatic. Kamera już oczyszczona, polutowana i zaopatrzona w stosowny odpowiednik baterii. Migawka działa jak złoto, dalmierz jest dobrze zestrojony z ustawianiem ostrości – pierwsza, testowa paczka zdjęć już wykonana. W oczekiwaniu na dłuższe i bardziej świetliste dni poniosłem aparat do swojej fotograficznej szafy, dobrze chroniącej sprzęt przed kurzem i wszechobecnymi w naszej chałupie kotami. I się zdziwiłem…

 

Dłuższą chwilę stałem przed otwartą szafą nie mogąc uwierzyć, że tak nagle skończyło się w niej miejsce. Jak, to nie ma miejsca? Przecież, to bardzo obszerna szafa jest! Szukałem i na górnych półkach i na tych dolnych, za którymi nie przepadam. Faktycznie nie było gdzie wetknąć nowego sprzętu! Wszędzie aparaty, obiektywy, koreksy, lejki, menzurki, rolki, cuda-wianki.

 

Pokręciłem się chwilę zdezorientowany i wróciłem z aparatem do pokoju. Przysiadłem na kanapie i poczochrawszy się po łbie uznałem, że czas przewietrzyć szafę – sprzedać coś, co pozwoli na upchnięcie „stojedynki”.

 

Decyzja nie była łatwa. Ze trzy godziny przekładałem zawartość szafy to w jedną, to w drugą stronę.  Padło na aparat – Polaroid Land Camera 320 Automatic.  Czemu? Bo jest niemal taki sam w formie jak otrzymana właśnie „stojedynka”. Ma tylko nieco gorszy obiektyw, brakuje mu gwintu statywowego, jego dalmierz/wizjer się nie składa, a korpus jest plastikowy. W istocie, to niewielkie różnice, zwłaszcza, że tą „trzystudwudziestką” zrobiłem przez trzydzieści lat naprawdę sporo fajnych zdjęć. Ostatnio fotografowałem nią dwa miesiące temu, podczas akcji „Movember” (zdjęcia z akcji tu: http://www.12frames.eu/#!gallery/vstc2=movember), spisała się świetnie. Mimo to zdecydowałem się ją sprzedać. Mając dwa bardzo podobne aparaty sięgałbym po ten ciut lepszy, a „trzystudwudziestka” walałaby się po szafie.

 

Wciąż jednak się wahałem, bo mam sentyment do tego aparatu. To pierwszy sprzęt fotograficzny jaki kupiłem sobie za granicą. A było tak. W roku 1991, w ramach wymiany studenckiej z Otto von Guericke Technische Hochschule wywieziono mnie z grupą studentów do Magdeburga. Przez tydzień obwożono nas po anhalckich atrakcjach historycznych. Jeden z dni spędziliśmy w Luterstadt Wittenberg, w którym to zobaczyliśmy i kościół miejski w którym Luter wygłaszał swoje kazania , i kościół zamkowy, na wrotach którego Luter podobno wywiesił w 1517 r. swoje 95 tez. Zwiedzaliśmy także dom Marcina Lutra, w którym zgromadzono sporo oryginalnego wyposażenia, a resztę pieczołowicie odtworzono. W rekonstrukcjach mebli zadbano nawet o dziury wygryzione jakoby przez korniki. Jak opowiadał przewodnik wykonano je strzelając do mebli z dubeltówki bardzo drobnym śrutem. Może to i prawda, ale jak znam przewodników, to lubią oni dla własnej zabawy pleść rozmaite androny.

 

Ze zwiedzaniem uwinęliśmy się dość szybko, więc organizatorzy ogłosili przed powrotem do Magdeburga dwie godziny czasu wolnego na łażenie po miasteczku. Dużo się nie uchodziłem. Spędziłem cały ten czas w znalezionym przy placu ratuszowym sklepie fotograficznym. Sprzedawano tam zarówno nowe sprzęty, jak i egzemplarze antykwaryczne. Sklep był niewielki, jednak jego asortyment zrobił na mnie ogromne wrażenie. Na antykwarycznych i sklepowych półkach pyszniły się wszystkie modele Praktik, o których onegdaj marzyłem, no i kapryśny lecz za to średnioformatowy Pentacon Six. Sporo zachodniego sprzętu – Canony, Nikony, Pentaxy…  A wszystko absolutnie poza moim zasięgiem finansowym.

 

Starszy, jowialny sprzedawca uprzejmie zapytał czy w czymś może pomóc, coś podać. Wydukałem szkolnym niemieckim, że tylko pooglądam. A w przypływie słowiańskiej szczerości dodałem, że raczej na nic stać mnie nie będzie. Słysząc taki „niemiecki” sprzedawca się uśmiechnął i zaczął wypytywać – a skąd, a dlaczego,  a po co… . Na tyle, na ile mi starczyło słownictwa rozmawialiśmy też o sprzęcie fotograficznym, a raczej o moich wyobrażeniach o sprzęcie. Facet cierpliwie podawał mi kolejne egzemplarze aparatów, pokazywał, tłumaczył. Wtedy po raz pierwszy miałem w rękach Canona A1 i Nikona F4. Kiedy tylko ich dotknąłem postanowiłem nabożnie, że w tym tygodniu już rąk nie umyję.

 

Nawet nie zauważyłem kiedy minęły dwie godziny i trzeba się było zbierać. W rozpaczliwym geście wyjąłem z kieszeni zwitek wymiętych marek niemieckich otrzymanych na początku pobytu w Magdeburgu jako kieszonkowe. Było tego rozpaczliwie mało, a ja tak bardzo, tak bardzo chciałem wyjść z tego sklepu z czymkolwiek.  Sprzedawca sięgnął wtedy za siebie jeszcze raz i podał mi szarą plastikową kostkę – może kupisz ten aparat? Sprzedam ci go taniej, bo na cokolwiek innego zabraknie ci pieniędzy. To Polaroid z 1969 roku. Cooo, mój rówieśnik? Kiwnąłem tylko głową, bo z emocji straciłem na chwilę zdolność mówienia. Aparat dostałem za ¾ wywieszonej ceny, a do tego jako startowy gratis – przeterminowany o rok film. Wyszedłem z Polaroidem 320 w rękach i ze szczęściem w oczach. Zdaje się, zę z tych emocji nawet nie podziękowałem miłemu sprzedawcy.

 

Teraz sprzedaję „trzystudwudziestkę”. Być może robię to dlatego, że wiem w czyje ręce trafi ten aparat. Wiem, że nie będzie walał się po szafach. Będzie nadal fotografował. Dlatego sprzedam go za ¾ rynkowej wartości.

 

Aniu, życzę wielu emocji związanych z fotografowaniem tym aparatem. No i samych udanych ujęć!

 

Coroczne zaskoczenia

Lubię czekać na gwiazdkowe prezenty, bowiem Mikołaj bardzo twórczo podchodzi każdego roku do sugestii podarunkowych, które ślę mu zwykle jeszcze w listopadzie. Tyle lat już dostaję od niego zakręcone prezenty, baaardzo luźno wiążące się z tym, co było w tak  pieczołowicie sporządzanej specyfikacji, że właściwie powinienem się już przyzwyczaić. I się przyzwyczaiłem. Do tego, że nigdy nie wiem co dostanę. I podoba mi się to.

 

W tym roku gdzieś na czele listy były rozmaite albumy fotograficzne, a przewodził im album Legacy, Joela Meyerowitza. Po prawdzie w to, że otrzymam ten akurat album nie bardzo wierzyłem, bo dość drogi jest, a przecie w Mikołajowym budżecie, jak wszędzie – kryzys.   Nie spodziewałem się, że dostanę ten album i go nie dostałem.  Paczuszka zawierała jednak coś związanego z fotografią.

 

Po błyskawicznym rozszarpaniu papieru prezentowego ukazał się złożony w zgrabną prostokątną kosteczkę aparat fotograficzny. Polaroid Automatic 101 Land Camera rocznik 1964. Towarzyszyła mu wykaligrafowana na ozdobnym kartoniku informacja – „Nie wiem czy sprawny, ale wygląda uroczo, możesz sobie na półeczce postawić”.

 

Mam już podobny aparat, ale mój dotychczasowy model to Polaroid Automatic  Land Camera 320 z roku 1969. Od przybytku głowa nie boli, pomyślałem i wziąłem się za przegląd techniczny nowego nabytku.

 

Korpus okazał się w większości metalowy, nooo to jest dla mnie progres w porównaniu z plastikową trzystudwudziestką. Przewagą stojedynki jest też umieszczenie u dołu korpusu gniazda statywowego. Wreszcie nie trzeba będzie szukać jakichś improwizowanych podpórek. Mechanizm składania i rozkładania miecha jest w obu moich Polaroidach taki sam, podobnie jak i pomiar światła przez soczewkę obok obiektywu. W obu aparatach możliwe jest wprowadzanie korekty ekspozycji za pomocą pokrętła wokół obiektywu (darker-lighter). Zmienia się wówczas czas otwarcia centralnej migawki, w zakresie od 10 sekund do 1/1200 s. Przysłona pozostaje  niezmienna i dla ładunków o czułości ASA 75 jej wartość to  f/8,8, zaś dla ASA 3000 - f/42.

 

Oba aparaty dostosowano do używania ładunków o czułością ASA 75 lub 3000. Można zatem pakować do środka albo mocno już przeterminowane ładunki Polaroida lub ładunki FP-100C (kolorowe) i FP-3000B (czarno-białe) wciąż produkowane Fujifilm. W obydwu przypadkach wielkość uzyskiwanego zdjęcia to 8,5x10,8 cm.

 

W obu moich polaroidach ostrość i kompozycję ujęcia ustawia się zerkając w jedno z dwóch okienek plastikowego wizjera. Okrągłe okienko jest od ostrości, prostokątne od kadrowania. Patrząc w okrągły wizjerek jednocześnie przesuwa się w lewo lub w prawo dwa suwaki w górnej części prowadnic miecha.  Obserwując nakładanie się jaśniejszych plamek z obrazem w wizjerze wiemy, że ostrość jest ustawiona, gdy wizjerowe obrazy idealnie się na siebie nałożą. Czyli jest to mechanizm dalmierzowy znany większości fotografistów z czasów Zorki i Feda. W obu moich Polaroidach plamki dalmierzowe są na tyle jasne, że mimo swojej wysokodioptrycznej wady wzroku nie miałem najmniejszego problemu ze złapaniem ostrości. Trzeba jednak pamiętać, że ostrości nie da się ustawić w odległości mniejszej niż jakieś 1,7 metra. Nie da się  zatem tym sprzętem zrobić bliskiego portretu. Chyba, że... jest się posiadaczem modelu 101 (i paru innych) i dokupi się do niego zestaw nasadkowy na dalmierz i obiektyw. Drogi jak pies jest ten zestaw, więc sobie na razie go daruję.

 

Biała rameczka umieszczona w wizjerze do kadrowania uwzględnia ponoć korektę błędu paralaksy, ale robi chyba to bardzo zgrubnie, bo fotografując trzystudwudziestką nim się przyzwyczaiłem sporo grzywek obciąłem fotografowanym ludziom. Ciekawe jak będzie ze stojedynką, bo ramka w wizjerze jest taka sama. Za to wizjer tego aparatu można złożyć do środka po skończonym fotografowaniu. Przez to spakowany Polaroid 101 wygląda ciut zgrabniej niż Polaroid 320 ze stałym wizjerem wystającym poza obudowę.

 

Sprawdziłem szybciutko czy w dostarczonym przez Mikołaja komora filmu jest czysta. Czy rolki stalowe, które wyciskają chemię wywoływawczą na zrobione zdjęcie, nie są zardzewiałe i czy się poruszają. Wszystko jest w najlepszym porządku.

 

Zaglądnąłem też do komory z baterią, która zasila światłomierz i migawkę. Tu niestety zastałem rozpierduchę. Poprzedni właściciel najwyraźniej zrobił „konwersję” aparatu bardzo charakterystycznej i zarazem trudnej dziś do dostania baterii 4,5 woltowej na cokolwiek innego. Zastałem wyłamane plastikowe elementy komory, wylany elektrolit i jakieś toporne kable wlutowane chyba kolbą lutowniczą przeznaczona do spajania blach dachowych, wiecie, taką rozgrzewaną w piecu węglowym. Nie wyglądało to dobrze, ale doczyściłem, doszorowałem, wylutowałem, przylutowałem na nowo to i owo. I teraz aparat ma działać na trzy bateryjki AAA. Sprawdziłem bez zakładania ładunku – migawka działa i otwiera się na różny czas, wyraźnie zależny od natężenia światła. Jest zatem szansa, że już wkrótce dzięki  temu dobrze naświetli mi pierwsze ładunki.

 

Na koniec zajrzałem w obiektyw, i tu czekała mnie miła niespodzianka. Nie dość, że czysty, to jeszcze składa się ten obiekty w trzech soczewek – szklanych!!! Nie to co moja stara dobra trzystadwudziestka – dwie plastikowe soczewki. Czyli obraz uzyskiwany moim gwiazdkowym prezencikiem powinien choć trochę ostrzejszy, może bardziej kontrastowy, a nawet lepiej oddający kolory rzeczywistości?

 

Się zobaczy! Wkrótce. A już teraz, bardzo dziękuję tej/temu Mikołaju, za wspaniały, zupełnie nieoczekiwany podarek.

 

Pierwszy raz z Petri ES Auto

Pamiętacie, onegdaj wszedłem w posiadanie małego japońskiego dalmierzyka – Petri ES Auto. Pisałem o tym tu: (http://www.12frames.eu/apps/blog/na-osiedlu-już-wiedzą). Idealny notesik fotograficzny – mały (13x8x5 cm), lekki (0,5 kg), ma jasny obiektyw (f 1,7) i cichą centralną migawkę o sporej rozpiętości czasów (Seiko, 2 s – 1/1000 s). Problemem było zasilanie – rtęciowa bateria o napięciu 1,35 V. Nie wiedząc czy aparat w ogóle jest sprawny postanowiłem nie inwestować w poszukiwania idealnego odpowiednika baterii, których nie produkuje się od lat. I u pierwszego lepszego zegarmistrza kupiłem srebrową bateryjkę o napięciu 1,5 V. Srebrową, bo ma odpowiednią charakterystykę rozładowywania, a od tego zależy powtarzalność pomiarów światłomierza. Czyli sprawa dość istotna ;-). Rozmiarowo bateryjka nie bardzo pasowała do komory w aparacie, lecz od czego jest folia aluminiowa?! Ładnie się ugniotła i dobrze wypełniła nadmiar miejsca w komorze bateryjnej.

Na początku kwietnia, gdy świat jeszcze skrywały śniegi włożyłem do aparatu film, czarno białą AgfęPhoto APX 100, dość nieczułą na błędy naświetlania. Miałem nadzieję, że różnica napięcia między baterią dedykowaną, a tą którą włożyłem w zastępstwie, spowoduje taką różnicę w parametrach naświetlania, że czarno-biały film da radę ją udźwignąć. No i zacząłem fotografować.

Szło dobrze. Pomiar światła działał, migawka była dość cicha, choć dźwięk jaki wydawała był hmmm, mocno nietypowy. Był niepodobny do niczego co do tej pory słyszałem obsługując aparaty. Wizjer dalmierza nie sprawiał kłopotów – jest wystarczająco jasny i kontrastowy. Obsługa aparatu była banalnie prosta. Do osiemnastej klatki.

Kiedy licznik klatek pokazał numer 18, nie udało mi się dalej przewinąć filmu. Coś się zacięło. Próbowałem lekko cofnąć film korbką przewijania wstecznego, a następnie kontynuować fotografowanie. Nie udało się. Osiemnasta klatka i koniec! Oczywiście spróbowałem też użyć nieco siły by w ten sposób wymusić dalsze przewijanie filmu. No i zerwałem perforację. A nawet więcej niż perforację. Rozdarcie filmu sięgnęło 1/3 głębokości klatki.

Po wyjęciu filmu w domu i załadowaniu go do koreksu próbowałem w aparacie zlokalizować przyczynę zacięcia. Niczego nie znalazłem. Wszystkie mechanizmy funkcjonowały bez zarzutu. Widocznie ja coś schrzaniłem przy zakładaniu błony. Następną razą trzeba uważać – pomyślałem. I zakładając drugi film byłem już bardzo czujny, jak pies podwójny.

Film pierwszy wywołałem dopiero niedawno, bo jak zawsze czekałem aż nazbiera mi się nieco więcej materiałów w koreksach. Dryugi film naświetlony w jednej trzeciej wciąż czeka w aparacie na dokończenie. Po wyjęciu z koreksu pierwszego filmu naświetlonego w Petri ES Auto okazało się, że światłomierz działa poprawnie, mimo niewłaściwej baterii, a migawka, przesłona i obiektyw dobrze spełniły zadanie.

Czyli co? Mam fajny notes fotograficzny, który mieści się w kieszeni kurtki lub bojówek. Ekstra!

 

 

 

 

 

 

 

 

Na osiedlu już wiedzą, czyli jak trafił do mnie kolejny aparat

Bo Pan to zbiera takie różne rzeczy, no nie? Tak zaczepił mnie na środku osiedla pięćdziesięciolatek z wąsami, którego znam tylko z widzenia, jak to w blokowisku. Troszkę mnie zatkało. Tak szybko rozniosło się, że jestem śmieciarzem? A przecież starałem się z tym nie obnosić, jakim więc cudem?! Ochłonąłem szybko, bo Znajomy Tylko z Widzenia gładząc obfite wąsiska kontynuował wypowiedź. Bo ja to pana czasem widzę, jak pan fotografuje. Takimi starymi aparatami. No i tak sobie pomyślałem, że może się panu nada jeden taki, co go znalazłem ostatnio w składziku u szwagra wew Gdyni. Jakby pan chciał to przyniosę, co? Aaa o aparat chodzi, fotograficzny? – upewniam się. Noo, aparat, aparat, JAPOŃSKI panie, ale nie wiem, kurka, czy dobry jest. Bym wywalił, ale może szkoda, bo może dobry. Będziesz pan chciał, to go sobie pan weźmiesz.

Nazajutrz „se go wziąłem”. Za 30 złotych polskich. Se go wziąłem, bo po pierwsze primo zawsze jestem ciekaw sprzętu fotograficznego, zwłaszcza takiego, którego wcześniej nie widziałem. A po drugie primo, dusza by mi pękła jakbym się dowiedział, że analogowy aparat fotograficzny wylądował na śmietniku. Se go wziąłem, choć nie powinienem, bo przy aktualnym poziomie napięcia budżetu domowego należałoby uszanować każdy banknot dziesięciozłotowy. No i nie uszanowałem.

Mam za to na stole kolejny aparat fotograficzny. Kiedy se go brałem, to brudny był jak nieboskie stworzenie. Zakurzony cały, a przednią soczewkę obiektywu usmotruchano chyba kremem Nivea. Powolutku, powolutku i doczyściłem z grubsza. Z oględzin podczas czyszczenia wynika, że całkiem ładnie zachowany jest ten mój nowy nabytek. Z mechanicznych uszkodzeń widać jedynie pęknięte szkiełko wizjera, co jednak nie przeszkadza w ustawianiu ostrości, oraz delikatne wgniecenie blachy korpusu, też raczej bez znaczenia.

Malutki jest. Zawsze chciałem mieć taki mały aparacik, który mógłbym nosić sobie w kieszeni kurtki. Notesik fotograficzny. Ale stać mnie nigdy nie było, więc zwykle naszam w plecaku albo średnioformatowe cegiełki z dwoma obiektywami (tak na wszelki wypadek), albo pancernego w konstrukcji i masie Nikona F4, albo po prostu rezygnuję z wkładania do plecaka czegokolwiek fotograficznego. Każdej zimy, kiedy tracę moc fotograficzną i ochotę na noszenie aparatu, zdarza mi się żałować, że nie mam go akurat wtedy, gdy kadr się trafiał piękny, albo zabawny. Mógłbym pewnie nosić cyfrowego głuptaka mojego syna, bo gabaryt ma akuratny. Ale obiektyw ma mroczny jak sumienie faszysty, no i szumi jak program drugi telewizji w latach 80. dwudziestego wieku. A najważniejsze jest to, że niestety mam ja uczulenie na fotografię cyfrową. Ilekroć sięgam po cyfraka, pojawia mi się wysypka na rękach i innych częściach ciała. I to nawet wtedy, kiedy sięgam po lustrzankę! Dlatego prawie nie sięgam.

Kiedy tak sobie czyściłem wieczorem nowo nabyty aparat, to myślałem, że spełnia on moje wyobrażenie o fotograficznym notesiku. Dalmierz, który jest mały (13x8x5 cm), dość lekki (0,5 kg), a przy tym bardzo solidny. Ma czterdziesto milimetrowy jasny obiektyw (f 1,7) o przyzwoitej konstrukcji optycznej (sześć soczewek w czterech grupach), preselekcję przysłony, wbudowany światłomierz i solidną oraz zapewne cichą migawkę centralną Seiko, która otwiera się w zakresie czasów od 2 sekund do 1/1000 sekundy. Prawie wszystko czego potrzebuję. Noo może wizjer by się przydał lepszy, taki z porządną korekcją paralaksy. I jeszcze żeby w wizjerze lub gdzieniebądź pokazywał czas naświetlania dobrany przez światłomierz do ustawionej przysłony. Ale i bez tego wszystkiego akceptuję w całości to co widzę na moim stole – Petri ES Auto.

Wyprodukowano to cudo koło połowy lat 70. dwudziestego wieku, w japońskich zakładach Petri Camera Company Inc. Mimo długiej tradycji sięgającej początków XX w. (u zarania jeszcze jako Kuribayashi Camera Industry) firma kilka lat po wypuszczeniu modelu Petri ES Auto upadła. Nie udźwignęła ciężaru rywalizacji z wchodzącymi w okres rozkwitu zakładów Canona, Nikona, Asahi i całym stadem innych. A produkowali nie tylko takie małe głuptaczki jak ten mój, ale też przyzwoite dalmierze z wymienną optyką i lustrzanki.

Z tego, co zdążyłem się zorientować aby podjąć próbę odpalenia migawki w moim Petri ES Auto, muszę wetknąć do korpusu baterie. Niestety, są one nietypowe dzisiaj. Chodzi o rtęciowe ogniwa Eveready E-640, lub Mallory RM-640. Jako, że rtęciowe, to dla ochrony przyrody, przestali je produkować z dziesięć lat temu. Znalazłem co prawda na ruskim E-bayu osobnika, któren sprzedaje baterie rtęciowe twierdząc, że w Rosji wciąż są produkowane. Hmmm, medycyna radziecka zna różne przypadki, ale czemu na E-bayu, tylko on ma te rtęciówki? Raczej nie zaryzykuję kupna i rozglądnę się za zamiennikami jakimiś. Co prawda napięcie baterii ma być nietypowe, bo 1,35 V, ale zdaje się, że podobne mają baterie do aparatów słuchowych. Trzeba poczytać trochę w internecie o bateriach, bo chciałbym bardzo sprawdzić swój nowy nabytek.

No muszę poczytać! Bo jak tak sobie stoi na stole, to aż się prosi by po załadowaniu filmem, wrzucić go do kieszeni kurtki i pójść na spacer. Teraz, zaraz, już!

 

 

 
 

 

 

 

 

 

 

 




 

 

 


 


 

Wąsy. Dla jaj...?

Niewiele pamiętam z czasu gdy mój dziadek umierał na raka. Nie mówiło się przy mnie o jego chorobie. Czasem tylko widziałem, jak babcia martwiła się, czy uda się na czas załatwić kolejną partię leków. Chyba były w Polsce trudne do dostania. Przysyłali je ludzie z Zachodnich Niemiec, dzieci niemieckich gospodarzy u których moja babcia pracowała niewolniczo w czasie wojny. O tym, że dziadek bardzo cierpiał przekonywałem się, gdy złościł się, tracił cierpliwość, czasem nawet przeklinał pod nosem. W takich chwilach wiedziałem, że najukochańsza dla mnie wtedy osoba nie pogłaszcze mnie po włosach, nie weźmie na kolana, nie opowie historyjki. Babcia wcale nie musiała mi tłumaczyć, „boli go”. Wiedziałem to, czułem to doskonale. A potem umarł.

 

Lata później przyszedł telegram z końca Polski, informujący o tym, że jeśli chcę się pożegnać z ojcem, to powinienem się pospieszyć z przyjazdem, bo umiera na raka. Nie przepadaliśmy za sobą przez te wszystkie lata, ale spakowałem mandżur i pojechałem. Kiedy wszedłem do szpitalnej sali, jego cierpienie dotarło do mnie natychmiast. Próbowałem wsłuchać się w szmer słów wydobywających się z gardła. Nie było w nich sensu, który tak bardzo chciałem znaleźć. Ściskał moją dłoń, coś do niego mówiłem. Dwa dni później umarł.

 

Całkiem niedawno wyniki badań robionych z okazji jakiejś banalnej acz nagłej boleści zaniepokoiły moją doktórkę. Jeszcze bardziej poruszyły moją żonę, która natychmiast uruchomiła wszystkie znajomości bym dostał się na dużo konkretniejsze badania, na które z ramienia NFZ-tu musiałbym poczekać trzy miesiące lub dłużej. Żona nie chciała tyle czekać. Trzy dni w szpitalu ciągnęły się bardzo długo, za to później mogliśmy głębiej odetchnąć.

 

Pamiętając o tym wszystkim od razu przystałem na propozycję kolegi by na listopad zapuścić wąsy i tam gdzie się da gadać o zdrowiu facetów. Ponoć akcja taka (nazywana na Zachodzie „Movember”) powtarzana jest corocznie w listopadzie, w sporej części świata. Jakoś wcześniej o niej nie słyszałem. Wiem za to doskonale z paru przykładów jak faceci „dbają” o zdrowie, jak bardzo się nim „interesują”.

 

Wkrótce okazało się, że dość łatwo udało się namówić na wąsy paru jeszcze kolegów z pracy. Cały listopad obnosiliśmy się dumnie z wąsiskami (brody niedopuszczalne). I nawet udało się z paroma zupełnie obcymi gośćmi pogadać. Zwykle zaczynało się od wąsów, a kończyło na śmierci mojego ojca. Może to co da, kto wie.
W firmie sześciu się nas zebrało. Był nawet siódmy, ale przegrał z żoną pojedynek na płaszczyźnie estetycznej - dał sobie wmówić, że źle wygląda. Ogolił się. Na koniec akcji zaplanowałem, że zrobię wąsatym chłopakom natychmiastowe fotki na czarno-białych ładunkach Fuji FP-3000B. Na tę okoliczność przyrody wywlokłem z szafy swoją rówieśniczkę, kamerę Polaroid 320. Nic, że obiektyw plastikowy, nic, że małe pole manewru w ustawianiu parametrów naświetlania, nic, że nie da się robić tym bliskiego portretu. Lubię rupiecia i już!

 

Umówiliśmy się na ostatni dzień listopada. W poniedziałek, na cztery dni przed wąsatą fotoakcją okazało się, że dwie dziewczęta też chcą jakoś zauczestniczyć z wąsami, choćby i sztucznymi. Spoko, będzie przyjemny dodatek, do naszych mało przyjemnych gęb. Między poniedziałkiem a czwartkiem grono zainteresowanych szybko się powiększyło. Zgłosił się cały legion dziewcząt, które koniecznie chciały mieć wąsy. Na zdjęciu. Tak, dla jaj…?

 

Poniżej kilka obrazków z naszej akcji wąstopadowej. Więcej znajdziesz w galerii na stronie domowej w zakładce "Movember". Zdjęcia zza kulis zrobił i udostępnił mi kolega Jarek. Dziękuję.

 

 

 

 

 

 

 

 

Statystyki

  • Total posts(50)
  • Total comments(2)

Forgot your password?